Robert miał czterdzieści jeden lat, ale wyglądał o dziesięć lat młodziej i zarażał wszystkich swoim młodzieńczym entuzjazmem. Dla niego każdy był potencjalnym klientem, który z łatwością da się namówić na transakcję. Owen odznaczał się większą dojrzałością, ale był milczkiem, no i miewał humory. Nie podobało mu się to, że gra drugie skrzypce przy przystojnym, bogatym czarusiu, który przypomina prezydenta Kennedy'ego – zarówno wyglądem jak i charyzmą.
Ale później, po śmierci Ruth, w marcu zeszłego roku Atchesonowie także stali się bogaci. Nie miało to wielkiego wpływu na Lis, która wyrosła w zamożnej rodzinie, jednak w Owenie spowodowało wielką zmianę.
Lis, podobnie jak Owen, miała pewne zastrzeżenia do przyjaźni z Gil-lespiemi. Jednak nie z powodu charakteru Roberta, tylko z powodu Doro-thy.
Z powodu Dorothy mającej głos nastolatki zagrzewającej do boju szkolną drużynę sportową. I doskonałą figurę. I ubrania, które tę figurę podkreślały. Z powodu Dorothy o okrągłej twarzy kobiety ze Środkowego Wschodu i ciemnych, zawsze starannie umalowanych oczach.
Lis nie tyle zazdrościła Dorothy, co czuła do niej niechęć. Najbardziej irytowało ją to, że Dorothy tak się płaszczy przed Robertem. Że przerywa swoje zajęcia po to, żeby oddawać mu różne usługi, których potrzebował w rzeczywistości albo tylko w jej wyobraźni. Wydawało się, że dla Roberta wszystkie te hołdy są żenujące, tym bardziej że wyglądało na to, że oddawane są z wyrachowaniem. Lis uważała, że Robertowi potrzebna jest żo-na-partnerka, a nie taka mała gejsza, nawet jeżeli ta gejsza wyposażona jest w światowej klasy biust.
Jednak kiedy stało się jasne, że oni i małżonkowie Gillespiech nie zostaną bliskimi przyjaciółmi, zastrzeżenia Lis prawie zniknęły. Lis stała się bardziej tolerancyjna w stosunku do Dorothy i nawet pytała ją nieraz o radę w sprawach makijażu i ubiorów (w zakresie których Dorothy była prawdziwym ekspertem). Obie kobiety nigdy nie żywiły do siebie siostrzanych uczuć, jednak Dorothy stała się kimś, komu Lis mogła wyznać swoje największe grzechy.
To właśnie Dorothy, przypomniała sobie teraz Lis, usłyszała, że pogoda w niedzielę będzie piękna, i zaproponowała, żeby pojechali na piknik.
– A kim była Claire?
Claire miała osiemnaście lat, a Lis uczyła ją angielskiego w drugiej klasie liceum. Claire była bardzo nieśmiała i miała bladą twarz w kształcie serca.
– Była dziewczyną, co do której miało się nadzieję, że nie stanie się w przyszłości zbyt piękna, bo czuło się, że nie zniosłaby zainteresowania, jakim darzyliby ją mężczyźni – wyjaśniła Lis.
Cokolwiek miała przynieść przyszłość, Claire była śliczna już jako nastolatka. Lis, zobaczywszy ją po raz pierwszy kilka lat temu, była pod wrażeniem jej eterycznej urody. Dziewczyna miała subtelną twarz, spokojne oczy i długie, delikatne palce. Nauczyciele natychmiast klasyfikują sobie uczniów i Lis od razu poczuła sympatię do Claire. Postarała się nie stracić z nią kontaktu. Rzadko wyróżniała w ten sposób swoich uczniów. Chyba tylko w dwóch czy trzech innych przypadkach utrzymywała z uczniami czy byłymi uczniami kontakty poza szkołą. Zwykle zachowywała dystans, świadoma władzy, jaką miała nad tymi młodymi ludźmi. Kiedy przychodziła do szkoły w bluzkach w jasnych kolorach, zauważała, jak oczy chłopców wędrują po jej piersiach, i miała pewność, że ich penisy stają się wtedy twarde. Nieśmiałe i nieatrakcyjne dziewczyny uwielbiały ją, a te, które tworzyły klasowe koterie, odnosiły się do niej pogardliwie albo z zazdrością – tylko dlatego, że ona była kobietą, a one same jeszcze niezupełnie. Lis radziła sobie ze wszystkimi tymi uczuciami z wielką godnością i ostrożnością i zwykle oddzielała od siebie dokładnie życie domowe i szkolne.
Jednak dla Claire zrobiła wyjątek. Matka dziewczyny piła, a przyjaciel matki siedział kiedyś w więzieniu za molestowanie seksualne przybranego dziecka z poprzedniego związku. Kiedy Lis dowiedziała się, jak wygląda egzystencja Claire, zaczęła dopuszczać ją stopniowo do swojego prywatnego życia. Czasami prosiła o pomoc w cieplarni, czasami zapraszała na niedzielny lunch. Wiedziała, że ta jej skłonność do dziewczyny jest dość zagadkowa i być może wręcz niebezpieczna. Bo na przykład pewnego razu, kiedy Claire została po lekcji, żeby omówić z nią recenzję jakiejś książki, Lis zauważyła, że ma ona splątane blond włosy, i zaczęła te włosy rozczesywać własną szczotką. Nagle uświadomiła sobie: kontakt na-uczycielka-uczennica za zamkniętymi drzwiami! Zerwała się z krzesła i odskoczyła od przestraszonej dziewczyny. I przyrzekła sobie, że będzie bardziej uważała.
Mimo to jednak w ciągu ostatnich dwóch lat widywały się często i kiedy Claire w piątek powiedziała smutno, że matki w niedzielę nie będzie w domu, Lis bez wahania zaprosiła ją na piknik.
Pierwszego maja rozłożyli się na Plaży Rocky Point. Portia natychmiast poszła biegać – chciała przebiec dziesięć kilometrów krętymi kanionami.
– Portia biega w maratonach – wyjaśniła Lis Kohlerowi.
– Ja też – odrzekł lekarz.
Lis roześmiała się, jak zawsze zdziwiona tym, że ludzie robią takie rzeczy dla przyjemności.
– A my, to znaczy Dorothy, Robert, Claire i ja, siedzieliśmy przez jakiś czas na plaży. I patrzyliśmy na żaglówki. No wie pan, po prostu rozmawialiśmy, piliśmy colę i piwo.
Tak upłynęło im jakieś pół godziny. Po czym doszło do sprzeczki między Dorothy a Robertem.
Dorothy zostawiła w samochodzie książkę Lis. „Hamleta". Lis przygotowywała się do końcowych egzaminów i dlatego wzięła ze sobą zaczytany i pokryty notatkami egzemplarz.
– Miałam zajęte ręce, bo niosłam różne rzeczy, i Dorothy powiedziała, że ona weźmie książkę. Ale zapomniała i zostawiła ją w samochodzie.
Lis powiedziała jej, żeby się tym nie przejmowała, i dodała, że nie ma nastroju do pracy. Ale Robert zerwał się i oświadczył, że pójdzie po książkę. Wtedy Dorothy zauważyła kwaśno, że on gotowy jest zrobić wszystko dla każdej osoby, która nosi spódnicę. Lis przypuszczała, że to miał być żart, jednak ten żart się nie udał, bo oboje – ona i Robert – poczuli się dotknięci.
– Robert zapytał ją, co przez to rozumie. Dorothy machnęła ręką i powiedziała: „Oj, idź już po tę cholerną książkę" czy coś w tym rodzaju. Potem dodała, że powinien biec przez całą drogę w obie strony. „Zrzucisz w ten sposób trochę tłuszczu. Zobaczcie, jemu rosną piersi".
Lis była zmieszana – ze względu na Claire. Robert pobiegł rozzłoszczony, a Dorothy wróciła do czytania swojego czasopisma.
Lis ściągnęła szorty i rozpięła koszulową bluzkę, pod którą miała biki-ni. Położyła się na ciepłych kamieniach i zamknęła oczy, usiłując nie zasnąć (drzemki w ciągu dnia są zakazane dla cierpiących na bezsenność). Claire, z którą Robert zdążył się zaprzyjaźnić po drodze, była jedyną osobą zdającą się niecierpliwie czekać na jego powrót. Kiedy upłynęło już pół godziny, a on nie wracał, wstała i powiedziała, że idzie go poszukać. Lis podniosła wzrok. Dziewczyna szła w stronę sterczących w górę skał. Te skały, odrażające i fascynujące zarazem, robiły wrażenie twardych jak wypolerowana kość. Na ich widok Lis przypomniała sobie żółtą czaszkę leżącą w pracowni biologicznej.
Potem Lis zobaczyła, że Claire stoi u wlotu do kanionu, o jakieś ćwierć mili od plaży. A następnie dziewczyna zniknęła jej z oczu.
– Po jakimś czasie – powiedziała Lis Kohlerowi – zaczęłam się zastanawiać, gdzie oni się podziali. Co się dzieje? – myślałam. Byłam poważnie zaniepokojona. Wzięłam torebkę i ruszyłam w stronę tego miejsca, w którym zniknęła Claire.