Nagle Orlith skręciła i Moreta zobaczyła pasmo Nici. Natychmiast w jego stronę skierował się jakiś błękitny smok.
— Jesteśmy w lepszej pozycji — zawołała wiedząc, że Orlith uprzedzi nurkującego błękitnego smoka. Odkryła dyszę swojego miotacza płomieni i kiedy Orlith podlatywała od dołu do plątaniny Nici, wychyliła się jak najdalej w lewo w bojowej uprzęży. Nacisnęła guzik. Płomień trafił w cel, ale tuż obok mignęły błękitne skrzydła.
— Za blisko podleciałaś, ty głupcze. Kto to był?
— N’men, jeździec Jeltha — powiedziała Orlith. — Jeden z młodych błękitnych. Nie oparzyłaś go.
— Gdybym oparzyła, nauczyłoby go to karności — kipiała z gniewu Moreta, ale zrobiło jej się lżej na sercu, że młody jeździec nie doznał żadnego uszczerbku. — Cóż za głupota, latać tak nisko. Czy on nas nie widział? Dobrze mu natrę uszu!
— Znowu Nici! — Orlith zmieniła temat. Lidora również widziała te Nici, ale była bliżej. Orlith odstąpiła jej zdobycz. Nadlatują inni.
Skrzydło królowych ponownie się uformowało i utworzyło wachlarz, kiedy strzępy Nici zaczęły opadać w dziwnych konfiguracjach z powodu wywołanych przez smoki prądów powietrznych. To dopiero była robota dla królowych!
Moreta i Orlith ścigały to cały kłąb Nici, to znowu jakieś pasmo, świadome, że Sh’gall pospiesznie przegrupowuje kilka skrzydeł tak, by kryły górne poziomy. Potem Sh’gall wysłał jeźdźców na północ na rekonesans, żeby się upewnili, czy żadne Nici nie wylądowały na ziemi.
Opad trwał, skrzydła ponownie uformowały szeregi. Jeźdźcy wołali o smoczy kamień i wyznaczali spotkania z transportowymi weyrzątkami. Moreta sprawdziła swój miotacz i przekonała się, że ma pół baku zapalającej cieczy. A Opad wciąż trwał.
Orlith doniosła jej o następnych obrażeniach, żadne nie było poważne — czubki skrzydeł i ogony. Przeleciały z Moretą na poziomie obserwacyjnym nad pierwszymi, zwieńczonymi śniegiem górami, wzdłuż nieregularnej granicy pomiędzy Gromem i Nabolem. Nici zamarzną i zwiędną na tych zboczach. Sh’gall i Kadith rozkazali skrzydłom polecieć w „pomiędzy” na drugą stronę gór i do Nabolu.
Haura powiedziała, że obie z Leri potrzebują świeżych cylindrów do miotaczy płomieni i opadły w dół przy osiedlu górniczym.
— Leri, zapytaj o to whera — stróża!
— Holth mówi, że wszystkie whery są głupie i nie wiedzą nic, co mogłoby się nam przydać. Będę pytała dalej.
Każde lądowanie było wysiłkiem dla Holth, która trochę już zniedołężniała. Moreta przyglądała jej się z niepokojem, ale Leri uwzględniła kłopoty Holth i wylądowała na szerokiej półce skalnej w pobliżu osiedla górniczego. Pojawiło się zielone weyrzątko z cylindrami zawieszonymi na szyi. Wylądowało z gracją. Jego jeździec odczepił pojemnik i zsiadł. Podbiegł do Holth, wspiął się na jej przednią łapę, trzymając jedną ręką pasy od cylindra, a drugą chwytając za rzemienie bojowe. Wymiany cylindrów dokonano, kiedy Moreta i Orlith szybowały nad nimi Holth zrobiła kilka kroków do przodu, wychyliła się poza półkę i machnęła skrzydłami.
— Już lecą. Wszystko w porządku — powiedziała Orlith.
— Lećmy do Kaditha!
Wynurzyły się nad jakąś dziką doliną w momencie, kiedy o najbliższy grzbiet rozszczepiał się kłąb Nici.
— Tapeth leci za nimi!
Zielona smoczyca, ze skrzydłami złożonymi płasko przy grzebieniu grzbietowym, opadała w kierunku punktu zderzenia Nici ze skałą. Jej płomienny oddech opalił grań. Kiedy wyglądało na to, że zaraz zderzy się z górą, rozłożyła skrzydła i skręciła w bok.
— Lećmy tam! — Moreta rzuciła okiem na wskaźnik baku. Będzie potrzebowała więcej cieczy, żeby zalać tę grań. Żadna załoga naziemna nie dotrze do tej ślepej doliny.
Znalazły się nad okopconą skałą. Posłuszna myślowym rozkazom swojej partnerki, Orlith zawisła bez ruchu, żeby Moreta mogła opalić płomieniem drugą stronę grzbietu. Włókienka Nici zasyczały i zwinęły się w czarny popiół. Moreta metodycznie opalała ziemię żeby mieć pewność, że nie umknęła jej ani krztyna tego pasożyta.
— Wylądujemy kawałeczek dalej, Orlith. Będzie mi potrzebny następny zbiornik.
— Już jest w drodze! — Orlith wylądowała lekko.
— Chcę sprawdzić ten grzbiet.
Moreta rozluźniła rzemienie bojowe i zsunęła się na ziemię. Jej stopy były obolałe od długiej jazdy i pomimo grubej wyściółki w butach trochę straciła czucie. Trzymając palec na spuście miotacza płomieni, dreptała powoli w kierunku poczerniałego obszaru. Po dwukrotnym opaleniu skała zachowała jeszcze trochę ciepła i Moreta zwolniła kroku, by ogrzać odrętwiałe stopy. Szła bardzo ostrożnie. Nigdy nie lubiła tych miejsc, gdzie były Nici. Jednak należało sprawdzić teren, im szybciej, tym lepiej. Nici potrafią zaryć się w każdą szczelinę i rozpadlinę.
Wschodnią stronę grzbietu tworzyła pionowa skała. Nie było na niej żadnego pęknięcia czy szpary, gdzie mogłyby zagnieździć się Nici. Zachodnią ścianę również tworzyła jednolita masa skalna. Płomień Tapeth musiał dopaść Nici w momencie lądowania.
Kiedy wracała do Orlith, było już jej cieplej w stopy. I właśnie wtedy pojawiło się błękitne weyrzątko. Pazury smoka znalazły się nie dalej jak na palec od wystającej iglicy skalnej. Błękitny smok wyhamował skrzydłami i wylądował. Orlith zagrzmiała, a błękitny smok zadygotał, słysząc naganę królowej. Na twarzy jeźdźca pojawił się niepokój.
— Nie próbuj takich sztuczek, Tragelu! Lataj bezpiecznie! krzyknęła na niego Moreta. — Nigdy jeszcze tutaj nie byłeś. Czy F’neldril nie wbijał ci do głowy, że zarówno przy lądowaniu jaki przy starcie potrzebna jest odpowiednia przestrzeń?
Młody jeździec drżącymi rękami gmerał przy pasach podtrzymujących zbiornik przy boku błękitnego smoka, a Moreta szła w jego stronę wciąż jeszcze kipiąc z wściekłości, że tak ją przestraszył.
— Dużo bardziej cieszy mnie ostrożność, niż z takie popisy. Niemalże wyrwała mu zbiornik z ręki.
— Zsiadaj. Zostaniesz tutaj, aż ten grzbiet wystygnie. Sprawdź, czy nie jest zakażony. Odrobinę niżej rośnie mech. Czy umiesz posługiwać się miotaczem płomieni? Dobrze. To, co zostało w moim zbiorniku, powinno wystarczyć. Ale każ swojemu smokowi zawiadomić nas, gdybyś zauważył, że na tym grzbiecie coś się rusza. Cokolwiek!
Jak ten młody jeździec przez godzinkę pomarznie, stojąc na warcie w wielkim strachu, to na przyszłość przestanie tak się wygłupiać. Mistrz Weyrzątek i Przywódca Weyru ostrzegali weyrzątka bez końca, ale mimo to zdarzało im się w niewytłumaczalny sposób ginąć. Starsze smoki bolały nad tą stratą. Te śmiertelne wypadki tak bardzo uszczuplały zasoby Weyru.
Wsiadła znowu na Orlith. Chłopiec stanął na warcie jak najbliżej swego smoka, usiłując w nim znaleźć jakąś pociechę. Obydwaj wyglądali na wstrząśniętych i niepocieszonych.
— Kadith nas woła!
— Widocznie zbliża się koniec Opadu! — Moreta zapięła znowu pasy. Wygłoszona przed chwilą oracja straciłaby na wartości, gdyby spadła ze smoka przy starcie.
— B’lerion jedzie!
Moreta uśmiechnęła się, kazała Orlith wzbić się w powietrze i połączyć się z pozostałymi skrzydłami. Zastanawiała się w zimnych przestworzach, jak tam B’lerionowi idzie z Okliną.
A potem znalazły się po zachodniej stronie Pasma Nabolu, gdzie Nici opadały gęsto i szybko. Moreta i Orlith zniszczyły właśnie plątaninę Nici tuż nad ziemią, kiedy Orlith nagle oznajmiła: