— Jeździec Dalekich Rubieży powiedział mi, że niebo jest czyste aż do wybrzeża — ogłosił A’dan wesołym głosem, ściągając hełm i kierując się do paleniska.
— Jeździec Dalekich Rubieży? Rozmawiałeś z nim? — zapytał Sh’gall.
— Oczywiście — A’dan ze zdumieniem odwrócił się do Przywódcy Weyru. — A skąd miałbym to wiedzieć? Spotkaliśmy się…
— Czy nie powiedziano wam wczoraj… — Sh’gall podniósł się, wydawało się, że urósł z gniewu. Spiorunował Moretę przeszywającym, oskarżycielskim spojrzeniem. — Czy nie powiedziano wam, że zakazany jest kontakt z kimkolwiek?
— Jeźdźcy to nie jest ktokolwiek…
— Z innymi jeźdźcami! Z kimkolwiek! Nie możemy dopuścić, żeby ta zaraza dostała się do Weyr Fortu, a to oznacza, że musimy trzymać się z daleka od wszystkich. Dzisiaj podczas Opadu żadnemu z jeźdźców tego Weyru nie wolno zbliżyć się do żadnego jeźdźca ani gospodarza z Dalekich Rubieży. Wszelkie rozkazy macie wydawać z grzbietu smoka, najlepiej z powietrza. Nie dotykajcie nikogo ani niczego, co należy do kogoś spoza tego Weyru. Czy tym razem zrozumieliście moje rozkazy? — Jeszcze raz przeszył Moretę wzrokiem.
— Ciekawe jaką Sh’gall przewiduje karę dla nieposłusznych? Wygłoszone półgłosem pytanie Kamiany było przeznaczone tylko dla uszu Morety.
Moreta rozkazującym gestem uciszyła Kamianę. Sh’gall nie skończył jeszcze mówić.
— Dzisiaj mamy Opad Nici! — ciągnął dalej Sh’gall stentorowym, chociaż już mniej groźnym głosem, którego nikt w Niższych Jaskiniach nie ośmieliłby się zignorować. — Tylko smoki i ich jeźdźcy są w stanie uratować Pern od Nici! To dlatego żyjemy na osobności, w Weyrach, dlatego musimy trzymać się na osobności, dbając o swoje zdrowie. Pamiętajcie! Tylko smoczy jeźdźcy są w stanie uratować Pern od Nici! Musimy wszyscy sprostać temu zadaniu!
— Ale nas zagrzewa do walki — powiedziała Lidora, pochylając się w stronę Morety. — Jak długo mamy tu siedzieć? W jej głosie dźwięczała irytacja.
Moreta zmierzyła ją przeciągłym spojrzeniem i Lidorą zagryzła dolną wargę.
— To z pewnością przykre, Lidoro, ale na Zgromadzeniach najczęściej nawiązuje się tylko przelotne romanse. — Odgadła przyczynę zdenerwowania Lidory i zastanawiała się, kto na ruathańskim Zgromadzeniu wpadł jej w oko. Znowu pomyślała o Alessanie i o tym, jak dobrze jej było w jego towarzystwie. Biegła tak do tego padłego biegusa, usiłowała zwrócić na siebie uwagę Alessana.
Z chwilowego zamyślenia wyrwał ją szurgot nóg i ław o kamienie. Podniosła się pośpiesznie. Zgodnie ze zwyczajem powinna wysłuchać najświeższych instrukcji Sh’galla, dotyczących skrzydła królowych. Zatrzymała się o kilka metrów od podium. Sh’gall podniósł wzrok. Na twarzy miał wypisane, żeby się do niego nie zbliżać.
— Leri uparła się lecieć?
— Nie ma powodu, żeby ją powstrzymywać.
— Przypomnisz jej oczywiście, żeby nie zsiadała. — Nigdy tego nie robi.
Sh’gall wzruszył ramionami, czując się zwolniony z wszelkiej odpowiedzialności za Leri.
— Zajmij się więc swoimi smoczycami. Opad Nici przewidziany jest na południe. — Odwrócił się i skinął na przywódców skrzydeł, żeby podeszli bliżej.
— Czy on znowu narzeka na Leri? — zapytała Kamiana, zapominając o swoich własnych obiekcjach.
— Nie za bardzo — odparła Moreta, torując sobie drogę do wyjścia z jaskini. W ślad za nią udały się jeźdżczynie królowych.
W całej Niecce, na półkach skalnych i na ziemi, jeźdźcy zakładali uprząż na swoje smoki i poprawiali worki ze smoczym kamieniem na smoczych szyjach. Inni wcierali olej w świeże blizny i badawczo przyglądali się szorstkim plackom na skórze i na błonach skrzydeł. Przywódcy skrzydeł i ich zastępcy kierowali przygotowaniami. Posyłane po rozmaite rzeczy weyrzątka biegały wokół smoków i jeźdźców. Wszyscy pracowali pilnie. Przechodząc na drugą stronę Niecki, Moreta stwierdziła, że wszystko odbywa się normalnie. Aż dziw pomyśleć, że gdzieś na Pernie ludzie i zwierzęta umierają w tej chwili od zarazy.
„To nie są dobre myśli” — powiedziała Orlith surowo.
— Prawda. Nie należy takiej myśli zabierać ze sobą na Opad. Wybacz mi.
„Nie ma czego wybaczać. Jest jasny dzień! Uda nam się to spotkanie z Nićmi!”
Pewność Orlith napełniła Moretę optymizmem. Słońce zalewało Nieckę od wschodu, a rześkie powietrze działało ożywczo po wilgotnej pogodzie, jaka panowała ostatnio. Największym dobrodziejstwem byłby teraz porządny, ostry mróz. Nie jakieś długotrwałe oziębienie, tyle jednak, żeby wymrozić te szkodliwe owady i zmniejszyć populację węży tunelowych. — Najpierw założę uprząż na Holth.
„Leri ma pomoc.”
Moreta uśmiechnęła się na niecierpliwość Orlith. Takie właśnie powinno być nastawienie smoka. Kiedy weszła do weyru, Orlith zlazła już z legowiska, a jej oczy błyszczały i wirowały coraz szybciej w radosnym podnieceniu. Orlith opuściła głowę. Serce Morety przepełniła miłość do swojej partnerki i przyjaciółki. Zarzuciła ręce na jej trójkątny pysk i tuliła go z całych sił, wiedząc, że dla tej potężnej bestii jest to jak muśnięcie piórkiem. Orlith zadudniła i Moreta wyczuła tę pełną miłości wibrację. Niechętnie wypuściła Orlith z objęć. Sięgnęła po uprząż rozwieszoną na kołkach na ścianie.
Przesuwała wprawnymi rękami po pasach. Zimno przestworzy wżerało się w wyposażenie i większość jeźdźców zmieniała uprząż trzy albo cztery razy na Obrót. Kiedy upewniła się, że wszystko jest w porządku, poddała oględzinom skrzydła Orlith, pomimo rosnącego zniecierpliwienia królowej, która chciała już znaleźć się na wzgórzu Gwiezdnych Kamieni i nadzorować ostateczne przygotowania. Moreta sprawdziła jeszcze wskaźnik na pojemniku z hanoczem i sprawdziła, czy dysza jest czysta. Królowa i jeźdźczyni wyszły na skalną półkę. Na wyżej położonej półce czekały już Holth i Leri.
Moreta pomachał do Leri, która również ją pozdrowiła. Założywszy ochraniacze na oczy, Moreta zapięła hełm, przyczepiła u pasa nieporęczny miotacz płomieni i dosiadła Orlith. Potężnym wymachem skrzydeł Orlith wystartowała w kierunku Obrzeża.
— Czeka cię ogromny wysiłek, moja najmilsza — powiedziała Moreta.
— Kiedy jestem w powietrzu, nie czuję zmęczenia. Chcąc rozproszyć niepokój Morety, Orlith skręciła bardzo zwinnie i wylądowała precyzyjnie tuż obok Kaditha. Kadith był smokiem sporych rozmiarów, miał kolor spiżu, głęboki, bogaty, o zielonkawym odcieniu. Nie był największym ze spiżowych smoków w Weyrze Fort, ale podczas lotów godowych z Orlith dowiódł, że jest najbardziej zwinny, śmiały i energiczny. Podniósł teraz oczy na Orlith i z uczuciem pogłaskał ją głową po karku. Orlith przyjęła skromnie te karesy i odwróciła głowę, żeby mogli się dotknąć pyskami.
A potem Sh’gall dał sygnał, żeby niebiescy, zieloni, brunatni i spiżowi jeźdźcy zaczęli karmić swoje smoki smoczym kamieniem. Mimo że był to istotny etap przygotowań do niszczenia Nici, Moreta nigdy nie potrafiła traktować go poważnie. Śmiać jej się chciało, gdy smoki z zamyśloną miną z na wpół przymkniętymi oczami przekładały smoczy kamień na trącą powierzchnię zębów, zwracając jak największą uwagę na to, żeby precyzyjnie ułożyć skałę zanim zacisną paszcze. Rozgryzając na proszek smoczy kamień, mogły sobie poważnie uszkodzić języki.
Kiedy już skończyły przeżuwać, Morecie widok tych dwunastu smoczych skrzydeł nieodmiennie dodawał ducha. Ich zielone, błękitne, brunatne i spiżowe skóry lśniły w słońcu, fasetowe oczy przybierały czerwonawożółty odcień bojowy, skrzydła niespokojnie drżały, a ogony uderzały w skały Obrzeża.