— Zawsze zdołam dolecieć do mojego własnego weyru.
— Orlith, czy ona da radę?
— Lordzie Alessanie! — Co za zuchwałość ze strony tego mężczyzny, żeby tak naradzać się z jej smokiem.
Orlith odwróciła głowę, z połyskującymi złociście sennymi oczyma. „On ma dobre intencje” — usłyszała Moreta jej myśli.
— Orlith mówi, że masz dobre intencje! — Moreta była tak zmęczona, że aż język jej się plątał. Zmusiła się do śmiechu. Nie chciała, żeby ten cudowny wieczór zakończył się zgrzytem.
— O tak, moja pani na złocistym smoku, mam dobre intencje. Leć ostrożnie!
Alessan pomachał jej na pożegnanie i odszedł powoli poprzez bezład poprzewracanych ławek i zalanych stołów w kierunku opustoszałej drogi, gdzie większość kramów została już rozebrana i zapakowana do wywiezienia.
— Wracajmy do Weyr Fortu — powiedziała cienkim głosem Moreta. Powieki jej ciążyły, czuła miłe zmęczenie. Z trudem wyobraziła sobie układ Gwiezdnych Kamieni w Weyr Forcie. Potem Orlith wyprysnęła w górę, a chorągiewki wokół placu do tańca zatrzepotały od wiatru spod jej skrzydeł. Znalazły się w powietrzu, Ruatha oddalała się, w ciemnościach świeciło jeszcze tylko kilka ostatnich, świecących żarów.
Rozdział IV
— No i co?
Capiam podniósł głowę; siedział przy drewnianym stoliku w aptece, własne ręce służyły mu przed chwilą za poduszkę. Ze zmęczenia czuł się całkiem oszołomiony i w pierwszej chwili nie wiedział, kto do niego mówi.
— No i co, Mistrzu Uzdrowicielu? Powiedziałeś, że zaraz wrócisz i powiadomisz mnie, jaka jest sytuacja. Działo się to kilka godzin temu. A teraz widzę, że sobie śpisz.
To Lord Ratoshigan obudził go tak gwałtownie. Z tyłu wyglądał zza drzwi wysoki Przywódca Weyru, który przewiózł Capiama i Lorda Ratoshigana ze Zgromadzenia w Iście do Południowego Bollu.
— Przysiadłem tylko na moment, Lordzie Ratoshiganie — Capiam zerwał się przerażony — żeby uporządkować swoje notatki.
— No i co? — warknął Ratoshigan z niedwuznaczną dezaprobatą, ponaglając go po raz trzeci. — Jaką postawiłeś diagnozę tym… — nie powiedział „symulantom”, ale implikacja była wystarczająco jasna, zwłaszcza że już wcześniej jego zatroskany szpitalny poinformował Capiama, iż Lord Ratoshigan za symulanta uważa każdego, kto korzysta z jego chleba i opieki, a nie odpłaca się porządną pracą.
— Oni są bardzo chorzy, Lordzie Ratoshiganie.
— Wyglądali na całkiem zdrowych, kiedy wyjeżdżałem do Isty! Przecież to nie są suchoty. — Ratoshigan kiwał się na nogach; był chudy, miał pociągłą, kościstą twarz, cienkie wargi, z głębokich oczodołów patrzyły małe oczka o twardym spojrzeniu. Capiam uważał, że Lord Warowni wygląda dużo gorzej niż ludzie, którzy umierali w infirmerii.
— A jednak dwóch ludzi na coś umarło — powiedział powoli Capiam. Wcale się nie kwapił poinformować ich, do jakiego przerażającego wniosku doszedł, zanim pokonało go zmęczenie.
— Umarło? Dwóch? A ty nie wiesz, co im było? Kątem oka Capiam zauważył, że na wzmiankę o śmierci Sh’gall cofnął się o krok od drzwi. Przywódca Weyru brzydził się ran i chorób, zwłaszcza że jak dotąd jednego i drugiego udawało mu się unikać.
— Nie, nie wiem dokładnie, co im było. Te objawy — gorączka, bóle głowy, brak apetytu, suchy, szarpiący kaszel — nie poddają się żadnemu leczeniu.
— Ale ty musisz to wiedzieć. Jesteś Mistrzem Uzdrowicielem!
— W moim rzemiośle ranga nie przynosi wszechwiedzy. — Capiam mówił przyciszonym głosem ze względu na wyczerpanych uzdrowicieli, którzy spali w sąsiednim pokoju. Natomiast Ratoshigan nie okazywał im żadnych względów i w miarę, jak wzmagało się jego oburzenie, mówił coraz głośniej. Capiam obszedł stół dookoła. Wiele zapomnieliśmy, ponieważ nie stykaliśmy się z wszystkimi chorobami. — Capiam westchnął znużony. Nie powinien był pozwolić sobie na sen. Tyle było do zrobienia. — Te zgony to dopiero początek, Lordzie Ratoshiganie. Na Pernie wybuchła epidemia.
— Czy to dlatego kazaliście z Talpanem zabić to zwierzę? Sh’gall odezwał się po raz pierwszy, a w jego głosie brzmiało gniewne zaskoczenie.
— Epidemia? — Ratoshigan gestem uciszył Sh’galla. — Epidemia! O czym ty mówisz, człowieku. Paru chorych…
— Nie paru, Lordzie Ratoshiganie. — Capiam wyprostował ramiona i oparł się o chłodną, pokrytą stiukami ścianę. — Dwa dni temu otrzymałem pilne wezwanie do Morskiej Warowni w Igenie. Umarło tam czterdziestu ludzi, w tym trzech marynarzy, którzy uratowali tamto zwierzę. Oby je byli zostawili w morzu!
— Czterdziestu? — W głosie Ratoshigana brzmiało niedowierzanie, a Sh’gall odsunął się jeszcze o krok dalej od infirmerii.
— W Warowni Morskiej zaniemogło jeszcze więcej mieszkańców, chorują też mieszkańcy pobliskiego gospodarstwa, którzy zeszli z gór, żeby zobaczyć tego niewiarygodnego, pływającego po morzu kota!
— No to po co go sprowadzono na Zgromadzenie do Isty? — Teraz Lord Warowni był już oburzony na dobre.
— Żeby go można było oglądać — powiedział Capiam gorzko. Zanim ludzie zaczęli chorować, zabrano go z Igenu do Keroonu, aby Mistrz Hodowca go zidentyfikował. Byłem w Warowni Morskiej i robiłem, co mogłem, by pomóc uzdrowicielom, kiedy sygnał wielkiego bębna zawezwał mnie do Keroonu. U Mistrza Hodowcy, Sufura, choroba atakowała ludzi i zwierzęta gwałtownie i w osobliwy sposób. Miała taki sam przebieg, jak w Morskiej Warowni w Igenie. I znowu na sygnał bębna brunatny smok przewiózł mnie do Telgaru. Tam też wybuchła ta choroba. Przywlekli ją dwaj gospodarze, którzy kupowali biegusy. Wszystkie te zwierzęta zdechły, umarli też ich właściciele, a z nimi jeszcze dwudziestu innych. Nie potrafię oszacować, ile setek ludzi zostało zarażonych przez kontakt z roznoszącymi chorobę. Ci z nas, którzy przeżyją, będą mieli dług wdzięczności wobec Talpana, tu Capiam popatrzył surowo na Sh’galla — że był tak mądry i skojarzył podróże tego kota z rozprzestrzenianiem się choroby.
— Ależ to zwierzę było okazem zdrowia! — zaprotestował Sh’gall.
— Było — powiedział Capiam z krzywym uśmiechem. — Pewnie zostało uodpornione na tę chorobę, którą przyniosło do Igenu, Keroonu, Telgaru i Isty.
Sh’gall obronnym gestem skrzyżował ręce na piersi.
— W jaki sposób zwierzę siedzące w klatce mogło roznosić chorobę? — zapytał Ratoshigan, a jego cienkie nozdrza rozdęły się.
— Nie siedziało w klatce ani w Igenie, ani na statku, kiedy było osłabione pragnieniem i podróżą. W Keroonie Mistrz Sufur trzymał je na wybiegu, kiedy próbował je zidentyfikować. Miało aż nadto okazji i mnóstwo czasu, żeby pozarażać ludzi. — Capiam z rozpaczą pomyślał, że uzdrowicielom nigdy nie uda się wytropić wszystkich ludzi, którzy oglądali to dziwo, dotykali jego płowej sierści i powracali do swoich warowni już jako nosiciele zarazy.
— Ale… ale… ja właśnie otrzymałem cały statek cennych biegusów z Keroonu!
Capiam westchnął.
— Wiem, Lordzie Ratoshiganie. Mistrz Quitrim powiadomił mnie, że zmarli pracowali przedtem w stajniach. Otrzymał także pilną wiadomość o chorobie z tej warowni, gdzie ludzie i zwierzęta po drodze z wybrzeża zatrzymali się na noc.