Выбрать главу

Alessan kątem oka zauważył, że jego brat Makfar dał sygnał kilku uzbrojonym gospodarzom, żeby zgromadzili się dookoła.

— Zatrzymacie się tutaj! To rozkaz! — powiedział Alessan gwałtownie, a mężczyźni cofnęli się, szukając poparcia u Tolocampa. Lord Warowni Fort zesztywniał, ignorując ich milczącą prośbę. Alessan odezwał się głośniej, żeby jego głos doszedł aż do grupy na dziedzińcu, która obserwowała ich i przysłuchiwała się rozmowie. — Bębny zarządziły kwarantannę! Jestem Lordem waszej Warowni. Macie obowiązek mnie słuchać. Żaden człowiek, ani żadne zwierzę nie odejdzie stąd, dopóki bębny — tu Alessan podniósł rękę w kierunku wieży — nie oznajmią nam, że zniesiono kwarantannę.

Zapadła cisza. Alessan ruszył wielkimi krokami do drzwi do Wielkiej Sali, Tolocamp szedł przy jego boku.

— Będziesz musiał rozesłać te wiadomości, żeby zapobiec schodzeniu się ludzi — powiedział przyciszonym głosem Tolocamp, kiedy znaleźli się wewnątrz Sali.

— Wiem o tym. Muszę tylko wymyślić, jak to uczynić. Żeby nie narażać ludzi ani zwierząt — Alessan skręcił do gabinetu, gdzie w oskarżycielskich szeregach stały kroniki, z którymi nie miał się czasu zapoznać. Na czas Zgromadzenia gabinet przekształcono w sypialnię, ale teraz był pusty, pozostały tylko porozrzucane śpiwory futrzane. Alessan kopnął kilka z nich na bok, żeby dostać się do map. W końcu znalazł dokładną mapę terenów podległych Warowni, na której drogi wytyczone były różnymi kolorami, oznaczającymi szlak, trakt lub ścieżkę. Gospodarstwa również zróżnicowano za pomocą kolorów. Tolocamp aż wykrzyknął ze zdumienia nad jakością tej mapy.

— Nie miałem pojęcia, że jesteś aż tak dobrze wyposażony powiedział niezbyt taktownie.

— Jak lubią nam mówić harfiarze — powiedział Alessan z lekkim uśmiechem — Warownia Fort zaistniała, a Ruatha została zaplanowana. — Przesunął palcem po północnym szlaku aż do miejsca, skąd drogi rozchodziły się na północny zachód, na zachód i na północny wschód, prowadząc do dwudziestu gospodarstw dużych i małych i trzech osiedli górniczych. Główny szlak na północ prowadził przez góry i od czasu do czasu sięgał aż do płaskowyżu.

— Lordzie Alessanie…

Odwrócił się i zobaczył przy drzwiach Tuero, a za nim innych harfiarzy.

— Pomyślałem, że moglibyśmy się zgłosić na ochotnika jako posłańcy. — Tuero szeroko się uśmiechnął, a jego długi, krzywy nos jeszcze bardziej się przekrzywił na lewo. — Ludzie na dworze bardzo gwałtownie dyskutują na ten temat. A wiec harfiarze Pernu są na twoje usługi.

— Dziękuję ci, ale stykałeś się z tą chorobą tak jak i wszyscy inni. To chorobę chcę zatrzymać, nie łudzi.

— Lordzie Alessanie, wiadomości można przekazywać sztafetą. — Tuero podszedł do mapy. — Ktoś z tego gospodarstwa mógłby zanieść wiadomość do następnego i tak dalej, przekazując instrukcje nie gorzej od bębnów.

Alessan wpatrywał się w mapę, w myśli przeliczając mieszkańców gospodarstw i chat. Nawet to najbardziej odległe osiedle górnicze przy kopalni żelaza było nie dalej jak o trzy dni jazdy. Dag na pewno zabrał najszybsze biegusy, takie jak Kwiczek, ale na pierwszy etap tej sztafety można by wysłać inne zwierzęta.

— Nie mamy powodów, żeby rezygnować z twojej gościnności, więc możesz nam wierzyć, że wrócimy. Poza tym jest to nasz obowiązek.

— Trafna uwaga — powiedział półgłosem Tolocamp.

— Zgadzam się. Trzeba wiec napisać komunikat i instrukcje, które twoja sztafeta będzie przekazywać. Czy zajmiesz się tym Tuero?

— Za pomocą bębna wiadomości zostały przekazane tutaj, tutaj, tutaj i tutaj. — Alessan wskazał najważniejsze gospodarstwa. — Wątpię, czy pomyślano, żeby o tej złej nowinie powiadomić mniejsze osady. Siedem gospodarstw będzie mogło dostarczyć biegusów dla sztafety, każdy z nich dojedzie do osad na peryferiach.

— Jakże szczęśliwie się składa, że jest nas akurat siedmiu! Alessan uśmiechnął się szeroko.

— Rzeczywiście. Niech harfiarze rozgłoszą, że mamy heroldów. Nasz bębnista jest pewnie wciąż jeszcze na wieży, ale znajdziesz jego rzeczy w tych szafkach: atrament, pergamin i pióro. Dajcie mi znać, kiedy będziecie gotowi. Mam mapy. Załatwię wam wierzchowce. Będziecie się musieli spieszyć, żeby nie narażać się na ryzyko noclegów w polu.

— Zaręczam ci, że to żadna nowość dla harfiarzy.

— I gdyby się wam udało, dowiedzcie się, kto jeszcze sprowadzał w ciągu ostatnich kilku tygodni zwierzęta z Keroonu.

— Tak? — Tuero uniósł ze zdziwienia brwi.

— Yander odebrał nowe biegusy ze statku z Keroonu…

— Bębny wspominały o Keroonie, prawda? Dowiemy się. Brak lodu tej zimy to jednak nie takie błogosławieństwo, jak się wydawało.

— Otóż to!

— No, zima jeszcze się nie skończyła! — Skłoniwszy się, Tuero wyprowadził swoich towarzyszy do holu.

— Alessanie, jest tak wiele do zrobienia również w Forcie — błagał Tolocamp.

— Tolocampie, Farelly jest na wieży bębnów, gotów ci w każdej chwili służyć. — Skinieniem ręki Alessan wskazał mu stopnie prowadzące na wieżę i opuścił gabinet. Lord Leef powiedział mu kiedyś, że najlepszym sposobem na uniknięcie kłótni jest niedopuszczanie do niej. Nazywał to taktycznym odwrotem.

Alessan zatrzymał się na króciutko w drzwiach Wielkiej Sali, przyglądając się temu, co działo się na dziedzińcu i na drodze. Rozbijano namioty, nad ogniskami stały trójnogi z zawieszonymi kociołkami, w jamie do pieczenia rozpalono świeży ogień i ustawiono ponownie rożen. Ze wschodu posuwała się powoli drogą, grupa jeźdźców i biegusów. Alessan dostrzegł swego brata Dangela i dwóch ruathańskich gospodarzy z obnażonymi mieczami. Nad zagłębieniem terenu, gdzie kazał Normanowi palić padłe zwierzęta, unosiła się smuga czarnego dymu. Każdy, kogo przyłapano na opuszczaniu Warowni, powinien zostać zatrudniony w oddziale grabarzy.

Jakiś jeździec ostro popędzał swojego wierzchowca, który galopem wjechał na rżysko, załomotał kopytami po drodze, wyminął namiot i ognisko. Biegus zatrzymał się, a jeździec zeskoczył i rozejrzał się niespokojnie. Kiedy Alessan wyszedł z cienia, jeździec rzucił uzdę i podbiegł do niego.

— Lordzie Alessanie, Vander nie żyje!

Rozdział VII

Siedziba Uzdrowicieli i Weyr Fort, Przejście bieżące, 3. 11. 43

Grzmiący odgłos huczał w czaszce Capiama, aż wreszcie uzdrowiciel zbudził się i obronnym gestem chwycił się za głowę. To bębnienie słyszał już w koszmarach sennych, sprawiających mu istne męki. Leżał teraz w łóżku wyczerpany wysiłkiem związanym z powrotem do rzeczywistości. Przy następnym grzmocie bębnów osłabłą ręką naciągnął sobie poduszkę na głowę.

Czy oni nigdy tego nie skończą? Nie miał pojęcia, że bębny są tak piekielnie głośne. Dlaczego nigdy nie zwracał na nie uwagi? Uzdrowicielom należał się jakiś własny, spokojny kąt. Musiał sobie jeszcze dodatkowo zatkać uszy rękami, żeby to pulsowanie nieco przycichło. Potem uświadomił sobie, że przecież zostawił te wszystkie komunikaty z poleceniem, by przekazano je do ważniejszych Cechów i Warowni. Dlaczego wysyłają je dopiero teraz? Pewnie już jest południe! Czy mistrz bębnistów nie zdaje sobie sprawy, jak ważną rzeczą jest kwarantanna? A może to jakiś złośliwy uczeń schował gdzieś komunikaty, chcąc zyskać nieco czasu na sen?

Capiam nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek tak go bolała głowa. To było nie do zniesienia. A serce bilo mu coraz szybciej, dostosowując się do rytmu bębnów. Dziwna sprawa! Capiam leżał w łóżku, w głowie mu boleśnie huczało, a serce kołatało mocno.