Nagle mignęła jej przed oczami plama koloru. Pomyślała, że ta plama jest żółta jak szorty Claire. Pobiegła do kanionu. Wbiegła w głąb, pokonała tak jakieś sto jardów i zobaczyła krew.
– Krew?
Krew była tuż przed jaskinią. Wejście do jaskini było kiedyś zagrodzone łańcuchem, ale ktoś wyrwał słupek, do którego ten łańcuch był przymocowany, i odrzucił go na bok.
Nie – pomyślała – za nic tam nie wejdę. Ale uklękła i zajrzała do środka. Powietrze w środku było chłodne i pachniało mokrym kamieniem, gliną i pleśnią.
Poczuła, że ktoś za nią stoi. Był to potężny mężczyzna, który pojawił się o kilka stóp od niej.
– Michael? – zapytał Kohler. Lis kiwnęła głową.
Hrubek zaczął wyć jak zwierzę. Miał w ręce zakrwawiony kamień. Patrząc na nią, wrzasnął: Sic semper tyrannis!
Richard Kohler podniósł szczupłą dłoń, dając jej znak, żeby zaczekała. I po raz pierwszy tego wieczora zapisał coś sobie.
Nie pomyślała pani, że można by pójść poszukać strażnika leśnego? – zapytał.
Lis nagle zrobiła się zła. Dlaczego on zadaje takie pytanie? Takie, jakie zadają prawnicy i policjanci. Czy nie pomyślałam, że może trzeba poszukać strażnika? Przecież, na miłość boską, zawsze tak jest. Zawsze jest tak, że postąpilibyśmy inaczej, gdybyśmy mogli. Czyż nie mamy nieraz ochoty przerobić całego naszego życia? Biegu czasu nie da się odwrócić. Gdyby było inaczej, to byśmy oszaleli.
– Tak, pomyślałam o tym. Ale nie wiem… po prostu wpadłam w panikę. Wbiegłam do jaskini.
W środku nie było bardzo ciemno. Przez jakąś szczelinę znajdującą się trzydzieści, a może czterdzieści stóp nad jej głową wpadało blade światło.
Ściany wznosiły się pionowo, ze sklepienia jaskini zwisały stalaktyty. Lis, przerażona, oparła się o ścianę, chcąc złapać równowagę. W jaskini rozległ się jęk. Ten jęk przypominał dźwięk oboju albo wiatru w trzcinach. Był straszny! Lis spojrzała pod nogi i znowu zobaczyła krew.
W tej chwili przez otwór wejściowy do jaskini wsunął się Hrubek. Lis odwróciła się i zaczęła biec przed siebie. Nie miała pojęcia, dokąd biegnie, nie myślała o tym, po prostu biegła. Kiedy wydostała się z głównej sali, pognała długim korytarzem, wysokim na jakieś osiem stóp. Hrubek był gdzieś za nią. Biegnąc, Lis zauważyła, że tunel się zmniejsza. Teraz miał już sześć stóp wysokości i był znacznie węższy. W pewnym momencie Lis uderzyła się o skałę i rozcięła sobie czoło – bliznę ma do dzisiaj. W tej chwili korytarz miał już tylko pięć stóp wysokości i Lis biegła zgięta wpół. Potem sufit obniżył się jeszcze – był na wysokości czterech stóp. A później Lis musiała się zacząć czołgać.
Przed nią tunel jeszcze się zmniejszył, chociaż po drugiej stronie bardzo wąskiego otworu zdawał się poszerzać. Było tam też jaśniej. Ale żeby tamtędy uciec, musiałaby się przeczołgać przez tunel wysoki na jakieś dwanaście cali – mając Hrubeka tuż za sobą.
– Myśl o tym, że będę taka… no, taka obnażona… Bo miałam przecież na sobie tylko kostium kąpielowy… Nie byłam w stanie tego zrobić. Skręciłam w lewo i wpełzłam w jakiś większy otwór.
Było ciemno, ale ona czuła, że krąży tu chłodne powietrze, i doszła do wniosku, że ma przed sobą jakąś dużą przestrzeń. Weszła do środka, posuwając się po omacku po gładkim podłożu. Kiedy się obejrzała, zobaczyła wejście, które było nieco jaśniejsze niż otaczające ją ściany. Stopniowo zrobiło się ciemniejsze, a potem znowu się rozjaśniło i Lis usłyszała jakieś syczenie. Hrubek znajdował się gdzieś koło niej w tej małej jaskini. Lis położyła się płasko na ziemi. Gryzła palce, żeby powstrzymać szloch.
– Człowiek, który nie był w takim miejscu, nie ma pojęcia, co to jest hałas. Byłam pewna, że zdradzi mnie bicie serca albo pulsowanie krwi. Słyszałam własne łzy kapiące na ziemię.
Przez chwilę Hrubek kręcił się po jaskini. Minął ją, przechodząc najwyżej o pięć stóp od niej. Potem zatrzymał się, wciągnął powietrze i mruknął:
– Tutaj jest kobieta. Czuję zapach jej dupy.
Lis zerwała się i zaczęła biec. Nie mogła dłużej wytrzymać.
– Dopadłam do otworu i wbiegłam w wąski korytarz, w ten sam, którym tam przyszłam. To znaczy myślałam, że to ten sam. Ale okazało się, że źle skręciłam.
W pewnym sensie miała szczęście. Bo było tu więcej światła i jaskinia okazała się wysoka. Lis zobaczyła wyrzucone papierosy i puszki po piwie, co nasunęło jej myśl, że zbliża się do wyjścia. Biegła w stronę światła.
– A później poczułam podmuch i usłyszałam, że gdzieś nad moją głową spływa woda. Rzuciłam się w tamtą stronę. I właśnie tam znalazłam ciało. – Spojrzała przez zaparowane okna, za którymi w ogrodzie hulał teraz wiatr. – Z początku go nie poznałam. Bo było za dużo krwi.
17
Na ziemi leżał Robert Gillespie.
– Jego ciało było dziwnie skręcone. Wyglądał jak szmaciana lalka, a głowę miał rozpłataną. Ale żył.
Lis wzięła go za rękę i pochyliła się nad nim, błagając go, żeby oddychał.
– Sprowadzę pomoc – powiedziała.
Ale nagle usłyszała kroki. O dziesięć stóp od nich stał Hrubek i gapił się na nich. Uśmiechał się cynicznie i coś mruczał.
– Mówił coś – powiedziała Lis do Kohlera – o jakichś spiskowcach. Lis cofnęła się i natrafiła na własną torebkę. W torebce znalazła nóż.
Zapakowała go, wybierając się na piknik – wyjaśniła. Był zawinięty w papierową serwetkę, żeby nikt nie skaleczył się, sięgając po niego na oślep. Teraz wyciągnęła go i usunęła serwetkę. Nóż był bardzo ostry, jego ostrze miało dziesięć cali długości. Lis wyciągnęła go w stronę Hrubeka i kazała mu się cofnąć. Ale on ruszył prosto na nią, powtarzając: Sic semper tyran-nis\ Lis straciła odwagę. Rzuciła nóż i uciekła.
– To był ten nóż, którym on się posłużył? – zapytał Kohler. – Pamiętam, czytałem, że ofiara była pobita i że pchnięto ją nożem. A poza tym miała okaleczone genitalia.
Lis odpowiedziała dopiero po chwili.
– Robert był ranny, ale prawdopodobnie przeżyłby. Sądząc po tym, co się okazało na procesie, nie umarłby od uderzeń kamieniem. Umarł z powodu tego pchnięcia nożem. – Przerwała. – A to okaleczenie… No tak, Hrubek dźgnął go w pachwinę. Kilka razy.
W odległości zaledwie pięćdziesięciu stóp Lis znalazła wyjście i wygramoliła się przez nie. Upadła na ziemię i z trudem łapała powietrze ustami. A potem zaczęła biec kanionem. Jednak po dwunastu jardach chwyciła ją kolka. Hrubek znajdował się jakieś dwadzieścia, trzydzieści stóp za nią. I mówił:
– Chodź tutaj. Jesteś bardzo ładna. Ale co ty masz na włosach? Nie podobają mi się twoje włosy. Co ty masz nagłowię?
Lis miała na głowie krew Roberta. To zdenerwowało Hrubeka. Hrubek był bardzo zły. Lis myślała, że dlatego, że uważał krew za dowód świadczący przeciwko niemu.
– Co ty ze sobą zrobiłaś? – krzyknął. – To nie jest modne. Nie powinnaś była tego robić!
Zrobił krok w jej kierunku, a ona padła na kolana i wtoczyła się pod wystający nawis skalny. Pod nawisem było zagłębienie, w które Lis się wcisnęła, trzęsąc się z zimna i starając się nie wpaść w panikę. Kiedy spojrzała na ścieżkę, pojawiły się na niej stopy Hrubeka. Hrubek miał na sobie buty. Ogromne. Z takimi charakterystycznymi noskami. To ją zdumiało. Nie wiadomo dlaczego spodziewała się, że ten człowiek będzie boso i że ona zobaczy jego długie paznokcie u nóg. Zastanowiła się, czy zabił kogoś, żeby zdobyć te buty. Potem położyła się na brzuchu.
– Nieźle – mówił Hrubek. – Chodź tu. No wyjdź. Ty jesteś Ewa, prawda? Piękna kobieta. Powinnaś pozbyć się tych pieprzonych włosów.