— Wiem, że do innych rzeczy jesteś przyzwyczajona, Moreto powiedział Alessan, ciągnąc ją za rękaw, żeby zwróciła na niego uwagę. — Ale jest czysta i sucha. Możesz w niej oglądać resztę wyścigów. Nie jestem pewien, czy damy mojej matki i moje siostry zdołają wyczyścić i wysuszyć twoją suknię i opończę przed wieczorem, wiem jednak, że po wyścigach przygotują ci w Warowni odpowiednie suknie.
Alessan wyciągał w jej stronę ręce. W jednej trzymał czystą, prostą brązową sukienkę, a w drugiej sandały i ładny pasek pleciony z kolorowych sznurków. Gestem wskazywał na pobliski pasiasty namiot zarządcy wyścigów. Trener już podbiegał z wiadrem czystej, parującej wody i pękiem czystych ręczników przewieszonych przez ramię.
— No, Moreto, pozwól nam wszystko naprawić. — Cicho wypowiedziana prośba i bardzo naturalne zatroskanie, wyraźnie widoczne w oczach Alessana, poruszyłyby każdego.
— A co z tobą, Alessanie? — zapytała uprzejmie, zakasując mokrą spódnicę, żeby dojść do namiotu. Wspaniały, wieczorowy strój Alessana był przemoczony po prawej stronie.
— Mam wrażenie, że to ty przyjęłaś na siebie całą siłę uderzenia. Ja wyschnę na słońcu. Kiedy pójdziemy przyjrzeć się wyścigom?
— Za chwilę.
Wzięła świeże ubranie i pozwoliła trenerowi umieścić wiadro i ręczniki w namiocie; potem weszła i spuściła klapę.
Ponieważ koszulkę miała również mokrą, była zadowolona, że sukienka utkana została z gęstego materiału. We włosach czuła piasek, gdyż tej brudnej wody użyto przedtem do obmycia zakurzonych nóg biegusa. Zanurzyła szybko głowę w czystej wodzie, umyła dokładnie twarz i ręce, zużywając całe mnóstwo dostarczonych płócien. Już ubrana wyszła z namiotu akurat w chwili, kiedy wiwaty oznajmiły koniec czwartej gonitwy.
— Teraz skłonny jestem uwierzyć, że naprawdę byłaś kiedyś gospodarską córką — powiedział Alessan z cichym śmiechem. Podał jej pełen puchar wina.
Trener zbliżył się cały w ukłonach, tak przepraszając i niemal padając do nóg, że Moreta przerwała mu mówiąc, że z boksów wylatują niekiedy gorsze rzeczy i że jest wdzięczna, iż była to tylko brudna woda. Alessan poprowadził ją w kierunku mety.
— Ten ostatni bieg to był sprint, mieli zaledwie pięć zgłoszeń wyjaśnił po drodze.
— A Kwiczek nie był zgłoszony? — Zaśmiała się, kiedy Alessan, naśladując Daga, rzucił jej zażenowane spojrzenie.
Następne podniecające gonitwy pozwoliły jej zapomnieć o tragedii z drugiego biegu. Oboje z Alessanem, który w pomiętym i brudnym ubraniu znacznie mniej wyglądał na Lorda, znaleźli sobie punkt obserwacyjny niedaleko mety, gdzie siedzieli popijając wino. Zakładali się ze sobą, kto wygra, bo Moreta nie zezwoliła Alessanowi iść do bukmachera. Cieszyła się, że jest w samym środku tłumu amatorów wyścigów, podobnie jak to się jej często zdarzało za młodu w Keroonie, w towarzystwie Talpana, przyjaciela z lat dziecinnych. Już przez całe Obroty o nim nie myślała.
Jakiś przedsiębiorczy piekarz przedzierał się przez tłum z tacą gorących, pikantnych bułeczek. Dopiero teraz Moreta poczuła jak bardzo jest głodna.
— Dzisiaj ja zapraszam — powiedział Alessan, odgadując jej myśli. Wziął ją pod rękę i razem przepchnęli się do piekarza.
Puszyste ciasto miało jakieś smakowite nadzienie i Moreta błyskawicznie pochłonęła trzy bułki.
— Czy oni wam w Weyrze nie dają nic do jedzenia w dni Zgromadzeń? — zapytał Alessan.
— W Jaskini zawsze stoi na ogniu garnek z gulaszem — odparła Moreta, oblizując palce. — Teraz jednak nic by mi tak nie smakowało jak te pikantne bułki.
Alessan przyglądał jej się z dziwnym wyrazem twarzy.
— Nie jesteś podobna do tej Władczyni Weyru, jakiej się spodziewałem, Moreto — powiedział poważnym głosem, który natychmiast przykuł jej uwagę. Ciekawe, co też Sh’gall o niej naopowiadał. Alessan ciągnął dalej: — Leri znam dosyć dobrze. Zwykle zatrzymuje się tutaj, żeby zamienić parę słów z naziemnymi drużynami…
— Też bym to robiła, gdybym tylko mogła — powiedziała Moreta. — Jednak po Opadzie muszę natychmiast wracać do Weyru.
— Musisz? — Alessan wysoko uniósł jedną brew.
— Czy nigdy nie zastanawiałeś się, kto opatruje smokom rany? — odezwała się ostrzej, niż zamierzała, bo przypomniała sobie, że za dwa dni będą musieli wyprawić się na Nici i znowu jakieś smoki mogą odnieść obrażenia.
— Sądziłem, że w Weyrze muszą oczywiście znajdować się najlepsi z uzdrowicieli. — Odpowiedź Alessana była tak rzeczowa, że Moreta pożałowała swojej gniewliwej riposty. Położyła mu dłoń na ręce, chcąc, żeby powrócił poprzedni swobodny nastrój.
— Nigdy nie pomyślałem, że to możesz być ty. — Uśmiechnął się i nakrył jej dłoń swoją. — Może jeszcze jedną bułeczkę, zanim ktoś inny je zje?
— Lordzie Alessanie… — Dag podszedł do nich rozkołysanym krokiem. — Runel ciągle gada, że Kwiczek się wyrodził. Powiedziałem mu, od kogo pochodzi, ale nie chce przyjąć tego do wiadomości.
Alessan spochmurniał i przymknął na moment oczy.
— Miałem nadzieję, że na tym Zgromadzeniu uda mi się uniknąć Runela.
— Całkiem dobrze ci poszło, panie, ze wszystkimi innymi, ale tego za ciebie nie mogę zrobić.
Alessan westchnął z rezygnacją.
— Kto to jest ten Runel? — zapytała Moreta. Obydwaj mężczyźni popatrzyli na nią ze zdumieniem.
— Czy to znaczy, że do dziś udawało ci się unikać Runela? No cóż, przynajmniej raz musisz go spotkać.
Dag próbował protestować, ale Alessan mu przypomniał:
— Zaraz ma się zacząć gonitwa. Władczyni Weyru, jedynie to wydarzenie, poza Opadem, może powstrzymać deklamacje Runela.
Teraz Moreta poczuła się zaintrygowana.
— Oto on i jego serdeczni druhowie — wskazał palcem Dag. Moreta zauważyła trzech mężczyzn, stojących w pewnej odległości od kłębiącego się tłumu. Dwóch z nich było gospodarzami, jeden z Fortu, a drugi z Ruathy; trzecim był zasuszony pastuch, którego ubranie, mimo że porządnie oczyszczone, wydzielało silny zapach związany z jego rzemiosłem. Najwyższy z mężczyzn, ten ruathański gospodarz, wyprostował się dumnie, zauważywszy zbliżającego się Alessana. Na Moretę rzucił tylko przelotne spojrzenie.
— Jak chodzi o tego mojego sprintera, Runelu — zaczął energicznie Alessan, zwracając się do pasterza — to sam go wyhodowałem. Urodził się cztery Obroty temu z klaczy sprinterki Dextry Lorda Leefa i Evesta, brązowego ogiera Yandera.
Runel odrzucił do tyłu głowę i nieobecnym wzrokiem wpatrzony w przestrzeń zaczął recytować:
— Sprinter Alessana, Kwiczek, wygrał swoją pierwszą gonitwę, sprint, na Zgromadzeniu w Ruacie trzeciego miesiąca, czterdziestego trzeciego Obrotu, szóstego Przejścia. Wyhodowany przez Alessana z Dextry Leefa, pięciokrotnej zwyciężczyni w sprintach na zachodzie, i Evesta Yandera, który był dziewięciokrotnym zwycięzcą na takim dystansie. Dextra po Dimnalu z Tranu, dziewiętnastokrotnym zwycięzcy. Dimnal po Fairexie z Cricka, Fairex…
— Zaczęło się — powiedział półgłosem Dag do Morety, potrząsając ponuro głową.
— Długo tak może mówić?
— Bardzo długo. Będzie deklamował rodowód Kwiczka wstecz, aż do samej Przeprawy — mruknął Alessan stojąc z założonymi rękoma i uprzejmie przysłuchując się monologowi Runela.