– To nie jest zły pomysł.
Z drugiej strony nie wyglądał też na specjalnie zaniepokojonego i nie doradzał im, żeby uciekły z domu natychmiast i poszukały sobie bezpiecznego schronienia.
– Czy wiadomo, gdzie on jest?
– Nie, właściwie to nie.
– Ale on posuwa się na wschód? Oddala się od nas?
– Niedawno widziałem jednego z tych, co go tropią. Okazuje się, że Hrubek wciąż znajduje się gdzieś na wschód od szpitala, ale wygląda na to, że poszedł na wschód, a potem zawrócił.
– Więc posuwa się na zachód?
– Według mnie on raczej krąży. Nie jest tak chory, jak twierdzą niektórzy, ale nie sądzę, że mógłby dotrzeć aż tutaj.
– Co właściwie mogę dla pana zrobić, panie doktorze? Bo za jakieś dwadzieścia minut muszę stąd wyjechać.
– Martwię się o Michaela. Chciałbym go znaleźć, zanim to zrobi policja. Niewielu ludzi wie, jak trzeba postępować z pacjentem takim jak on. Jeżeli będą go usiłowali aresztować tak jak zwykłego więźnia, to on może zrobić krzywdę – sobie albo komuś innemu.
– No ale co ja mogę zrobić?
– Podobno on przysłał pani list. Już dawno.
– We wrześniu.
– Ten list ma coś wspólnego z tym… incydentem, który zdarzył się w maju?
– On nie ma nic wspólnego z czymkolwiek. To po prostu bełkot.
Kohler podniósł wzrok, nie podnosząc głowy, i wpatrzył się w Lis.
– Proszę pani, ja muszę się dowiedzieć, co się zdarzyło w Indian Leap. Czy pani mi pomoże?
Na ladzie obok zlewu było sześć mokrych kółek po szklankach. Lis wzięła gąbkę i wytarła je.
– Widzi pani, jestem lekarzem Michaela. Ale szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, co się teraz dzieje w jego głowie. To, co zdarzyło się w maju, było… bardzo dla niego ważne, znaczące dla jego życia.
– Znaczące? – powtórzyła Lis z przerażeniem.
– Mówiąc tak, nie miałem zamiaru pomniejszać tej tragedii…
– Więc co konkretnie chce pan wiedzieć?
– Czytałem różne reportaże w gazetach. Mam też historię choroby. Ale nasz szpital nie ma pieniędzy. W związku z tym dokumentacja jest bardzo skąpa. Nie mam nawet odpisów protokółów z jego procesu.
– To jakiś biurokratyczny nonsens – powiedziała Lis.
– Odpisy są po dwa dolary za stronę – wyjaśnił Kohler. – Odpisy protokółów z procesu Michaela kosztowałyby sześć tysięcy dolarów. Nasz stan nie może sobie pozwolić na taki wydatek.
– Wygląda na to, że byłoby rozsądnie wydać jednak te pieniądze. Kohler kiwnął głową.
– Naprawdę nie mamy czasu. Mamy z siostrą rezerwację w Gospodzie. No i ta burza…
– To nie zajmie dużo czasu.
Kohler potarł nerwowo dłońmi o spodnie i Lis wyobraziła go sobie, jak w wieku lat kilkunastu prosi do tańca ładną dziewczynę.
– Właściwie to wolałabym o tym nie mówić.
– No tak, oczywiście… – Kohler zawahał się i przyjrzał jej się uważnie. – Ale proszę mnie zrozumieć. Ja go muszę znaleźć jak najszybciej. Jeżeli on podejdzie do czyjegoś domu… Jeżeli przestraszy się, wpadnie w panikę… On może zrobić komuś krzywdę. Niechcący, ale może ją zrobić.
Lis stała w milczeniu, przyglądając się czerwonej posadzce.
– Widzi pani… mnie chodzi właśnie o to. Chodzi mi o to, żeby zabrać go z powrotem do szpitala, zanim zdarzy się… jakiś wypadek. I muszę pani powiedzieć, że istnieje prawdopodobieństwo, że on zmierza właśnie tutaj. To prawdopodobieństwo jest nieznaczne, ale jednak istnieje. Może będę mógł zapobiec jego pojawieniu się tutaj – jeżeli pani mi pomoże.
Po dłuższej chwili Lis spytała:
– Ze śmietanką czy z cukrem? Kohler zamrugał zaskoczony
– W ciągu ostatniej minuty trzy razy spojrzał pan na maszynkę do kawy.
Kohler roześmiał się.
– Robiłem, co mogłem, żeby nie zasnąć.
– Daję panu dwadzieścia minut, panie doktorze. Nie więcej.
– Dziękuję pani bardzo – odrzekł szczerze. Lis podeszła do kredensu.
– Mam nadzieję, że nie sprawiam pani kłopotu – powiedział Kohler, wpatrując się pożądliwym wzrokiem w puszkę kawy Maxwell House.
– A czy mogę pana o coś zapytać?
– Proszę.
– Czy potrafiłby pan teraz zasnąć?
– Słucham?
– No, gdyby pan był u siebie w domu, byłby pan w stanie zasnąć?
– W domu? O tak. I w swoim samochodzie. I u pani – na trawniku przed domem i na podłodze w kuchni. W każdej chwili, wszędzie.
Lis pokręciła głową z podziwem, słysząc o takiej cudownej zdolności, i zaczęła się przyglądać dzbankowi, który napełniał się czarnym płynem. Wiedziona nagłym impulsem, postanowiła też się napić.
– A ja, bez względu na to, co się stanie dzisiejszej nocy, będę zdolna zasnąć dopiero jutro o jedenastej wieczorem.
– Bezsenność? – zapytał.
– Tak, na bezsenności znam się doskonale – wyjaśniła mu. – Ciepłe mleko, gorąca kąpiel, zimny prysznic, hipnoza, autohipnoza, waleriana, leki – próbowałam wszystkiego.
– Ja w mojej praktyce mam dużo do czynienia ze snami pacjentów. Ale nigdy nie zajmowałem się zaburzeniami snu.
Lis dolała sobie mleka do kawy. Kohler pił czarną.
– Wejdźmy tutaj – powiedziała.
Z kubkami parującej kawy w dłoniach weszli do cieplarni, w końcu której znajdowała się wnęka. Kiedy już usiedli w głębokich fotelach z kutego żelaza, lekarz rozejrzał się i wypowiedział komplement, który świadczył o tym, że nie wie nic o kwiatach, odnosząc się do rozmiarów pomieszczenia i porządku w nim panującego. Siedział przy tym z nogami zsuniętymi i pochylał się do przodu, co sprawiało, że wyglądał na szczuplejszego, niż był w istocie. Pił głośno, a Lis od razu zorientowała się, że jest przyzwyczajony do jedzenia w samotności i w pośpiechu. Potem odstawił kubek i wyjął z kieszeni marynarki bloczek i złote pióro.
– Więc pan nie ma pojęcia, dokąd on zmierza? – zapytała Lis.
– Rzeczywiście nie wiem tego. Jest prawdopodobne, że on też tego nie wie i że nie zdąża świadomie do jakiegoś określonego miejsca. Problem z nim polega na tym, że nie można brać dosłownie tego, co mówi. Żeby go zrozumieć, trzeba wniknąć głębiej. Weźmy na przykład ten list, który do pani napisał. Czy w tym liście w środku słów były duże litery?
– Tak. To było bardzo dziwne.
– Michael tak robi. Widzi takie związki między rzeczami, które dla nas nie istnieją. Czy mógłbym zobaczyć ten list?
Lis poszła do kuchni, znalazła list i wróciła z nim do cieplarni. Kohler stał tam i trzymał w rękach małe zdjęcie oprawione w ceramiczną ramkę.
– To pani ojciec? – zapytał.
– Mówią, że jestem do niego podobna.
– Tak, jest pewne podobieństwo. Oczy i broda… On był, niech zgadnę… profesorem?
– Raczej uczonym z bożej łaski.
Zdjęcie zostało zrobione dwa dni po powrocie ojca z Jerez. Ojciec wsiadał na nim do cadillaka, którym miał udać się na lotnisko. Lis nacisnęła spust migawki, stojąc za wystającym brzuchem matki, w którym pływała jej siostra nie mająca pojęcia o tym, że właśnie następuje łzawe pożegnanie.
– Był biznesmenem, ale zawsze chciał uczyć. Mówił o tym wiele razy. Byłby z niego wspaniały uczony.
– Äpani jest profesorem?
– Jestem nauczycielką. Uczę-angielskiego w szkole średniej. A jak to jest z panem? – zapytała. – O ile wiem, medycyna to zawód dziedziczny.
– O tak, rzeczywiście. Mój ojciec był lekarzem. – Kohler roześmiał się. – Chciał, żebym został historykiem sztuki. To było jego marzenie. Potem niechętnie zgodził się, żebym poszedł na medycynę. Pod warunkiem, że zostanę chirurgiem.
– Ale pan uznał, że chirurgia to nie dla pana, tak?