Zastanawiał się nad tym, przejeżdżając powoli obok starej stacji benzynowej i sklepu wielobranżowego – zamkniętych i pogrążonych w ciemności. Najwyraźniej ta stacja zainteresowała Hrubeka, bo ślady roweru wskazywały na to, że skręcił na podjazd. Owen przejechał obok parkingu i zatrzymał się bardzo powoli, tak żeby nie zapiszczały hamulce. Wyjął pistolet z kieszeni i wysiadł z samochodu.
We frontowej części budynku, w pobliżu jednej z pomp zauważył na wpół opróżnione pudełko z pączkami. Za bardzo rzucało się w oczy – wyglądało tak, jakby zostawiono je tu celowo, dla przywabienia ścigających w pułapkę. Dlatego, idąc w stronę tylnej części budynku, Owen zachowywał się bardzo cicho. No tak, okno wybite, a zasuwka odsunięta. Owen odetchnął głęboko, żeby się uspokoić, a potem pchnął drzwi – szybko, tak żeby zawiasy nie zaskrzypiały – i wszedł do środka. Kiedy już się tam znalazł, natychmiast przeszedł na bok, tak żeby nie stać w drzwiach.
Stojąc bez ruchu, pozwolił oczom przyzwyczaić się do mroku. Usta miał szeroko otwarte. Był to sposób stosowany przez żołnierzy – dzięki niemu człowiek przestraszony nie wciągał głośno powietrza. Odczekał tak pięć minut, nie słysząc niczego, a potem wszedł zgięty między półki, na których leżały części samochodowe i zatłuszczone kartony.
Zbadał pomieszczenie dokładnie i nie znalazł ani Hrubeka, ani niczego, co by świadczyło o jego obecności. Przez otwarte drzwi widział szosę. Przejechał nią samochód, oświetlając wnętrze. Tysiąc cieni przesunęło się z lewa na prawo, a potem zrosło się w jedną całość i połączyło z ciemnością na zewnątrz. Reflektory oślepiły Owena. Musiał poczekać pięć minut, aż oczy przyzwyczają mu się znowu do ciemności.
A potem szukał dalej i znalazł karton po pączkach. Na podłodze był rozsypany cukier puder. Owen poszedł w stronę wąskich drzwi prowadzących do pomieszczenia we frontowej części budynku. Nagle zatrzymał się, nasłuchując. Rozległo się dudnienie. Po chwili to dudnienie stało się głośniejsze. Na zewnątrz zabłysło światło i oświetliło staromodną pompę. W momencie gdy kierowca przyspieszył, strzeliła rura wydechowa. Ciężarówka z hukiem przejechała obok budynku stacji.
Owen przymknął oczy, chcąc je ochronić przed światłem.
Wtedy właśnie wyczuł jakiś ruch. Otworzył oczy przerażony i zobaczył ciemny kształt pojawiający się na tle otworu drzwiowego. Odskoczył do tyłu, zanim ten ktoś go dopadł. Ale źle ocenił odległość, wpadł na metalowy stół i upadł na plecy, upuszczając broń. Padając, uderzył głową o stalową krawędź. Leżał na betonowej podłodze, ogłuszony, podczas gdy jakiś niewyraźny kształt zamajaczył w drzwiach, nie dalej jak o trzy stopy od niego.
Błyszczący samochód tkwił jak błękitny klejnot na podjeździe i kusił go i nęcił.
– Dojadę nim do Ridgeton błyskawicznie. Tak, tak, błyskawicznie.
O piękny samochodzie, mógłbym siedzieć na twoim siedzeniu, podczas gdy śliczna córka pastora siedziałaby na jego kutasie…
Opuściwszy starą stację benzynową, Hrubek dojechał na rowerze do długiej, wysypanej żwirem drogi dojazdowej, w którą wjechał samochód z tą kobietą i jej córką w środku. Nie widział świateł i domyślił się, że ich dom musi stać co najmniej pół mili od szosy. Przeszedł powoli przez łąkę znajdującą się obok drogi dojazdowej, zatrzymując się po to, żeby z płóciennego plecaka wyjąć ostatnią pułapkę i umieścić ją w wysokiej trawie. A potem szedł dalej, niosąc rower i myśląc: „Jaki to świetny samochód! Dlaczego miałbym jechać na tym zajebanym rowerze? Na zą/e-ba-nym rowerze daleko się nie zaje-dzie. Dlaczego mam na nim pedałować, skoro mogę pojechać samochodem?"
Zatrzymał się, wziął rower za tylne koło i ruchem dyskobola obrócił się dwa razy, wyrzucając rower w powietrze. Rower spadł w zarośla jakieś trzydzieści stóp od niego. Hrubek był rozczarowany, bo rower nie wybuchnął, uderzając o ziemię, chociaż równocześnie nie miał pojęcia, dlaczego spodziewał się, że tak się stanie. Dalej poszedł już drogą dojazdową, myśląc nie tyle o samochodzie, ile o pięknych włosach tej kobiety. Włosy intrygowały go najbardziej. Wiedział, że ona ma piersi i dupę, i maski na oczach. Ale włosy interesowały go i fascynowały najbardziej. Przypominały mu jego własne włosy, takie jakie były, zanim je obciął. Kiedy on to zrobił? Dziś wieczorem? Nie, w zeszłym roku. A dlaczego to zrobił? Nie mógł sobie przypomnieć. Pewnie z powodu mikrofonów.
Zanim dotarł do miejsca, w którym stał w tej chwili, Hrubek przeszedł pół mili. Przeszedł pół mili i stanął na podjeździe obok domu.
– A teraz bądź sprytny – powiedział do siebie poważnie, mając na myśli to, że w domu jest prawdopodobnie mąż.
Kobieta o takich miękkich włosach i z taką delikatną twarzą na pewno nie żyje samotnie. Na pewno ma męża – potężnego mężczyznę o zimnych oczach – spiskowca takiego jak ten kulawy skurwysyn z psem.
Hrubek pochylił się i podkradł się bliżej do domu. Schował się wśród jałowców. Rosa przemoczyła mu kombinezon. Spojrzał na dwupiętrowy dom w stylu kolonialnym. Światła w jego oknach były złociste, w wypielęgnowanym ogrodzie rosły opasłe dynie i ozdobna kukurydza, a sam dom był solidny, symetryczny. Całość wyglądała jak z obrazka. Frontowe czerwone drzwi ozdabiał wieniec z suszonych kwiatów.
Hrubek odwrócił się i zaczął się przyglądać błyszczącej ciężarówce stojącej na podjeździe. Tuż obok niej stał sportowy żółty motocykl. Hrubek przypomniał sobie mgliście, że kiedy był na studiach, zdarzyło mu się kilka razy jeździć na motocyklu. Przypomniał sobie też, jaki był wtedy zachwycony i przerażony. Motocykl, stojący teraz przed domem, wyglądał bardzo ładnie – był błyszczący i chyba miał dobre resory. Ale samochód zafascynował go wcześniej i ta fascynacja nie ustępowała.
Hrubek podszedł do domu i zajrzał do wnętrza przez boczne okno. Przyciskając usta do parapetu, poczuł gorzki smak farby. Zobaczył kuchnię. W kuchni była ona. Kobieta o pięknych włosach. Tak, ona naprawdę była piękna. Wydawała się teraz o wiele ładniejsza niż tam, na stacji benzynowej. Obcisłe niebieskie dżinsy, jedwabna bluzka… I włosy opadające kaskadą na ramiona – nie, nie powinna nosić kapeluszy, powinna mieć na głowie tylko te miękkie, jasne włosy. Córka miała cięższą budowę i ubrana była w grubą sportową bluzę z za długimi rękawami. Trzecia kobieta znajdująca się w kuchni miała ciemne włosy i twarz osoby pełnej temperamentu. Hrubekowi wcale się nie podobała. Kobiety na chwilę zniknęły mu z oczu. Drzwi kuchni otworzyły się. Matka i córka wynosiły z domu jakieś pudła.
– To ostatnia partia – powiedziała kobieta. – Niedługo wrócimy.
– Mamo, ja jestem już zmęczona – narzekała dziewczyna nerwowo, cienkim głosem.
– Zgłosiłaś się na ochotnika do pomocy.
– Oj, mamo.
Nie jęcz, ty głupia pindo – pomyślał Hrubek.
Usłyszał dzwonek. Spojrzał zmrużonymi oczami na ciemny podjazd. O, nie! Kluczyki! I jego ciężarówka! One miały zamiar nią odjechać. Zesztywniał, pragnąc równocześnie skoczyć jednym susem w stronę samochodu. Patrząc, jak kobiety ładują pudła do ciężarówki, kiwał się w tył i w przód i bardzo chciał móc zacząć działać.
– To cześć, Mattie.
– Cześć – krzyknęła ciemnowłosa kobieta i wróciła do kuchni.
Hrubek zobaczył przez okno, że odbiera telefon. Ładna kobieta ze swoją córką – jęczącą gówniarą – wsiadły do ciężarówki. Hrubek nie mógł się ruszyć, bo gdyby wyszedł z kryjówki, kobieta przy telefonie mogłaby wezwać pomoc. Zawarczał silnik samochodu. Podniecony Hrubek omal nie wyskoczył z ukrycia. Powstrzymał się jednak i zamknął oczy – zacisnął je tak, że zaczęła go boleć głowa. Odzyskał panowanie nad sobą. Przykucnął pod krzakiem ostrokrzewu o liściach ostrych jak noże.