Выбрать главу

— Złe wieści. Dwa promy wystrzeliły parę dron. Może to tylko kamery, ale przypuszczam, że są wyposażone w przeciwzderzeniowe głowice jądrowe. Lecą na trajektoriach dla dużych przyśpieszeń i dotrą do nas za kwadrans.

— Nie zaatakują nas, nim się nie upewnią, co tu się dzieje — powiedział Norquinco. — Nie zaryzykują całkowitego zniszczenia całego statku Flotylli, na którym, jak sądzą, są ludzie i zaopatrzenie, tak jak my przedtem sądziliśmy.

— Jestem innego zdania — stwierdził Sky. — Zdecydują się na to, choćby po to, by nas powstrzymać przed zagarnięciem domniemanego łupu.

— Nie wierzę w to.

— Dlaczego? Ja bym właśnie tak postąpił.

Kazał Gomezowi nie ruszać się z miejsca i przerwał połączenie. Przypuszczał wcześniej, że mają w zapasie kilka godzin — teraz okazało się, że został kwadrans. Nie wystarczy na wydostanie się ze statku i ucieczkę. Jednak w tym czasie coś mógł zrobić: wysłuchać dalszej opowieści Nieustraszonego Podróżnika; to może zmienić bieg spraw. Sky usiłował zapomnieć o upływających minutach i nadciągających pociskach. Poprosił larwę o dalsze szczegóły.

Ta ochoczo kontynuowała.

* * *

— Gideon — powiedział mężczyzna na wózku inwalidzkim, gdy uciął swą opowieść szybką sekwencją wstukiwanych poleceń.

Dotarliśmy do naturalnej pieczary, wysoko we wklęsłej skalnej ścianie. Szliśmy po półce, na której wystarczało miejsca dla wózka. Myślałem nawet o zepchnięciu Ferrisa w dół, ale na całej długości półkę zabezpieczała solidna barierka, przerwana tylko w jednym miejscu, gdzie odchodziły kręcone, okratowane schody na samo dno jaskini.

— O, cholera! — rzekł Quirrenbach, spojrzawszy w dół.

— Zaczynasz kapować — powiedziałem.

Chyba też doznałbym takiego szoku jak on, gdybym przedtem nie widział tego, co Sky znalazł na „Caleuche”. W dole jaskini zobaczyliśmy robala, większego od tamtego ze statku, ale samotnego, bez larw-pomocników.

— Nie tego się spodziewałam — stwierdziła Zebra.

— To dla wszystkich jest zaskoczenie — odezwał się człowiek na wózku.

— Czy ktoś może mi wyjaśnić, co to za cholerstwo? — pytał Quirrenbach takim tonem, jakby już go opuszczały ostatnie oznaki zdrowych zmysłów.

— Jak widzisz: to obcy. Olbrzymi. Istota inteligentna na swój sposób. Same nazywają się larwami.

— A. Ty. Skąd. To. Wiesz. — Mówił przez zaciśnięte zęby.

— Bo już miałem przyjemność spotkać jedną.

— Kiedy? — spytała Zebra.

— Dawno, dawno temu.

— Nie rozumiem, Tanner. — Quirrenbach mówił głosem człowieka, który wariuje.

— Zapewniam cię, że sam nie do końca w to wierzę. — Skinąłem do Ferrisa. — Pana i tego robala łączą zażyłe stosunki, prawda?

Wózek zaterkotał.

— To proste. Gideon daje nam to, czego potrzebujemy. A ja go trzymam przy życiu. Czy może być uczciwszy układ?

— Stosuje pan tortury.

— Czasami potrzebuje zachęty, to wszystko.

Spojrzałem na robala: zakuty w łańcuchy, spoczywał w metalowej wannie o stromych ścianach, w ohydnej ciemnej cieczy metrowej głębokości. Wokół piętrzyły się rusztowania i kładki. Nad nim na suwnicach czekały dziwne urządzenia. W różnych punktach jego ciała zanurzały się kable elektryczne i rury.

— Gdzie go pan znalazł? — spytała Zebra.

— Tak się składa, że tutaj — odparł Ferris. — Był wewnątrz szczątków statku, który się rozbił na dnie rozpadliny może z milion lat temu. Milion lat. Ale dla niego to bedłka. Statek był uszkodzony i niezdolny do lotu, ale przez ten czas podtrzymywał robala przy życiu w stanie półhibernacji.

— Rozbił się tutaj? — spytałem.

— Statek przed czymś uciekał, ale nigdy się nie dowiedziałem przed czym.

Przerwałem potok dźwięków dochodzących z wózka.

— Jak sądzę, chodzi o rasę inteligentnych maszyn-zabójców. Przez miliony lat atakowały inne rasy, w tym rasę robala. Przeganiały je od gwiazdy do gwiazdy. W końcu larwy zostały wy pchnięte w przestrzeń międzygwiezdną, schowały się poza światłem gwiazd. Coś jednak musiało je tu przyciągnąć. Może jakaś misja wywiadowcza.

Ferris wklepał komendy w podłokietnik i wózek zatrąbił.

— Skąd wiesz to wszystko?

— Przed chwilą wyjaśniłem Quirrenbachowi: ja i robale znamy się od bardzo dawna.

Pobrałem z pamięci Skya informacje uzyskane od larwy. Prześladowane gatunki zrozumiały, że aby przeżyć, muszą się zmyślnie ukryć. Istniały w kosmosie kieszenie, gdzie w ostatnich czasach nie powstały żadne formy inteligencji — miejsca wysterylizowane przez wybuchy hipernowych czy przez zlewanie się gwiazd neutronowych — i te jałowe strefy stanowiły najlepsze kryjówki. Niebezpieczeństwo jednak nie zniknęło. Zawsze powstawały jakieś inteligentne formy życia, nowe kultury ewoluowały i wymykały się w kosmos. To przyciągało drapieżne maszyny. W pobliżu obiecujących układów gwiezdnych rozmieściły automatyczne systemy śledzące i pułapki, które reagowały, gdy tylko natknęła się na nie jakaś kultura eksplorująca przestrzeń kosmiczną. Zatem larwy wraz z nielicznymi pozostałymi jeszcze sojusznikami z coraz większą obawą wypatrywały oznak nowych form życia.

Larwy w zasadzie nigdy się nie interesowały Układem Słonecznym. Ciekawość wymagałaby od nich siły woli i dopiero gdy oznaki inteligentnego życia na Ziemi stały się oczywiste, larwy wykazały zainteresowanie. Czekały i obserwowały, czy ludzie podejmą wyprawy w przestrzeń międzygwiezdną; przez wieki, przez tysiąclecia nic się nie działo.

Wreszcie coś drgnęło, ale wydarzenia nie zapowiadały nic dobrego.

To, co Gideon powiedział Ferrisowi, dokładnie uzupełniało to, czego Sky dowiedział się na „Caleuche”. Larwa Ferrisa uciekała przez lata świetlne, przez wieki; gonił ją pojedynczy wróg, którego maszyna poruszała się szybciej niż statek larwy oraz potrafiła ostrzej hamować i była bardziej zwrotna. W porównaniu z jej sprawnością larwie techniki kontroli pędu i inercji wydawały się nadzwyczaj prymitywne. Maszyny-zabójcy, wprawdzie szybkie i silne, miały jednak swoje słabe punkty, starannie dokumentowane przez larwy na przestrzeni tysiącleci. Techniki wyczuwania grawitacyjnego u tych efektywnych morderców okazały się bardzo zgrubne i statki larw potrafiły przetrwać atak, chowając się w pobliżu lub wewnątrz większej kamuflującej masy.

Gdy maszyna doganiała Gideona, znalazł on żółtą planetę, a na niej zlokalizował głęboką szczelinę geologiczną, co przyjął z błogosławioną radością — na ile jego układ neuropsychologiczny dopuszczał takie uczucia.

Wróg strzelił do niego z broni dalekiego zasięgu, ale larwa schowała statek za księżycem planety, więc salwa antymaterii wydrążyła tylko łańcuch kraterów na powierzchni księżyca. Larwa poczekała, aż pozycja księżyca pozwoli jej błyskawicznie, niepostrzeżenie zejść w atmosferę, a potem w rozpadlinę, wykrytą wcześniej z kosmosu. Gideon rozszerzył przepaść swoimi własnymi broniami, ryjąc głęboko w planetarnej skorupie. Na szczęście gruba warstwa trujących wyziewów kamuflowała jego poczynania. Jednak, schodząc coraz niżej, popełnił poważny błąd: wysuniętymi motkami sił pancerza odłupał warstwę litej skały i miliardy ton skalnego gruzu zwaliły się na niego, przykrywając go jak w grobie, gdy Gideon zamierzał tylko ukryć się do czasu, aż maszyna poszuka sobie innego celu. Oceniał, że potrwa to najwyżej tysiąc lat — mgnienie oka w skali larwiego życia.

Ale, nim ktoś się wreszcie pojawił, trwało to znacznie dłużej.

— Na pewno chciał, żebyś go znalazł — powiedziałem.