— Zachorował Vander i dwóch z jego trenerów…
— Za dużo wypili — zapewnił go Tolocamp. — To nie może być to samo. Capiam powiedział tylko, że ta choroba się rozszerza, a nie że jest już w Ruacie.
— Kiedy Mistrz Uzdrowiciel Pernu ogłasza kwarantannę — powiedział Alessan przyciszonym, gniewnym głosem — jest moimi i twoim obowiązkiem, Lordzie Tolocampie, uszanować jego autorytet! — Alessan nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo w tym momencie podobny był do własnego ojca, ale Tolocamp nagle umilkł.
Nie mieli czasu na rozmowę, bo ci, którzy zrozumieli wybębnioną wiadomość, szukali teraz obydwu Lordów.
— O czym ten Capiam mówił?
— Nie możemy poddać się kwarantannie! Muszę wracać do mego gospodarstwa.
— Zostawiłem zwierzęta, które niedługo będą miały młode…
— Moja żona została w chacie z małymi dziećmi… Tolocamp stanął teraz po stronie Alessana, potwierdzając straszliwą wiadomość i prawo Capiama, żeby nałożyć na nich restrykcje kwarantanny.
— Mistrz Capiam nie jest panikarzem! Dowiemy się czegoś więcej, jak przekażemy dalej tę wiadomość. To tylko środki ostrożności. Tak, jakiś biegus padł wczoraj. Mistrz Scand powie nam coś więcej. Nie, nikt nie może otrzymać pozwolenia na wyjazd. Można w ten sposób narazić własne gospodarstwo i dalej roznieść chorobę. Kilka dni to niewiele, gdy w grę wchodzi zdrowie.
Alessan odpowiadał niemal automatycznie, pozwalając, by pierwsza fala paniki przetoczyła się nad jego głową. Podjął już pierwsze kroki, mające zawrócić ludzi i zapobiec masowym wyjazdom. Obydwaj z Tolocampem robili co mogli, żeby uśmierzyć obawy. Alessan szybko przeliczał, ile ma jedzenia w podręcznych magazynach. Zgromadzeni szybko wyczerpią własne racje podróżne. Zakładając, że niektórzy ludzie mogą zarazić się od Vandera — jeżeli była to epidemia — czy nie lepiej będzie ich pomieścić w Wielkiej Sali? A może opróżnić jedną ze stajni? W infirmerii Warowni nie pomieści się więcej niż dwudziestu chorych. Cztery padłe biegusy, następne umierają, a Norman mówił, że jeszcze dziewiętnaście kaszle. Dwadzieścia cztery biegusy ze stu dwudziestu dwóch w dwadzieścia cztery godziny? Uczył się przezwyciężać różne przeciwności losu, ale ta sytuacja była całkiem wyjątkowa. Nie miała też nic wspólnego z tym złem, które od niepamiętnych czasów pustoszyło Pern. To nowe i zdradliwe zagrożenie, równie obojętne jak Nici, porazi mieszkańców w taki sam sposób, jak Nici dewastowały kraj. Wysoka śmiertelność — tak powiedziano w komunikacie. Czy smoki nie mogą zwalczyć tej choroby? Czy znajdzie jakiś ratunek przed tą klęską w kronikach Warowni, do których zawsze odwoływał się jego ojciec?
— Nadchodzi twój uzdrowiciel, Alessanie — powiedział Tolocamp.
Obydwaj Lordowie Warowni wyruszyli na spotkanie Mistrza Scanda, zanim wszedł on na frontowy dziedziniec. Jego zwykle łagodna twarz była purpurowa z wysiłku, a usta zaciśnięte ze zdenerwowania. Obficie się pocił i wycierał twarz i kark niezbyt czystą szmatą. Alessan zawsze uważał, że Scand jest co najwyżej średniej klasy uzdrowicielem, który potrafi zajmować się licznymi ciążami Warowni i leczyć skutki drobnych wypadków, ale nie poradzi sobie w żadnej poważniejszej sytuacji.
— Lordzie Alessanie, Lordzie Tolocampie — wydyszał Scand, jego pierś unosiła się z wysiłkiem. — Chyba słyszałem bębny? Chyba rozpoznałem kod uzdrowiciela? Czy coś się dzieje?
— Co dolega Vanderowi?
Alessan zadał to pytanie tak ostrym tonem, że Scand zaczął się mieć na baczności. Odchrząknął, otarł twarz.
— No cóż, sam nie wiem, bo nie zareagował na napar ze słodkiego korzenia, który przygotowałem dla niego ostatniej nocy. A była to dawka, po jakiej nawet smok by się spocił. Scand znowu otarł twarz. — Ten człowiek skarży się na palpitacje serca i na ból głowy, który nie ma nic wspólnego z winem, ponieważ zapewniono mnie, że nie przebrał miary. Czuł się źle już wczoraj, jeszcze przed wyścigami.
— A ci dwaj jego trenerzy?
— Nie czują się dobrze. — Alessana zawsze irytował pompatyczny sposób wyrażania się Scanda. Uzdrowiciel robił typowe dla siebie, afektowane pauzy i wywijał przepoconą szmatą. — Cierpią na silne bóle głowy, które nie pozwalają im się podnieść z sienników, jak również na te palpitacje, na które uskarżał się gospodarz Yander. Czy ta wiadomość z Siedziby Uzdrowicieli w jakiejś mierze dotyczy mnie?
— Mistrz Capiam zarządził kwarantannę.
— Kwarantannę? Z powodu trzech ludzi?
— Lordzie Alessanie — powiedział wysoki, chudy mężczyzna ubrany w błękit harfiarzy. Miał siwiejące włosy i złamany nos. Śmiało patrzył prosto w oczy. — Jestem Tuero, czeladnik harfiarzy. Chętnie podam Mistrzowi Scandowi pełny tekst, żebyś mógł się zająć innymi sprawami. — Tuero wskazał głową na ludzi kłębiących się w podnieceniu na dziedzińcu.
I w tym właśnie momencie ruathański bęben zaczął przekazywać wiadomości do gospodarstw na zachodzie i północy, a głębokie dudnienie tego instrumentu jeszcze wzmogło ogólny nastrój lęku. Pani Oma wyszła z Warowni z panią Pendrą i jej córkami. Przysłuchiwała się w skupieniu bębnowi, a następnie rzuciła Alessanowi przeciągłe spojrzenie. Razem z kobietami z Warowni Fort skierowała się do Harfiarza Tuero i uzdrowiciela, który trząsł się cały ze szmatą w dłoni.
Po raz pierwszy w życiu Alessan miał powód, żeby być wdzięcznym za ślepe poparcie swoich krewnych, a nawet za natręctwo Lorda Tolocampa. Jeden z jeźdźców przygalopował z powrotem, prosząc o pomoc w sprowadzeniu jednego z bardziej agresywnych gospodarzy, z którym Alessan już wcześniej miał kłopoty. Potem grzmiąc i roztrącając ludzi wtoczył się wóz Makfara. Alessan powierzył mu kierowanie urządzaniem prowizorycznych pomieszczeń w boksach i wozach podróżnych. Można było przespać się na korytarzu przez jedną noc, czy zdrzemnąć się przez parę godzin w Wielkiej Sali, ale tłoczyć się tak przez cztery noce, to zupełnie co innego. Tolocamp na propozycje Makfara wysuwał swoje własne kontrpropozycje. Alessan zostawił ich, żeby rozwiązali ten problem, bo chciał towarzyszyć Normanowi na tereny wyścigów i przyjrzeć się chorym biegusom. Tymczasem ludzie zaczęli już zakładać obozowiska na polach.
Chociaż szedł zobaczyć chore biegusy, to z ulgą oddalił się od zgiełkliwego tłumu.
— Nigdy nie widziałem, żeby coś w tak krótkim czasie powaliło tyle zwierząt, Lordzie Alessanie. — Norman musiał niemal biec, żeby dotrzymać kroku długonogiemu Alessanowi. Nie mam pojęcia, co mogę dla nich zrobić. Jeżeli w ogóle coś można zrobić. Uzdrowiciel ledwie o nich wspomniał, prawda? A biegus nie potrafi powiedzieć, jak mu coś dolega.
— Przestaje jeść i pić.
— Biegusy pociągowe będą szły dotąd, aż padną. Obydwaj spojrzeli na pola, gdzie pasły się mocne, pociągowe biegusy Warowni — te, które Alessan wyhodował zgodnie z zaleceniami swojego ojca.
— Utwórz strefę buforową. Rozdziel biegusy pociągowe i wyścigowe.
— Dobrze, Lordzie Alessanie, ale wyścigowe były pojone w górze rzeki!
— To szeroka rzeka, Normanie. Miejmy nadzieję, że wszystko skończy się dobrze.
Pierwszą rzeczą, jaką Alessan zauważył na terenie wyścigów, było to, że zdrowe zwierzęta znajdowały się dosyć daleko od chorych. W spokojnym, nieco chłodnym powietrzu rozlegał się kaszel chorych biegusów. Kaszlały wyciągając szyje, z otwartymi pyskami, wydając głuche, bolesne szczeknięcia. Nogi miały opuchnięte, sierść matową i zmierzwioną.
— Dodaj im do wody pierzastej paproci i tymianku. Jeżeli nie będą chciały pić, Normanie, użyj szprycy, żeby wprowadzić im do organizmu trochę płynu, zanim się całkiem odwodnią. Można by im też podać trochę pokrzywy. Przynajmniej pokrzyw nam nie zabraknie. — Alessan rzucił okiem na łąki, gdzie jeszcze nie zaczęła się coroczna batalia o ujarzmienie tej byliny. — Czy bydło też kaszle?