Выбрать главу

Zamilkł. Runa podniosła oczy i przestraszyła się bardziej aniżeli kiedykolwiek w najgorszych chwilach swoich majaków. Przed nią zginało się monstrum z drżącym, sinym obliczem, a jego spowite mrokiem oczy szaleńczym ostrym blaskiem raziły lękliwe spojrzenie dziewczyny.

— Źle się czuję — powiedziała — proszę iść, wszystko skończone. Między nami również. Nagle głos jej osłabł, ramiona opadły, spojrzenie zgasło, ręce z zakłopotaniem i bezradnie drżały, jakby szukały oparcia.

Szef wstał zgarbiony; spojrzał obojętnie mętnym wzrokiem, nieporadnie ruszył brwią i skierował się do wyjścia.

— Jestem tylko starcem — usłyszała dziewczyna — tracę siły, słabnie mi wzrok, a czy życie, któremu dano tylko jedną szansę, znowu wybuchnie swoim stalowym blaskiem? Jestem złamany.

Odszedł, szepcząc coś jeszcze i kiwając głową w prześwicie olbrzymich drzwi, które z jego starczej postaci uczyniły lekką jak marionetka figurkę. Runa, zapomniawszy o nim, zeszła w dół. Odczuwała potrzebę ruchu, podczas gdy w tym samym czasie jej śpiąca dusza pozostawała martwa.

Ubrała się i wyszła, obojętnie reagując na pytanie służącej, którego ani nie zrozumiała, ani nie dosłyszała. Szła bez celu, gdyż pociągała ją chęć poruszania się pośród wieczornego tłumu, pośród jego hałaśliwej i różnobarwnej samotności. Jak zwykle jarzyły się wokół okna; migocące światła motorów, płoszące konie i ludzi, to oślepiały z przodu, raziły oczy, to znów wyskakiwały zza pleców i znikały pośród przecinających je cieni. Gęsty tłum sunął jej naprzeciw i rozłupywał tuż przed nią swoją bladą i wymęczoną twarz. Runa kroczyła obojętnie i spokojnie, niczego nie zauważyła oprócz złotych łańcuszków wieczorowej iluminacji, rozsiewającej pod niebem przeźroczysty i błękitny blask. Od czasu do czasu skupiała na czymś swoją uwagę, od razu nadając temu gigantyczne kształty, jak gdyby to zjawisko tłamsiło wszystko pozostałe: gazety były wielkie niczym dom, kobieca i męska twarz pojawiły się jakby ze stronic Pokarmu bogów, szerokość ulicy wydawała się jaśniejącą przepaścią, szczelina lub płyta chodnika stawały się natychmiast miejscem, wokół którego huczało miasto.

Z wolna tłum stawał się coraz gęstszy i rozleglejszy. Można w nim było zauważyć pewien chaos, rozrastający się w lekki ścisk. Gdzieniegdzie słychać było pytania i pkrzyki. Runą parła naprzód ze wszystkich sił dopóty, dopóki nie była zmuszona zatrzymać się. Pod jej rękami przemykały się dzieci; kordon zwartych pleców zakrywał przed nią napotkaną scenę, wokół której trwało milczenie wywołane chęcią poznania zdarzenia; i jeśli ktoś na chwilę odwrócił się z pierwszego rzędu, to na jego twarzy jaśniało z trudem powstrzymywane wzruszenie.

Z poczuciem, że to, co się dokonuje lub co się już wydarzyło, w jakiś szczególny sposób dotyczy jej samej, chociaż w żadnym wypadku nie mogłaby wytłumaczyć, dlaczego to, a nie inne uczucie wywołane było niespodziewanym zdarzeniem ulicznym, Runa głośno i spokojnie powiedziała:

— Przepuśćcie mnie!

Ten wypracowany przez całe wieku ton skutkował zawsze tak samo. Część ludzi odskoczyła, część, kurcząc się, wepchnięta została w rozstępującą się masę i dziewczyna znalazła się wewnątrz zbiegowiska.

Nie zauważyła, że zwróciła na siebie większą uwagę niż człowiek leżący twarzą ku ziemi, przytulony do chodnika, jak gdyby słuchał podziemnych głosów. Leżał blisko jej ciała rozpłaszczony, w lśniącej kałuży krwi o przykrym i cierpkim zapachu. Był elegancko ubrany, jego ciemne włosy nurzały się we krwi, na niej też spoczywały półzgięte palce lewej ręki.

W głuchej ciszy, głęboko i ciężko wzdychając, Runa patrzyła na tego człowieka, próbując opanować gonitwę myśli, które nagle niczym błyskawice wybuchły pełną i niepohamowaną radością. W tym momencie dziewczyna jakby zupełnie oszalała, z całkowitą, niewątpliwą dla siebie oczywistością ujrzała tego, kto tak boleśnie i dotkliwie, sam o tym nie wiedząc, zawładnął jej zdławionym sercem. Wtem wszyscy zamilkli i odstąpili nieco, gdy Runa zaczęła mówić.

— Mówicie — cicho powiedziała Runa, pochwyciwszy część przelotnej rozmowy — że ten człowiek, to samobójca. Mówicie, że rzucił się z okna. O nie! To on, mój wróg! Lecz ziemia jest silniejsza do niego; teraz on jest martwy, a ja znowu będę żyć tak, jak żyłam.

Uśmiechała się, ujrzała jak niektórzy, patrząc na nią, przekazują coś szeptem sąsiadom. Upadła na kolana i przycisnęła do ust ciepłą rękę leżącego. Gdy wstała, ręka z łoskotem uderzyła o ziemię.

— Wybacz — powiedziała. — Wszystko mi wybacz. W tym świecie, gdzie teraz jesteś, nie ma nienawiści, nie ma trwogi; ty jesteś martwy, a ja odpocznę. Zachwiała się, zamarła i tracąc przytomność, znalazła się w rękach tych, którzy doskakując zdążyli ją podtrzymać. Normalne w takich wypadkach zamieszanie zakończyło się pojawieniem lekarza i wezwaniem własnego zaprzęgu Runy, jako że niektórzy z tłumu ją poznali.

Oto i wszystko, co trzeba, co można, co należało powiedzieć o tej wielkiej duszy, która legła twarzą ku ziemi. Jednak jeszcze kilka słów, one być może w pełni usatysfakcjonują dociekliwego czytelnika sięgającego myślą dalej od autora, i w jednej historii doszukującego się innej, dopóki nie spełnią się wszystkie przeżycia, wszystkie miłości, wszystkie spotkania i zdarzenia, dopóki łagodne wzgórki mogił, porośnięte zielenią i kwiatami, nie ukryją losów wszystkich bohaterów, wszystkich postaci tej skromnej opowieści o zmaganiach, i stanach duchowych. I tak, podążając za dziewczyną, która po wyzdrowieniu zdążyła jednak zapomnieć o wszystkim, odnotujmy jej małżeństwo z Kwinsey'em, dzięki któremu na powrót poznała cudowne kwiaty życia, jego radość i wszystko, czym oddycha i żyje człowiek, gdy los mu przychylny. Tylko chwilami, zwracając wzrok ku niebu, na którym swobodne sylwetki ptaków od jednego krańca horyzontu po drugi wytyczają swój błękitny szlak, Runa Kwinsey starała się coś sobie przypomnieć, w zamyśleniu marszczyła swoje cienkie brwi, ale chwila gasła i tylko jej cień jasnym echem powracał z oddali, szeptał słowa — czy to podsłuchane gdzieś, czy też zrodzone z cudzej woli, a może zasłyszane jeszcze w dzieciństwie:

Jeśli mnie nie zapomnisz, jak fala falę inną…

14 listopada 1921 r. — 28 marca 1923 r.

POSŁOWIE

Aleksander Grin, właściwie Gryniewski (1880–1932), jest pisarzem znanym i chętnie czytanym w Polsce. Przełożono już na język polski sporo jego opowiadań, opowieści i niemal wszystkie powieści (Biegnąca po falach, Droga donikąd, Złoty łańcuch). Polskiemu czytelnikowi została wreszcie udostępniona jedna z najciekawszych powieści tego pisarza rosyjskiego Migotliwy świat, która może przykuć uwagę swoją sensacyjno-przygodową fabułą, utopijną futurologią, nietypową fantastyką i tajemniczością.

Grin przystąpił do pisania Migotliwego świata w drugiej połowie 1921 roku po zakończeniu znakomitych Szkarłatnych żagli, pełnych optymizmu i wyniosłych nadziei. Pierwodruk powieści ukazał się w miesięczniku „Krasnaja Niwa” w 1923 roku. Pierwsze wydanie książkowe pojawiło się w wielkim wówczas wydawnictwie „Ziemia i Fabrika” w 1924 roku. Wszystkie te edycje zostały jednak poważnie zmienione, skrócone i przeredagowane. Zgodnie z ówczesną manierą usunięto między innymi bardzo ważny epizod w cerkwi, nie przydając znaczenia ani jego istotnej wymowie ideowej, ani też swoistej postawie autora wobec dogmatów religii chrześcijańskiej.