Выбрать главу

Podjechawszy bliżej do szosy, zatrzymał samochód i przyjrzał się temu, co ukradł. Strzykawka różniła się od tych, które zwykle znajdują się w gabinetach lekarskich czy szpitalach. Była duża, miała cal średnicy i pięć cali długości, wykonano ją z grubego szkła i nierdzewnej stali. Towarzysząca jej igła, tkwiąca w plastikowej osłonce, miała dwa cale długości i była bardzo gruba. Mimo że nikt się do tego nie przyznawał, a już najmniej jej producent, była to strzykawka dla zwierząt. Jednak tego rodzaju strzykawki sprzedawano lekarzom jako „model ciężki, przeznaczony dla pacjentów nadmiernie pobudzonych".

Ponadto Kohler miał dwie duże buteleczki innovaru – środka znieczulającego, który – w przeciwieństwie do większości leków znieczulających wymagających wstrzyknięcia dożylnego – działał, kiedy go się wstrzyknęło domięśniowo. Ta właśnie cecha zadecydowała o tym, że wybór Kohlera padł na ten, a nie inny środek. Kohler znał się przede wszystkim na lekach psychiatrycznych, mało natomiast wiedział o innovarze. Zdawał sobie tylko sprawę, jakie są przeciwwskazania dla jego stosowania i jaka powinna być dawka tego środka na kilogram wagi ciała. Był też świadomy tego, że ma przy sobie ilość, która mogłaby zabić kilku ludzi.

Była też pewna rzecz, co do której nie miał pewności, ale której się domyślał: domyślał się mianowicie, że kradnąc lek reglamentowany z grupy drugiej, popełnił przestępstwo.

Kohler włożył strzykawkę i buteleczki do plecaka w kolorze rdzy, który nosił zamiast teczki, a potem otworzył małą, białą kopertę. W charakterze premii ukradł też kilka kapsułek chlorphenterminy. Dwie z nich włożył sobie teraz do ust. A potem włączył silnik i ruszył naprzód, mając nadzieję, że lek podziała wkrótce i że efekt jego działania będzie taki, jakiego on oczekuje. Kohler rzadko brał jakiekolwiek leki i jego organizm czasami reagował na nie w sposób nieoczekiwany. Możliwe więc było, że ten lek podobny do amfetaminy spowoduje u niego senność. Richard Kohler modlił się, żeby to się nie stało. Bo tej nocy bardzo pragnął myśleć jasno.

Tej nocy musiał być naprawdę przytomny.

No bo przecież będzie miał do czynienia z pacjentem nadmiernie pobudzonym.

Wjeżdżając na szosę i rozglądając się w ciemności, Kohler poczuł się przygnębiony i bezradny. Zastanawiał się, czy nie powinien przypadkiem pogodzić się z Adlerem i poprosić go o pomoc. W końcu dyrektor szpitala też usiłował za wszelką cenę ukryć fakt, że Michael uciekł, i odnaleźć go bez robienia szumu wokół całej sprawy. W końcu obaj mieli na uwadze ten sam cel, mimo że kierowali się zupełnie innymi motywami. Jednak Kohler doszedł do wniosku, że zwrócenie się do Adlera byłoby wielką głupotą. Takie posunięcie mogłoby mieć opłakane skutki, mogłoby osłabić jego pozycję w Marsden, a nawet zrujnować całą jego karierę. Chociaż… może te niepokoje spowodowane były w pewnym stopniu jakimiś objawami para-noidalnymi – łagodniejszą wersją tego, z czym Michael Hrubek zmagał się na co dzień. No tak, ale między nim, doktorem Kohlerem, i pacjentem Michaelem Hrubekiem była istotna różnica: Michael został uznany za schizofrenika paranoidalnego, bo zachowywał się tak, jakby jego wrogowie usiłowali spenetrować jego najskrytsze tajemnice, podczas gdy i sami ci wrogowie stanowili wytwór jego wyobraźni, i tajemnice były wymyślone.

A u mnie – pomyślał Kohler, dodając gazu – wszystko jest jak najprawdziwsze.

8

Emil zataczał koła i skręcał na boki jak koń tańczący wokół rozpraszającego się stada bydła. Śmigał w tę i z powrotem przez zarośla i trawę, dopóki nie natrafił znowu na trop.

Znalazł to miejsce, w którym Hrubek zwarł się z sanitariuszami, a potem wrócił na szosę. Teraz znowu skoczył w bok, zapuszczając się w zarośla, a labradory podążyły za nim.

Tropiciele przez kilka minut szli po łące, kierując się na wschód, oddalając się od szpitala i posuwając się równolegle do szosy numer 236.

W pewnym momencie, kiedy przechodzili przez wysoką, szeleszczącą trawę, Heck szarpnął linkę i powiedział:

– Siad!

Emil zatrzymał się natychmiast.

Heck czuł, że pies trzęsie się z podniecenia – linka zdawała się naładowana elektrycznością.

– Leżeć!

Pies niechętnie położył się. Suki nie chciały posłuchać podobnego rozkazu Charliego Fennela; ciągnęły wciąż za swoje linki. Charlie szarpnął te linki kilka razy i krzyknął na suki, żeby leżały, ale one nie reagowały. Heck zdołał zignorować krzyki Charliego i hałas, jaki robiły psy, i poszedł naprzód, oświetlając ziemię światłem długiej, czarnej latarki.

– Zobacz, co znalazłem. Oświetlił świeży ślad bosej stopy.

– A niech to szlag – szepnął Fennel – to trzydziestka, co do cala.

– No przecież wiemy, że on jest duży.

Heck dotknął wgłębienia pozostawionego przez ogromną stopę.

– On biegnie.

– No tak, masz rację. Biegnie. Aten doktor Adler mówił, że on będzie tylko tak łaził w kółko, taki ogłupiały…

– On się spieszy. Cholernie się spieszy. Chodź, musimy nadrobić stracony czas. Szukaj, Emil, szukaj!

Fennel wziął pozostałe dwa psy. Psy pobiegły naprzód po śladach. Jednak ku zdziwieniu obu tropicieli, Emil nie objął tym razem prowadzenia. Stanął na swoich muskularnych nogach, ale nie ruszył się z miejsca. Podniósł głowę, a nozdrza rozdęły mu się. Kręcił głową na wszystkie strony.

– No, chodźcie – krzyknął Fennel.

Heck milczał. Obserwował Emila, który rozglądał się na prawo i lewo i oglądał za siebie. Pies obrócił się głową na południe i podniósł ją jeszcze raz.

– Zaczekaj – zawołał Heck do Charliego. – I zgaś latarkę.

– Co?

– Zrób, co ci mówię!

Nastąpił cichy trzask i dwaj mężczyźni z trzema psami znaleźli się w ciemności. Heck uświadomił sobie coś, co z pewnością wiedział też Fennel – że są teraz wystawieni na cios. Szaleniec mógł czaić się o dziesięć stóp od nich z łyżką do opon albo stłuczoną butelką w dłoni.

– Chodźmy, Trenton.

– Nie spieszmy się za bardzo.

Pięćdziesiąt jardów na północ od nich znajdowały się samochody. Emil kręcił się i rozglądał na wszystkie strony. Heck przyglądał mu się uważnie.

– Co on robi? – zapytał szeptem Fennel. – Trop jest tutaj. On tego nie wie?

– Wie. Ale jest coś innego. Może jakiś zapach w powietrzu. Nie taki wyraźny jak zapach na ziemi, ale jest.

Możliwe, myślał Heck, że Hrubek, który jest duży i poci się, pozostawił po sobie zapach, a ten zapach zebrał się tutaj jak dym, wisząc w wilgotnym powietrzu. Emil prawdopodobnie to wyczuł. Mimo to jednak Heck nie chciał odciągać psa z tego miejsca. Bo wierzył w inteligencję zwierząt. Widział w swoim życiu, jak szopy z wielką zręcznością otwierały słoik z dżemem, widział też, jak niezdarny grizzly (ten sam, który patrzył na niego tak pożądliwie) zrobił pazurem nie jedną, ale dwie dziurki w puszce 7-up, a potem wypił napój, nie rozlewając ani kropelki. A Emil, według Hecka, był dziesięć razy inteligentniejszy od któregokolwiek niedźwiedzia.

Heck odczekał jeszcze chwilę, ale nie usłyszał ani nie zobaczył niczego.

– Chodź, Emil – Heck spróbował ruszyć naprzód. Ale Emil nie chciał iść.

Heck rozejrzał się naokoło. Niebo promieniowało leciutką poświatą, ale księżyc był teraz ukryty za chmurami. No chodź, stary – pomyślał Heck – wracajmy do roboty. Nasza forsa biegnie na wschód z szybkością jakichś pięciu mil na godzinę.