— I wystawiono go na pokaz na Istańskim Zgromadzeniu?
— Nikt się nie zorientował! Dopiero kiedy Talpan porozmawiał z Capiamem… On był we wszystkich objętych zarazą warowniach.
— Kto? Talpan?
— Nie, Capiam! Talpan jest uzdrowicielem zwierząt.
— Tak, wiem. — Moreta usiłowała zachować cierpliwość, chociaż wzburzony Sh’gall mówił bez ładu i składu. — O niczym takim nie wspominano na Zgromadzeniu w Ruacie.
Sh’gall spojrzał na nią spode łba.
— Widocznie nikt o tym nie wiedział. Kto by zresztą rozmawiał o nieprzyjemnych sprawach na Zgromadzeniu! Jednakże ja właśnie odwiozłem Capiama do jego Siedziby. Musiałem też odwieźć Ratoshigana i Capiama do Południowego Bollu, bo bębny podały pilną wiadomość. U niego umierali ludzie. Otrzymał też transport nowych biegusów z Keroonu; to prawdopodobnie one sprowadziły te chorobę na zachód. — Sh’gall gwałtownie zadygotał. — Capiam mówił, że jeżeli nie dotykałem tego kota, to może nie zachoruję. Nie wolno mi chorować. Jestem Przywódcą Weyru. — Znowu wstrząsnął nim dreszcz.
Moreta popatrzyła na niego z niepokojem. Miał wilgotne włosy, przygniecione przez hełm. Wargi mu zsiniały, a twarz pobladła.
— Nie wyglądasz dobrze.
— Nic mi nie jest! Wykąpałem się w Lodowym Jeziorze. Capiam powiedział, że ta choroba jest jak Nici. A zimno zabija Nici.
Moreta podniosła swoją futrzaną opończę, którą zsunęła z ramion zaledwie dwie godziny temu, i ruszyła z nią w jego kierunku. — Nie zbliżaj się do mnie. — Sh’gall cofnął się o krok i wyciągnął ręce, jakby chciał ją odepchnąć.
— Sh’gall, przestań się wygłupiać! — Rzuciła mu opończę. Ubierz się, bo jak się przeziębisz, będziesz bardziej podatny na każdą chorobę. — Odwróciła się do stołu i nalała wina, w pośpiechu je rozchlapując. — Wypij to. Wino również odkaża. Nie, nie podejdę do ciebie. — Z ulgą zobaczyła, że Sh’gall się uspokaja i zarzuca sobie opończę na ramiona; Moreta cofnęła się od stołu, żeby mógł dosięgnąć wina. — To była ostateczna głupota nurkować w Lodowym Jeziorze zanim wzeszło słońce, a potem lecieć w przestworza. Usiądź teraz i powiedz mi jeszcze raz, co zdarzyło się na Zgromadzeniu. Powtórz każde słowo Capiama.
Przysłuchiwała się jednym uchem temu, co mówił Sh’gall, równocześnie zastanawiając się, jakie środki ostrożności może podjąć i co należy zrobić, żeby jej Weyr zachował zdrowie.
— Z Południowego Kontynentu nigdy nie przychodzi nic dobrego! — podsumował Sh’gall. — Należałoby zabronić tam jeździć.
— Nigdy tego nie zakazywano. A teraz powiedz mi, jakie są objawy tej szerzącej się choroby? — Moreta przypomniała sobie krwawą wydzielinę z nosa padłego biegusa, jedyny zewnętrzny objaw jego śmiertelnej dolegliwości.
Sh’gall wpatrywał się w nią przez dłuższą chwilę, aż wreszcie zebrał myśli.
— Gorączka. Chorzy gorączkują.
— Istnieje wiele typów gorączki, Sh’gallu.
— Berchar będzie wiedział. Capiam mówił, że gorączkują i mają ból głowy i suchy kaszel. Czemu by ludzie i biegusy mieli przez coś takiego umierać?
— O jakich lekarstwach mówił Capiam?
— Jak mógł coś radzić, skoro nie wiadomo, co to za zaraza? Ale dowiedzą się. Muszą tylko dobrze poszukać. Ach tak, powiedział, żeby objawy leczyć empirycznie.
— Czy wspomniał coś o okresie inkubacji? Nie możemy mieć w Weyrze takiej niekończącej się kwarantanny.
— Wiem. Jednak Capiam powiedział, że nie wolno nam się gromadzić. Gwałtownie zaatakował Ratoshigana za tłok w jego Warowni. — Sh’gall uśmiechnął się kąśliwie. — Ostrzegaliśmy tych panów i lordów, ale nie słuchali. Zapłacą teraz za to.
— Sh’gallu, Capiam musiał ci powiedzieć, jak długo trwa, zanim ta choroba się rozwinie.
Przywódca Weyru dopił wino. Zmarszczył brwi i potarł twarz.
— Jestem zmęczony. Czekałem przez pół nocy u Ratoshigana na Mistrza Uzdrowiciela. Powiedział, że choroba rozwija się przez dwa do czterech dni. Mam zakazać wszelkich zgromadzeń. Ten Weyr też ma swoje obowiązki. Muszę się trochę przespać. Ponieważ już się obudziłaś, ostrzeż wszystkich. — Rzucił jej twarde, ostrzegawcze spojrzenie. — I żebyś nie pocieszała ich na wszelkie możliwe sposoby.
— Epidemia to zupełnie coś innego, niż dodawanie ducha jeźdźcowi, którego smok uszkodził sobie skrzydło.
— I poszukaj Berchara. Chcę dokładnie wiedzieć, na co był chory K’lon. — Sh’gall wychował się w warowni i nie miał zrozumienia dla zielonych i błękitnych jeźdźców.
— Pomówię z Bercharem. — Sądziła, że go znajdzie u zielonego jeźdźca, S’gora.
— I uprzedzisz Weyr? — Wstał i zachwiał się na nogach ze zmęczenia i od wypitego na pusty żołądek wina. — Nikomu nie wolno opuszczać Weyru ani do niego przyjeżdżać. Dopilnuj, żeby stojący na warcie jeździec przekazywał wszystkim ten rozkaz! Pogroził jej palcem.
— Chyba trochę za późno trąbić na alarm, kiedy zagrażają nam, prawda? — odparł gorzko. — Powinno się było odwołać Zgromadzenia.
— Wczoraj jeszcze nikt nie wiedział, jakie to jest poważne. Natychmiast przekaż innym moje rozkazy!
Kurczowo otulając się futrem, Sh’gall wyszedł z weyru. Morecie głowa pulsowała z bólu. Dlaczego nie odwołano Zgromadzeń? Tylu ludzi było w Ruacie! I ci smoczy jeźdźcy ze wszystkich Weyrów, latający to do Isty, to do Ruathy! Co to jej mówił S’peren — choroba w Igenie, Keroonie i Telgarze? Nie wspominał jednak nic o żadnej epidemii. Ani o tym, żeby ktoś umarł. A tamten biegus Yandera? Czy Alessan nie mówił o nowym biegusie z Keroonu w gospodarstwie Yandera? Moreta aż jęknęła, kiedy pomyślała o długich szeregach boksów na terenie ruathańskich wyścigów. Jak bardzo niebezpieczny dla otoczenia był ten umierający biegus, kiedy tłoczyli się wokół niego jeźdźcy i chętni do pomocy widzowie? Nie powinna była się do tego mieszać. To nie jej sprawa!
— Martwisz się? — powiedziała Orlith, a jej oczy świeciły kojącym błękitem. — Nie powinnaś się martwić byle biegusem.
Moreta oparła się o głowę smoczycy, zaczęła głaskać ją po wyrostku kostnym nad okiem. Koiła swój niepokój, dotykając delikatnej skóry Orlith.
— Tu nie chodzi tylko o tego biegusa, moja najmilsza. W kraju panuje choroba. Gdzie jest Berchar?
— Razem ze S’gorem. Śpi Jest jeszcze bardzo wcześnie I mgliście.
— A wczoraj był taki piękny dzień! — Przypomniała sobie, jak podczas tańca obejmowały ją ramiona Alessana, jak błyszczały wyzwaniem jego jasnozielone oczy.
— Dobrze się bawiłaś! — powiedziała Orlith z głęboką satysfakcją.
— Nie ma co do tego wątpliwości — westchnęła Moreta z żalem.
— Nic nie zmieni wczorajszego dnia — zauważyła filozoficznie Orlith, — Teraz musisz sobie radzić z dniem dzisiejszym. — Kiedy Moreta zaśmiała się na tę smoczą logikę, królowa dodała: — Leri życzy sobie z tobą mówić, skoro już się obudziłaś.
— Tak, Leri mogła już kiedyś coś kiedyś słyszeć o jakiejś epidemii. Może będzie wiedziała, jak mam o tym powiadomić Weyr na dzień przed Opadem.
Ponieważ Sh’gall zabrał jej opończę, Moreta narzuciła na siebie swoją kurtkę do lotów. Jak zwykle Orlith miała rację co do pogody. Kiedy Moreta wyszła z weyru, kierując się na schody prowadzące do Leri, z gór spływały już kłęby mgły. Nici jutro opadną niezależnie od wszystkiego. Jeżeli wiatr nie rozwieje mgły, prawdopodobieństwo zderzeń potroi się. Smoki widziały we mgle, ale ich jeźdźcy nie i czasami dochodziło do kolizji z nagimi zboczami gór.