Выбрать главу

Wróciła do drzwi, zamknęła żar, oparła na moment dłoń na framudze wygładzonej przez całe pokolenia ludzi. Pokolenia! Tak, całe pokolenia, które przeżyły różne dziwne zdarzenia i niezwykle choroby!

Schody wyglądały we mgle jak pasmo cienia. Potknęła się o pierwszy stopień.

„Uważaj” — powiedziała Orlith.

— Dobrze. — Wchodząc po schodach, Moreta prawą dłonią dotykała ściany. Za każdym razem, kiedy szukała stopą następnego stopnia, wydawało jej się, że otacza ją pustka; mgła kłębiła się wokół niej. Orlith nie przestawała mruczeć do niej uspokajająco. Potknęła się, wchodząc na podest, bo światło z jej weyru ledwie było dostrzegalne.

W weyrze było wyraźnie cieplej. Oczy złotej smoczycy lśniły, kiedy Moreta podeszła, żeby ją popieścić, drapiąc po wyrostkach nad oczami. Oparła się z wdzięcznością o głowę Orlith, stwierdzając, że Orlith pachnie najlepszymi ziołami i przyprawami.

— Jesteś zmęczona. Musisz się teraz przespać — powiedziała Orlith.

— Znowu mi rozkazujesz? — Oburzyła się, idąc już do części sypialnej. Ściągnęła tunikę i spodnie, wśliznęła się między futra, otuliła nimi ramiona i natychmiast zasnęła.

Rozdział VI

Warownia Ruatha, Przejście bieżące, 3. 11. 43

Alessan przyglądał się, jak wielki smok skoczył w powietrze z Moretą, która uniosła rękę na pożegnanie. Smok jarzył się na ciemnoszarym niebie i to nie od słabego światła gasnących na słupach lamp. Może działo się tak dlatego, że smoczyca była ciężarna? A potem: złociście lśniąca królowa i śliczna Władczyni Weyru zniknęły. Od podmuchu wiatru zakołysały się obwisłe flagi.

Alessan uśmiechnął się i odetchnął głęboko, był bardzo zadowolony z tego swojego pierwszego Zgromadzenia. Jak często powtarzał jego ojciec, istotą sukcesu było dobre planowanie. Sprawdziło się to w odniesieniu do jego sprintera, który właśnie dzięki temu wygrał. W najśmielszych marzeniach Alessan nie spodziewał się jednak, że Moretą będzie mu towarzyszyła w czasie wyścigów. Nie przewidział też, że będzie z nim tańczyła. Nigdy dotąd nie miał tak zwinnej partnerki w tańcu z podrzutem. Gdyby jego matce udało się znaleźć dziewczynę, która choćby po części przypominałaby Moretę…

— Lordzie Alessanie…

Odwrócił się gwałtownie, ten ochrypły szept wyrwał go z zadumy. Z ciemności wypadł Dag i stanął jak wryty.

— Lordzie Alessanie… — Niepokój w głosie Daga i ten oficjalny zwrot obudziły jego czujność.

— Co się stało, Dagu? Kwiczek…

— Z Kwiczkiem wszystko w porządku, ale zachorowały zwierzęta Vandera. Kaszlą, mają gorączkę, zlane są zimnym potem.

Niektóre biegusy z sąsiednich boksów też kaszlą i pocą się. Norman nie wie, co o tym sądzić, ale ja nie mam żadnych złudzeń. Chcę zabrać stąd nasze zwierzęta, te które były w stajniach i nie zbliżały się do biegusów w boksach. Mam zamiar zabrać je stąd, zanim się ten kaszel rozprzestrzeni.

— Dagu, przecież…

— Może kaszlą przez tą ciepłą pogodę, albo z powodu zmiany trawy, ale nie będę ryzykował teraz, kiedy Kwiczek wygrał.

— Zabiorę nasze rasowe zwierzęta na położone wysoko łąki dla źrebaków… dopóki oni się nie wyniosą. — Wskazał palcem na tereny wyścigów. — Zapakowałem trochę zapasów, a mogą się też żywić wężami szczelinowymi. I wezmę ze sobą tego urwisa, mojego wnuka.

Dag kochał Fergala, najmłodszego syna swojej siostry, prawie tak, jak Kwiczka; Fergal dawał się wszystkim we znaki bardziej niż jakiekolwiek inne gospodarskie dziecko. Alessan ukradkiem podziwiał przemyślność chłopaka, ale jako Lord Warowni nie mógł dłużej tolerować jego kawałów. Ostatnio tak zdenerwował panią Omę, że zakazano mu pójść na Zgromadzenie i, na wszelki wypadek, zamknięto go w celi Warowni.

— Gdybym uważał…

Dag przytknął palec do zadartego nosa.

— Lepiej przesadzić w ostrożności, niż potem żałować.

— No dobrze. — Alessan marzył, żeby się przespać, a Dag mógłby go jeszcze długo zabawiać rozmową. — I zabierz tego…

— Tego gałgana?

— Tak, dobrze go określiłeś.

— Będę czekał na wiadomość od ciebie, Alessanie, że wszyscy goście się wynieśli i zabrali ze sobą ten kaszel. — Dag uśmiechnął się, odwrócił na pięcie i ruszył żywo w kierunku stajni, kolebiąc się na boki.

Alessan, patrząc w ślad za nim, zastanawiał się, czy nie daje Dagowi za wiele swobody. Może stary trener chciał ukryć jakąś nową psotę Fergala.

Nie mógł jednak zapomnieć o tych kaszlących biegusach. Jak się trochę prześpi, pogada z Normanem, dowie się, czy wiadomo, od czego padł biegus Yandera. Ten incydent nie dawał Alessanowi spokoju. Jednakże tamtego biegusa nie zabił kaszel. Czy to możliwe, żeby Yanderowi tak zależało na wygranej, że zignorował oznaki choroby? Alessan wolałby tak nie myśleć, ale dobrze wiedział, jak silnie może człowieka opanować żądza wygranej.

Ruszył do domu omijając ludzi leżących w futrzanych śpiworach. Udało się to Zgromadzenie, a i pogoda nie zawiodła. O brzasku lekka wilgoć w powietrzu zapowiadała mgłę. A tego dnia zamglone będzie nie tylko niebo.

Wielka Sala też była pełna śpiących; Alessan stawiał ostrożnie nogi, żeby nikogo nie obudzić. Nawet na szerokim korytarzu uczestników Zgromadzenia rozłożono na podłodze słomiane sienniki. Uznał, że i tak ma szczęście, przecież jego matka mogła nalegać, żeby dzielił z innymi swoje pokoje. Zamykając drzwi uśmiechnął się i zaczął ściągać z siebie odświętne ubranie. Dopiero wtedy przypomniał sobie, że Moreta nie odebrała swojej wieczorowej sukni. Nic nie szkodzi. Będzie miał wymówkę, żeby z nią porozmawiać przy następnym Opadzie. Wyciągnął się na łóżku, przykrył się i w jednej chwili zasnął.

Miał wrażenie, że niemal natychmiast ktoś zaczął nim silnie potrząsać.

— Alessanie! — Okrzyk pani Omy spowodował, że nagle oprzytomniał. — Gospodarz Vander jest ciężko chory, a Mistrz Uzdrowiciel Scand twierdzi, że to nie od nadmiaru wina. Dwóch z ludzi, którzy towarzyszyli Vanderowi, także gorączkuje. Twój zarządca wyścigów powiedział mi też, że cztery biegusy padły, a inne chyba zaczynają chorować.

— Czyje to zwierzęta? — Alessan zląkł się, czy Dag czegoś przed nim nie zataił.

— Skąd miałabym wiedzieć, Alessanie? — Pani Oma nie objawiała żadnego zainteresowania biegusami, które stanowiły podstawę ekonomiczną Ruathy. — Lord Tolocamp omawia tę sprawę z…

— Lord Tolocamp za wiele sobie pozwala! — Alessan sięgnął po spodnie, i wstał, zapinając pas. Wdział tunikę przez głowę, włożył buty, kopnięciem odrzucił na bok świąteczne stroje. Zapomniał o ludziach śpiących na korytarzu i omal nie nadepnął komuś na rękę. W Wielkiej Sali większość ludzi już się obudziła i do drzwi można było przejść swobodnie. Alessan przeklinał w myślach Tolocampa, starając się równocześnie uśmiechem witać tych, których spotykał.

Tolocamp stał na dziedzińcu pocierając sobie brodę, głęboko pogrążony w myślach. Obok niego Norman niespokojnie przestępował z nogi na nogę, z twarzą wymizerowaną po bezsennej nocy. Kiedy Alessan wypadł na dwór, twarz Normana rozjaśniała się na widok Lorda Warowni.