– A mówił?
– Nie.
– A co to za list?
– Ja nic nie wiem o tym liście. Adler zakazał mi o nim mówić.
– Kiedy on go wysłał?
– Skąd mam wiedzieć, do cholery?
– A jak ta kobieta się nazywa?
– Pan chce mnie zniszczyć. Nie złapałem pańskiego pacjenta i dlatego pan się na mnie mści. Niech się pan przyzna.
– Jak ona się nazywa, Stu?
– Liz jakaś tam. Zaraz. Lis Atcheson. Chyba tak.
– Czy masz mi jeszcze coś do powiedzenia?
– Nie – odburknął pośpiesznie Lowe.
Kohler zaczął mu się uważnie przyglądać. Sanitariusz wreszcie nie wytrzymał i powiedział:
– No, był jeszcze ten drut.
– Drut?
– Powiedziałem o tym Adlerowi i Grimesowi, a oni kazali mi przysiąc, że nie pisnę słowa na ten temat. O Jezu… co za cholerna historia.
Kohler nawet nie drgnął. Wpatrywał się w sanitariusza, który odezwał się cicho, jak gdyby Adler znajdował się w tym samym pokoju:
– Myśmy się nie przewrócili tak po prostu.
– Tylko jak?
– Przeskoczyliśmy przez ten rów z łatwością. Ale Michael przeciągnął tam drut. Wiedział, że będziemy tamtędy biegli. Przeciągnął ten drut i naprowadził nas na niego.
Kohler był zdumiony.
– Co ty mówisz?
– Co mówię? To, co pan styszyl Mówię, że pana pacjent przestał brać i okazał się bardzo sprytny. Na tyle sprytny, żeby zastawić na nas pułapkę. I omal nas nie zabił, do cholery.
Sanitariusz przypieczętował swoje zeznanie, włączając znowu telewizor, po czym skulił się na łóżku i nie chciał powiedzieć nic więcej.
Mijając granicę Gunderson, Heck nacisnął lewą stopą hamulec, żeby nie uderzyć sarny, która weszła na drogę, jakby chcąc się przekonać, jakie skutki będzie miała kolizja z jednotonową furgonetką.
Potem Heck wjechał z powrotem na własny pas ruchu i pojechał dalej szosą numer 236. Prowadził jak nastolatek i wiedział o tym. Robił to nawet wtedy, kiedy, tak jak teraz, stosował drastyczny środek polegający na przypięciu niezadowolonego Emila niebieskim płóciennym pasem bezpieczeństwa, który pies natychmiast zaczynał gryźć. Za ciężarówką wirował kurz osiadający białą warstewką na jesiennych liściach.
– Przestań – powiedział Heck podniesionym głosem, przekrzykując warkot silnika.
Wiedział, że gdyby użył słów: „Nie gryź" albo „Zostaw ten pas", mózg Emila zarejestrowałby je jako nic nie znaczące ludzkie pomruki, które można zignorować. Jednak i ta znana Emilowi komedia nie odniosła skutku i Heck dał sobie z tym spokój.
– Dobry pies – powiedział, czując przypływ serdecznych uczuć, i wyciągnął rękę, chcąc podrapać duży łeb. Pies jednak odsunął łeb z rozdrażnieniem.
– Cholera – mruknął Heck. – Powtarzam się.
Uświadomił sobie, że ten ruch psa przypomina mu sposób, w jaki Jill odsunęła się od niego po przysłaniu mu papierów rozwodowych. Musisz przestać myśleć o tej dziewczynie, rozkazał sobie. Ale oczywiście nie przestał.
– Znęcanie się psychiczne i porzucenie – przeczytał wtedy, po wyjściu doręczyciela pozwów.
Z początku nie zrozumiał nawet, czego dotyczą te dokumenty. Porzucenie? Pomyślał, że to Jill jest oskarżona o to, że uciekła z miejsca wypadku. Bo Jill była bardzo złym kierowcą. Zwaliło go to z nóg – przez miesiąc był po prostu do niczego. Spędzał czas wyłącznie na pracy z Emilem i na dyskutowaniu na temat separacji z Jill – a właściwie to z jej fotografią, bo ona tymczasem zdążyła się wyprowadzić. Siedząc na łóżku, w którym tak słodko się zabawiali, usiłował sobie przypomnieć jej argumenty. Wyglądało na to, że nie dotrzymał jakiejś mglistej umowy, którą zawarli po pewnej bardzo romantycznej nocy, podczas ich siódmej randki. Wtedy, po tej nocy, o świcie zobaczył, że Jill buszuje po jego szafkach w kuchni, szukając czegoś. Przerwał te gorączkowe poszukiwania, oświadczając się jej. Jill zaczęła piszczeć i, chcąc go objąć, upuściła torebkę z mąką. Torebka upadła z głuchym stuknięciem na podłogę, a wokoło uniosła się chmura mąki. Jill, uszczęśliwiona, zaczęła płakać i, wydymając usta jak mała dziewczynka, mówić coś zawile o domu, którego nigdy nie miała.
Heck musiał przyznać, że ich małżeństwo nie było związkiem harmonijnym – przeciwnie, często zdarzały się im burze. Jeżeli człowiek zgadzał się z Jill, ona gotowa była przychylić mu nieba, a to niebo okazywało się siódmym niebem, jeżeli ten człowiek był mężczyzną. Jeżeli jednak ktoś nie podzielał jej opinii albo przeciwstawiał się jej, twarz Jill tężała. A ona sama brała takiego kogoś w obroty.
Trenton Heck właściwie nie był pewny, czy chce się żenić. Nie podobało mu się to, że jego narzeczona ma takie krótkie, jednosylabowe imię. A na dodatek Jill, kiedy wpadła w zły humor, stawała się wulkanem złości. Heck nigdy nie mógł przewidzieć, kiedy ona wpadnie w zły humor. Kiedy to już się stało, Jill marszczyła brwi, a jej głos robił się ochrypły. Mówiła wtedy tonem, jaki, według Hecka, przybierały prostytutki, mając do czynienia z kłopotliwymi klientami. Jill dąsała się i zżymała na przykład wtedy, kiedy on oświadczył jej, że nie mogą sobie pozwolić na kupno zielonych butów na wysokich obcasach ozdobionych cekinami ani na kupno kuchenki mikrofalowej z obrotowym rożnem.
– Traktujesz mnie okropnie, Trenton. Naprawdę, wcale mi się takie traktowanie nie podoba.
– Ależ Jill, kochanie…
Z drugiej strony jednak Jill potrafiła rzucić mu się w ramiona, w chwili kiedy się tego wcale nie spodziewał, na przykład w sklepie – i pocałować go w ucho. Potrafiła też uśmiechać się serdecznie, kiedy wracał do domu, a potem przez cały wieczór paplać o jakichś głupstwach w taki sposób, że jemu tajało serce. Poza tym Trenton miał nigdy nie zapomnieć, jak ona, w środku nocy, kładła się na nim, wtulała mu nos w obojczyk i kochała się z nim tak, że on nie śmiał się ruszyć w obawie, że wszystko skończy się zbyt szybko.
Stopniowo jednak uśmiechów i kochania się było coraz mniej, a dąsów i złości coraz więcej. Kiedy Trentonowi odmówiono podwyżki, a raty kredytu za przyczepę zweryfikowano w górę, zaczęło brakować pieniędzy. A pieniądze były jak smar zmniejszający ich duchowe tarcia. Heck coraz mniej lubił koleżanki Jill i ich mężów. Nie podobało mu się, że tak dużo piją i że zachowują się zbyt głupio jak na ludzi po trzydziestce. Tak więc ich życie nie było sielanką. Jednak kiedy Trenton zrozumiał, że ona naprawdę twierdzi, że on się nad nią znęcał psychicznie i że ją porzucił – zwaliło go to z nóg.
Dokładnie dwadzieścia dwa miesiące temu, o dziewiątej czterdzieści osiem wieczorem, w sobotę, Jill po raz ostatni trzasnęła aluminiowymi drzwiami ich przyczepy i pojechała do Dillon, gdzie zamieszkała sama. Trentona dobiło to, że przeprowadziła się nie do domu czy mieszkania, a do innej przyczepy mieszkalnej.
– Dlaczego nie zostałaś ze mną? – zapytał ją. – Ja myślałem, że się wyprowadzasz, bo chcesz mieć dom.
– Ojej, Trent – jęknęła ■- ty nic nie rozumiesz. Nic a nic.
– No przecież teraz też mieszkasz w przyczepie!
– Trent!
– Co ja takiego powiedziałem?
Tak więc Jill zamieszkała w przyczepie nieco lepszej niż ta, którą mógł jej zaoferować Trenton Heck, i zaczęła, jak przypuszczał jej były mąż, przyjmować mężczyzn. Billy Mosler, kierowca ciężarówki i przyjaciel Trentona mieszkający w sąsiedztwie, zdawał się reagować uczuciem ulgi na to rozstanie.
– Trenton, to nie była kobieta dla ciebie. Nie będę o niej mówił źle, bo to nie w moim stylu…
Uważaj, gnojku, pomyślał Heck, spoglądając groźnie na przyjaciela.