— Doprawdy? Leri roześmiała się.
— Czyżby na tobie również próbował tych sztuczek, i to na swoim własnym Zgromadzeniu? — Leri głośno zachichotała, a potem rzekła udając jego głos: — Tak się składa, że mam tu bukłak białego bendeńskiego wina… — Roześmiała się jeszcze serdeczniej, widząc reakcję Morety. — Pewnie ma go całą jaskinię. Cieszę się jednak, że to jemu Leef polecił objąć sukcesję. Ma więcej odwagi i fantazji, niż ten jego starszy brat — nigdy nie mogłam zapamiętać, jak się nazywa. Nic nie szkodzi. Alessan jest wart trzech takich, jak on. Czy wiedziałaś, że smoki wybrały Alessana w trakcie Poszukiwania?
— I że Lord Leef nie wyraził zgody. — Moreta zmarszczyła brwi. Z Alessana byłby wspaniały spiżowy jeździec.
No cóż, jeżeli ten chłopak miał być jego następcą, to Lord Leef słusznie uczynił, odmawiając. To było dwanaście Obrotów temu. Zanim przybyłaś tu z Isty. Jestem pewna, że Alessan byłby Naznaczył spiżowego smoka.
Moreta skinęła głową i podała Leri wino z sokiem fellisowym. Twoje zdrowie! — powiedziała Leri z ironią, podniosła czarę i ostrożnie upiła łyk wina. — Hm. Spróbuj dziś troszkę odpocząć, Moreto. Dwie godziny snu nie wystarczą, skoro jutro mamy Opad Nici. Kto wie, ilu smoczych jeźdźców będzie wyrabiało różne głupoty z powodu tych dwóch Zgromadzeń, nie mówiąc już o niezidentyfikowanej chorobie Capiama.
— Odpocznę trochę, jak załatwię parę spraw.
— Czasami zastanawiam się, czy dobrze zrobiliśmy z L’malem, zachowując twoją sztukę uzdrawiania wyłącznie dla Weyru.
— Otóż to! — odpowiedziała Moreta, a Holth i Orlith zawtórowały jej.
— Nie ma sensu zadawać sobie takich głupich pytań. — Leri uspokoiła się i poklepała Holth po policzku.
No właśnie. A jakie kroniki mam ci przysłać?
— Najstarsze, jakie znajdziesz, które dadzą się jeszcze odczytać.
Moreta rzuciła Lerii pożyczoną od niej poduszkę.
— I żebyś mi coś zjadła! — zawołała Leri, kiedy Moreta odwróciła się i wyszła z weyru.
Pasma mgły przesączały się w kierunku zachodniego obrzeża Niecki, a jeździec wartownik usadowił się pomiędzy przednimi łapami swojego smoka, usiłując znaleźć jakąś osłonę. Morelę przeszedł dreszcz. Nawet po dziesięciu Obrotach nie polubiła tych pomocnych mgieł, ale z podobną niechęcią traktowała wilgotne upały w Iście. A dawno minął już czas, żeby wrócić na mające przyjemny klimat wyżyny Keroonu. Czy ta choroba panowała również na wyżynach? Przecież to Talpan ją zdiagnozował! Jakie to dziwne, że wczoraj przez cały czas o nim myślała. Czy ta epidemia znowu ich ze sobą połączy?
Zaczęła schodzić na dno Niecki. Najpierw odwiedzi K’lona, potem odszuka Berchara, nawet jeżeli miałoby to oznaczać zakłócenie spokoju weyru S’gora.
Kiedy doszła do infirmerii, Klon spał, a na jego czole nie było już ani kropelki potu wywołanego gorączką. Jego jasna skóra miała zdrowy odcień, a na policzkach — tam, gdzie nie okrywały ich osłony na oczy — była wysmagana wiatrem. Berchar leczył K’lona od pierwszych dni jego choroby i Moreta nie widziała powodu, żeby budzić błękitnego jeźdźca.
O tej porze pokazali się już w Niecce spowici w wirującą mgłę ludzie, którzy rozpoczynali przygotowania do mającego nastąpić za dobę Opadu Nici. Okrzyki i śmiech weyrzątek, napełniających worki smoczym kamieniem, tłumione były przez mgłę. Moreta pomyślała, że warto sprawdzić u Mistrza Weyrzątek, Fneldrila, ile weyrzątek wylosowało poprzedniego dnia dyżur przy przewożeniu ludzi. To rzadkie zwierzę w Iście z łatwością mogło niektóre z nich skusić do nieposłuszeństwa, pomimo surowych rozkazów, że po dowiezieniu na miejsce pasażerów mają natychmiast wracać.
— Przyłóżcie się do pracy, chłopaki. Oto Władczyni Weyru przyszła dopilnować, żeby worki na jutrzejszy Opad były napełnione jak trzeba.
Powszechnie uważano w Forcie, że Fneldrila słuchały wszystkie tutejsze smoki, już jako weyrzątka znajdujące się pod jego kuratelą. „Rzeczywiście musi mieć niesamowite wyczucie — pomyślała Moreta — jeżeli zdołał zobaczyć mnie przez falującą mgłę. ” Pojawił się tuż przy niej. Był mężczyzną o czerstwej twarzy, którą od czoła do ucha przecinała głęboka blizna po Niciach. Przy uchu brakowało mu małżowiny, ale Moreta zawsze go lubiła. Był jednym z jej najbliższych przyjaciół w Weyr Forcie.
— Jak się masz, Władczyni Weyru? A co z Orlith? Już niedługo będzie składać jaja, prawda?
— Pojawią się następne weyrzątka, które będziesz mógł tyranizować, Fneldrilu.
— Ja? — Wskazał na swoją pierś długim, zakrzywionym kciukiem, — Ja? Tyranizować?
Jednakże to zwyczajowe przekomarzanie nie podniosło jej na duchu.
— Marny kłopoty, Fneldrilu…
— Któryś coś przeskrobał? — zapytał.
— Nie, to nie twoje weyrzątka. Jakaś choroba o zasięgu epidemii szerzy się na południowym wschodzie i kieruje na zachód. Chcę wiedzieć, ile weyrzątek miało wczoraj dyżur przy przewożeniu ludzi, gdzie zabierali swoich pasażerów i jak długo pozostawali w Iście. Cały Weyr będzie odpowiadał na te same pytania. Jeżeli mamy zapobiec szerzeniu się epidemii, musimy to wiedzieć.
Dowiem się dokładnie. Jak chodzi o to, nie bój się, Moreto.
— Ja się nie boję, ale musimy unikać paniki, chociaż sytuacja jest bardzo poważna. A Leri chciałaby, żeby przyniesiono jej najstarsze kroniki, które się jeszcze dadzą odczytać.
— A czymże w takim razie zajmuje się Mistrz Uzdrowicieli wszyscy jego uczniowie, skoro sami musimy wykonywać tę robotę?
— Im więcej nas będzie szukać, tym szybciej znajdziemy; im szybciej znajdziemy, tym lepiej — odparła Moreta.
— Leri dostanie swoje kroniki, jak tylko chłopcy skończą ładować w worki smoczy kamień i trochę się obmyją. Przecież kurz z kamienia nie może poplamić kronik… Hej, ty tam, M’baraku, dosyp jeszcze do worka.
Fneldril nigdy nie zabierał się do następnej pracy, póki nie skończył tego, co robił. Moreta nie miała jednak wątpliwości, że Leri nie będzie musiała długo czekać na kroniki.
Poszła do Niższych Jaskiń i na chwilę przystanęła na progu patrząc, jak niewielu ludzi zajmowało miejsca przy stołach. Większość z nich miała potężnego kaca. Jakże to fatalne, że epidemia wybuchła następnego dnia po dwóch Zgromadzeniach, kiedy połowa jeźdźców uzna tę wiadomość za kiepski kawał, a reszta nie będzie na tyle trzeźwa, żeby się zorientować o co chodzi. I do tego jutro jest Opad Nici! Jak miała powiadomić mieszkańców Weyru, jeżeli większość z nich była nieosiągalna?
— Jak zjesz, to zaraz coś wymyślisz — usłyszała głos swojej smoczycy.
Doskonały pomysł. — Moreta podeszła do niewielkiego paleniska śniadaniowego, nalała sobie kubek klahu, dodała wielką łyżkę słodzika, wzięła świeżą bułkę z piecyka, gdzie się grzały, i rozejrzała się, gdzie by tu usiąść i porozmyślać. A potem zobaczyła Peterpara, pasterza Weyru, który ostrzył nóż do podcinania kopyt. Włosy miał zmierzwione, a twarz zmiętą ze snu. Nie zwracał na nic uwagi, zajęty mocowaniem ostrza na pasie.
— Nie skalecz się — powiedziała cicho, siadając. Peterpar drgnął na jej głos, ale nie przerwał swego zajęcia.
— Czy byłeś wczoraj w Iście albo Ruacie?
— Niestety tu i tam. W Iście piłem piwo, a w Ruacie ohydne kwaśne wino z Tilleku.
— Czy widziałeś w Iście tego kota? — Moreta uważała, że należy go powiadomić w sposób jak najbardziej delikatny.
— Tak. — Peterpar zmarszczył brwi. — Był tam Mistrz Talpan. Powiedział, żeby nie podchodzić za blisko, to zwierzę było w klatce. Kazał ci przekazać ukłony. A potem — Peterpar zmarszczył się, jak gdyby nie całkiem ufał swojej pamięci — oni pozbyli się tego zwierzęcia.