Выбрать главу

Lis wpełzła w szczelinę – tak głęboko, jak się tylko dało. Przycisnęła twarz do skały. Kiedy Hrubek sięgnął ręką, szukając jej po omacku, krzyknęła tak przeraźliwie, że sama się przestraszyła. On też krzyknął, a potem kazał jej być cicho. Stęknął i znowu spróbował jej dosięgnąć. Z wielkim wysiłkiem wyciągnął w przód rękę. Koniuszek jego palca środkowego dotknął jej uda. Ten palec i to udo to były jedyne części ich ciał, które się stykały. Lis poczuła, że jego palec pokryty zgrubiałą skórą przesuwa się w stronę jej kolana. Miała wrażenie, że ją parzy, i to wrażenie pozostało nawet wtedy, kiedy Hrubek wstał i zniknął.

Lis leżała, płacząc i zmagając się z atakiem klaustrofobii. Gdzie on jest? – zastanawiała się. Czy ja odważę się stąd wyjść? Upłynęło pół godziny od czasu jej zniknięcia z plaży. Wiedziała, że Owen jeszcze nie przyjechał, ale Portia i Dorothy mogły jej szukać. Także Claire mogła być gdzieś w pobliżu.

Potem Lis zobaczyła, że na zewnątrz pada. Krople deszczu rozpryskiwały się na kamienistej ścieżce.

– Zaczęłam się gramolić, chcąc wyjść. I wtedy usłyszałam głos Hrubeka. Hrubek był bardzo blisko i mówił coś do siebie. Równocześnie usłyszałam grzmot.

Grzmot był potężny. Lis miała wrażenie, że zatrzęsła się ziemia. Zaczęła się bać, że wisząca nad nią skała przesunie się, zamykając ją w pułapce. Ale ta obawa wkrótce ustąpiła, a na jej miejscu pojawił się strach przed utopieniem. Gdyż nagle wyschniętym potokiem popłynęła woda, która zaczęła wypełniać jaskinię.

Lis posunęła się w stronę otworu. Gdyby Hrubek sięgnął teraz w głąb jaskini, z łatwością by ją złapał. Lis miała głowę przekręconą na bok (bo tylko w ten sposób mogła się ona zmieścić w wąskim otworze) i rozpaczliwie usiłowała chwytać powietrze ustami. Wkrótce brudna woda podniosła się na tyle, że sięgnęła jej warg. Lis wypluła ją i zaczęła się krztusić. I znowu grzmot, i znowu woda waląca po kamieniach. Lis z dużym wysiłkiem spróbowała posunąć się w stronę wyjścia, ale przychodziło jej to z trudem. Zmagając się z prądem wody, dotarła w końcu tak blisko otworu, że mogła wysunąć rękę na zewnątrz. Po omacku chwyciła się jakiejś skały i podciągnęła się w jej stronę.

– Wtedy skała poruszyła się. Bo to nie była wcale skała, tylko but. Cofnęłam się szybko, ale ogromna dłoń schwyciła mnie za przegub i wyciągnęła na zewnątrz. – Lis odwróciła wzrok. – Kostium kąpielowy zaczepił o skałę i podarł się.

Była półnaga. Ale nie miała wyboru – nie mogła zostać dłużej w jaskini. Przypomniała sobie, że żałowała wtedy, że nie ma dość odwagi na to, aby wybrać śmierć przez utopienie i nie dać się zgwałcić i zamordować temu szaleńcowi. W momencie gdy Hrubek wyciągnął ją z jaskim, wyobraziła sobie, jak jego ogromne dłonie ściskają jej piersi, a potem wsuwają się między jej nogi. Zaczęła płakać.

I wtedy jakiś męski głos powiedział:

– W porządku, proszę pani. Wszystko w porządku. Co się tu stało? Lis osunęła się w ramiona strażnika.

Lał deszcz. Stojąc na tym deszczu i opierając się o skałę, opowiedziała strażnikowi o Robercie i Hrubeku. Strażnik zaczął zadawać pytania, ale ona nie mogła się skupić. Słyszała okropne zawodzenie, które zdawało się wydobywać z wnętrza ziemi i odbijać echem od skał. Stawało się ono coraz słabsze, w końcu zrobiło się bardzo słabe, jednak nie umilkło.

– Co to jest? – zapytałam. – Na litość boską, niech pan coś zrobi, żeby to przestało.

Wkrótce zawodzenie ustało – wyjaśniła Lis psychiatrze.

Jak się dowiedziała parę minut później od innego strażnika, podziemny strumień, wezbrany wskutek deszczu, wypełnił jaskinię, w której znalazła ciało Roberta i w której przez cały czas znajdowała się Claire. A ten dźwięk to było zawodzenie dziewczyny wzywającej pomocy. Został stłumiony przez wzbierające wody, w których Claire utonęła.

Owen Atcheson zatrzymał gwałtownie samochód, wyłączył światła i rozejrzał się naokoło, badając ten ponury kawałek pustej szosy.

Wyjął pistolet z kieszeni, wysiadł z samochodu i wszedł na polanę, oświetlając latarką zakurzone pobocze. Rower Hrubeka został tu położony albo upadł na bok, a naokoło niego znajdowały się ślady stóp. Niektóre z nich okazały się śladami butów szaleńca, ale pozostałych Owen nie rozpoznawał. Było jasne, że w pewnej chwili Hrubek siedział na ziemi, bo krawędzie jego obcasów pozostawiły głębokie ślady, a po pośladkach pozostały w kurzu rozległe wgłębienia.

Owen nie mógł się zorientować, co się tutaj stało. Zauważył, że ślad opon rowerowych biegł dalej na zachód szosą numer 236. Mimo to przyglądał się wciąż uważnie temu miejscu, pragnąc dociec, jak pracował umysł Hrubeka. Zobaczył porośniętą trawą drogę dojazdową znikającą w lesie. Ślady opon, niektóre świeże, prowadziły w stronę tej drogi.

Dalej znajdowała się długa droga prowadząca w dół między drzewami, zaroślami, wśród wysokiej trawy, wśród jakichś pnączy i przez mgłę. Tam, gdzie kończył się spadek, w miejscu, gdzie droga ginęła wśród cieni, w zaroślach stał krzywo jakiś samochód. Owen zaświecił latarkę, jednak samochód znajdował się tak daleko, że zobaczył tylko jego niewyraźną sylwetkę. Doszedł do wniosku, że jest to niezgrabna, ciężka, dwutonowa ciężarówka. W Detroit zaprzestano produkcji takich maszyn już dawno temu. Owen nie zadał sobie trudu, żeby dokładniej przyjrzeć się ciężarówce. Wrócił na szosę i pojechał powoli na zachód. Zatrzymywał się mniej więcej co sto jardów, żeby sprawdzić, czy są ślady roweru.

Równocześnie rozważał najważniejszy problem, przed jakim stanął tego wieczora.

Nie był to problem moralny. Nie, gdyż Owen Atcheson bez żadnych skrupułów zamierzał podejść do Hrubeka i wpakować mu kulę w środek czoła. Był to problem praktyczny, problem streszczający się w pytaniu: jak zabić Michaela Hrubeka, nie powodując tym skreślenia własnej osoby z listy adwokatów i nie lądując w więzieniu?

Gdyby Hrubek był przestępcą po wyroku, sprawa byłaby prostsza. Bo uciekającemu przestępcy wolno było strzelić w plecy. (Owen zmrużył oczy i przypomniał sobie przepisy z kodeksu karnego na ten temat.) Ale Hrubek nie był przestępcą. Ława przysięgłych orzekła co prawda, że zabił Roberta Gillespiego, jednak sąd wydał wyrok uznający go za niewinnego z powodu choroby psychicznej.

To oznaczało, że istniały tylko dwa sposoby zabicia go bez ponoszenia konsekwencji. Trzeba było albo zostać przez niego zaatakowanym w miejscu, z którego nie można było uciec, na przykład w zamkniętym pokoju, w zablokowanym tunelu, na moście albo złapać go we własnym domu, gdzie wolno było go legalnie zastrzelić, nie będąc przez niego sprowokowanym. W tym drugim wypadku musiałby pewnie stawić się na policji i złożyć zeznanie, a może nawet obeszłoby się bez tego.

Należało doprowadzić do realizacji jednego z tych dwóch scenariuszy. Jednak Owen był wciąż tak daleko od swojej ofiary, że nie mógł zorientować się, jak ma to zrobić. No tak, w tej chwili nie pozostawało mu nic innego, jak jechać dalej, powoli naprzód przez mglistą noc i zmagać się z tą niepewnością – niepewnością nie co do celu, tylko co do środków. Owen popadł w nastrój właściwy żołnierzowi podczas walki: myślał tylko o mechanizmach zabijania. Jaki strzał byłby najbardziej skuteczny? Którym rodzajem broni powinien się posłużyć? Jak długo człowiek postury Hrube-ka może biec, odniósłszy śmiertelną ranę? (Przypuszczał, że bardzo długo, podobnie jak bawół albo niedźwiedź.) Czy Hrubek podchodzi ukradkiem do tych, co go ścigają? Czy w tej chwili nie zastawia przypadkiem kolejnej stalowej pułapki? Albo jakiejś innej? Od czasu gdy służył w wojsku, Owen wiedział, że pułapki mogą być bardzo różne, że zastawiając je, można posłużyć się benzyną, naftą, sztucznym nawozem, gwoździami, narzędziami, pociętymi na kawałki balami, drutem.