Выбрать главу

— Chcę — spojrzała z dołu na stojącego przed nią Druda, potem schwyciła jego rękę swoimi obydwoma rączkami i, mrużąc oczy, mocno potrząsnęła nią z napiętym wyrazem twarzy, po czym otworzyła oczy i wy-buchnęła śmiechem pełnym radości. — Pan jeszcze mi dużo pokaże?

— Wystarczająco dużo, żebyś nigdy się nie nudziła. Stubbs!

Otworzył drzwi i zaczął wołać.

— Idę, idę — powiedział Stubbs ze schodów, gdzie stał, czekając na przywołanie. Był uczesany, wymyty i mimo że działo się to nocą, jego spodnie były wyczyszczone benzyną i mydłem.

— Jak dobrze — powiedział. — Jaka wspaniała noc! Aż nie chce się oderwać oczu od gwiezdnych światów, i ja się im przyglądałem… Co powiedziałeś?

— Stubbs — przerwał mu Drud — siadaj; drugi raz już żegnamy się tak nieoczekiwanie. Ale jest ze mną życie, którego szukałem, i potrzebny mu dobry odpoczynek. Poza tym o latarni wiedzą ci, których nie lubimy. Dlatego też nie zatrzymam się tu dłużej, tylko coś zjem. Ale ty wkrótce zostaniesz powiadomiony i wówczas zjawisz się u mnie na zawsze.

— Dziękuję ci, mój Potężny. A jak się nazywa ten nowy przyjaciel?

Drud roześmiał się:

— „Wielki, maleńki przyjaciel”, tak się nazywa. Tawi- to jej imię. „Szybki strumień”, „Czarujący dźwięk”…

— Tak, mam wiele imion — wtrąciła Tawi — ale nie wszystkie zostały wyliczone. Pozostałe zresztą pan zna… A to prawda, jestem pana przyjacielem, ale czy aby na zawsze?!

— On to wie. On jest Potężny — powiedział Stubbs, napełniając talerz dziewczyny. Jednak nie mogła jeść, tylko wypiła w pośpiechu kawę i spoglądała na Druda i Stubbsa zajętych rozmową, Stubbs wypytywał przyjaciela, dokąd teraz się uda. Męczyła go ciekawość. Tawi była niezupełnie w jego guście, ale troska, jaką otoczył ją, kazała mu przyglądać się dziewczynie ze zdziwieniem listonosza, który otworzył zaszyfrowany list. Widać było mu sądzone przyzwyczaić i przywiązać się do niej bardzo szybko, znacznie szybciej aniżeli przypuszczał, w myślach zestawiając zawsze Druda z Wenerą z obrazu Tannhausera, rzadziej zaś z Dianą i jeszcze rzadziej z Psyche; niemniej jego wewnętrzne rozczarowanie było przyjemne.

Ciekawski jak koza Stubbs nie pytał tym razem o nic, wiedząc zawczasu, że i tak nie otrzyma odpowiedzi, ponieważ Drud nigdy nie śpieszył się do wyjawiania tajemnicy duszy tym, którzy nie w porę pytali. Jednak powiedział coś niecoś:

— Będziesz myślał, że ją uratowałem, gdy dowiesz się, jak było, o nie, ona w sobie nosiła wybawienie. Szliśmy jedną i tą samą drogą, dogoniłem ją, a ona odwróciła się i teraz pójdziemy dalej razem.

Potem wstał, przyniósł wielką kołdrę i podszedł do dziewczyny mówiąc:

— Nie będziemy zwlekać, tutaj nie możemy przesiadywać, skorzystamy z ciemności i tego odpoczynku, ażeby kontynuować podróż. Rankiem już nie będziesz miała żadnych zagadek, powiem ci wszystko, ale w domu. Tak, Tawi, mam dom i to nie jeden; mam również wielu przyjaciół, którym mogę zaufać jak sobie samemu. Niczego się nie bój. Z czasem zapanuje między nami naturalna jedność uczuć i doznań i wiele pięknych dni. Wtedy tę gwałtowną noc będziemy wspominać jak rozkosz.

Tawi, czerwona jak peonia, ze łzami radości w oczach, skrzyżowała ręce i Drud szczelnie otulił ją kołdrą, a potem obwiązał zrobionym na drutach szalikiem Stubbsa. Ledwo mogąc poruszyć rękami, czuła że wygląda zabawnie i śmiesznie.

— Wszystko mi wewnątrz huczy — przyznała. — O, o! serce wali, ręce chłodne. Czyżbym była ptakiem? Co?

Wszyscy troje zaczęli się śmiać aż do bólu w brzuchu, aż do płaczu, tak że nie mogli słowa wydusić, a tylko potrząsali rękami. W tym momencie Tawi, raczej czymś przerażona niż w naturalnym odruchu, ogarnęła chęć zabawienia się, zaczęła się więc kołysać przygadując:

— Sezamie, sezamie otwórz się! Chatko na kurzych łapkach, stań do lasu tyłem, a do mnie przodem! — Z tkliwością i obawą spojrzał na nią Drud. — O, nie gniewaj się na mnie, kochany panie! — krzyknęła żarliwie, próbując wyciągnąć przed siebie ręce. — Proszę się nie gniewać, proszę mnie zrozumieć.

— Jak się tu gniewać — powiedział Drud — kiedy zrobiło się już jasno. — Nie. — Zapiął pas, nakrył głowę i pomachał ręką w kierunku Stubbsa. — Spieszę się, ileż to razy już żegnałem się z tobą, ale my wciąż się spotykamy i będziemy spotykać. Nie smuć się. Podszedł do Tawi; mimowolnie cofnęła się, zamarła w bezruchu i oprzytomniała. Drud uniósł ją lekko. Ale już wokoło wszystko przewaliło się, jak lawina; od stóp do serca przeszywał ją przenikliwy chłód; przestrzeń rozwarła się, miraż bajki poruszyło oddalone szemranie wody w dole i świst wiatru wpadający w uszy.

— Tawi? — zagadnął Drud czując, że znowu staje się dla niej niczym lecąca na złamanie karku noc, niebotyczna Góra.

— Au! — słabo wyskoczyło spod kołdry. Dziewczyna z energią wyswobodziła głowę i krzyczała jak do głuchego: — Co tam tak się świeci w dole? To zgniłe belki, co? To drzewo gnije i świeci się, nieprawdaż? I jeśli nawet nikt nie uwierzy, że można tak żyć, to niech nikt b tym nie wie. Teraz nie można oderwać mnie od pana jak dziubka od czajnika. To tak samo jak w piosence… — Przerwała, ale po chwili poprzez zaciśnięte zęby z przejęciem i niemal gniewnie zakończyła: — „Ty moim mężem będziesz, a ja zaś żoną twą”. Ale przedtem było tak:, Jeśli mnie nie zapomnisz, jak fala falę inną”…

I już płakała, tak smutne wydało jej się nagle, że „zapomina fala falę inną”. Po chwili, gdy zaczął mówić Drud, jego słowa przyniosły jej to wszystko, czego oczekiwała.

Jak różne dźwięki z ziemi znajdują tutaj w powietrzu swoje odbicie, tak i to co brzmi na wysokości, tajemniczo pobrzmiewa na dole. W tych chwilach, kiedy dwa serca cierpliwie uczyły się być zgodne, siwy maitre literatury pięknej siedząc przy swoim wspaniałym stole w szlafroku a la Balzak i w aksamitnej, czarnej czapeczce, zajęty opisem wielkopańskiego rautu, który trwał cztery dni i wypadł zadowalająco dobrze, poczuł nagle przypływ męczących i głuchych linijek nękającego go wiersza. Bezsilny żeby to zwalczyć, zaczął pisać machinalnie na marginesie. A ułożyło się to tak:

Jeśli mnie nie zapomnisz Jak fala falę inną, Ty zacnym mężem mym będziesz. A ja zaś żoną twą.

Przeczytał i uświadomił sobie, że życie przeminęło z wiatrem, dziwiąc się jednocześnie barbarzyńskiej weryfikacji czterowiersza, napisanego ręką, pełną aż po paznokcie szacunku, z jakim ją ściskano.

Czyż w dzikiej piękności potoku, wśród jego wirów, nie widzimy blasku wijącego się wesołego strumienia, przecinającego zieloną krainę na wieki zapamiętaną drogą? Znikł czy też nie znikł ów strumień? Ale czyż zaczerpnąwszy wody z potoku, nie pijemy i wody strumienia? Tak więc skoro istnieje uśmiech podobny do naszego, także są i smutki, które potrafią wzruszyć naszą duszę. W tym samym geście gaśnie forma i rodzaj zjawisk. Wiatr przywiewa dym, wiatrowskaz i flaga rwą się, chorągiewka furkoce, leci obłok pyłu; papierki, śmiecie, obłoki, jesienne liście, kapelusz przechodnia, gaza i muślin szalika, płatki jabłoni — wszystko to mknie, odrywa się, pędzi i w danym momencie stanowi jednię. Głuchą muzyką niepokoi ona zatrzymującą się pośród drogi duszę i ją pociąga. Jednak dusza jest cięższa niż kamień — z zawiścią i bezsilnie wpatruje się w ożywioną przez wicher dal, ziewa i zamyka oczy.