— Opad się skończył!
Rozpędzona królowa zaczęła wolno szybować. Moreta oparła się ze znużeniem o rzemienie bojowe, a miotacz ognia zaciążył jej w zmęczonej dłoni. W głowie jej dudniło, bo musiała patrzeć na zbyt wiele rzeczy naraz, trzeba było unosić się, szybować i odpowiednio nachylać płomień.
— Ile obrażeń?
— Trzydzieści trzy. Dwa poważnie uszkodzone skrzydła. Czterech jeźdźców z popękanymi żebrami i trzech ze zwichniętymi barkami.
— Żebra i barki! To nie był dobry dzień! — Mimo wszystko Moreta odczuła ulgę. Ale te dwa skrzydła! Okropnie nie lubiła zabiegów przy skrzydłach, chociaż miała bardzo wiele wprawy.
— B’lerion nas pozdrawia. Spiżowy Nabeth dobrze się spisał. — Orlith z podziwem wyciągała szyję, kiedy spiżowy smok z Dalekich Rubieży zrównał się z nimi. B’lerion pomachał ręką na powitanie.
— Zapytaj go, czy dobrze się bawił na Zgromadzeniu. Chciała koniecznie zapomnieć o pociętych przez Nici skrzydłach, którymi musi się zająć.
— Dobrze. — W głosie Orlith brzmiało rozbawienie. — Kadith mówi, że powinnyśmy wrócić do Weyru, do tych poranionych skrzydeł.
— Zapytaj najpierw B’leriona, co słyszał o epidemii — Tylko tyle, że istnieje. — I dodała: — Kadith mówi, że Dilanth odniósł bardzo poważne obrażenia. Moreta pomachała na pożegnanie B’lerionowi, przypomniawszy sobie że Sh’gall i Kadith uważali B’leriona i Nabetha za rywali. Zresztą może i byli rywalami. Orlith lubiła spiżowego smoka B’leriona, a Moreta uważała, że dużo zabawniej byłoby spędzać Przerwę z kimś tak wesołym jak B’lerion.
— Lećmy do Weyru.
Absolutny, bezgłośny chłód przestworzy podziałał na Moretę odświeżająco. A potem pojawiły się obydwie nisko nad Niecką. Orlith wynurzyła się z „pomiędzy” równie precyzyjnie i ryzykownie, jak wcześniej to błękitne weyrzątko. Ziemia usiana była rannymi smokami, każdego otaczała grupka obsługujących. Przenikliwe krzyki rannych i wyczerpanych smoków napełniały powietrze.
— Pokaż mi Dilentha — poprosiła Orlith, kiedy królowa skręcała nad Niecką.
— Pobruździło mu główny płat skrzydła. Uspokoję go! Królowa zataczała kręgi nad miotającym się błękitnym smokiem tak blisko, jak tylko się dało. Jeźdźcy i mieszkańcy Weyru usiłowali posmarować kojącym balsamem poranione skrzydło, ale Dilenth wyrywał im się, wijąc się z bólu. Kiedy Orlith zawisła w powietrzu, Moreta wyraźnie zobaczyła okaleczone skrzydło, trzepoczące niezgrabnie w pyle.
To było bardzo poważne obrażenie. Nici zniszczyły skraj skrzydła Dilentha głównie na odcinku od stawu łokciowego do palcowego. Wzmacniające chrząstki rozpadły się i pokruszyły, wbijając się w masę głównego płata skrzydła. Prawdopodobnie uszkodzony został również płat palcowy pomiędzy stawem a wzmacniającym żebrowaniem, tam, gdzie Nici ześlizgnęły się, kiedy Dilenth usiłował zrobić spóźniony unik. Więcej szkody doznała wierzchnia strona skrzydła niż spodnia. Podłużnica w zasadzie była cała. Kto wie, czy nie zostało uszkodzone żebrowanie palcowe. Jeżeli było uszkodzone, to do głównego Płata nie dojdzie posoka i smok nigdy nie odzyska pełnej władzy w skrzydle. Może też nie móc go składać.
Dilenth odniósł najgorsze dla smoka obrażenia, ponieważ w grę wchodziła zarówno krawędź wiodąca głównego płata, jak i krawędź tylna. W dodatku gojąca się błona skrzydła może wytworzyć tkankę kaloidainą, a wtedy lotka stanie się mniej czuła, pozbawiając smoka równowagi przy szybowaniu. Najpierw Moreta będzie musiała ułożyć strzępy pozostałych tkanek i jakoś je umocować, mając nadzieję, że pozostało wystarczająco dużo błony, żeby ukierunkować odbudowę. Dilenth miał młody organizm, zdolny do regeneracji tkanek, ale przez długi jeszcze czas będzie rekonwalescentem.
Moreta zobaczyła, że w grupie zajmującej się Dilenthem krząta się Nesso. Jeździec Dilentha, F’duril, robił, co mógł, żeby pocieszyć smoka, ale Dilenth ciągle wyrywał się z uścisku swojego jeźdźca, i w udręce rzucał głową.
Orlith wylądowała tuż przed błękitnym smokiem. Moreta natychmiast rozluźniła rzemienie bojowe i ześliznęła się na ziemię. Pojawiły się weyrzątka i zabrały jej pojemnik na hanocz oraz całe wyposażenie.
— Gdzie jest czerwone ziele do mycia? — zapytała głośno żeby zagłuszyć to zawodzenie, od którego dudniło jej w głowie. — Orlith, ucisz go!
Krzyki Dilentha nagle umilkły, kiedy królowa wbiła spojrzenie w jego oczy. Błękitny smok przestał walić głową i poddał się opiece swojego jeźdźca. F’duril błagał Dilentha, żeby był dzielny, a także dziękował Orlith i Morecie.
— Dilenth jest w szoku — powiedziała Moreta do F’durila, szorując ręce w miednicy z czerwonym zielem. Roztwór piekł ją w zziębnięte palce.
— Te rozdarcia są bardzo poważne. Z głównego płata skrzydła nic nie zostało, poza strzępami i skrawkami — powiedziała Nesso stojąca u jej boku. — Jak ma się to zagoić?
— Zobaczymy — powiedziała Moreta; była niezadowolona, że Nesso zgłasza publicznie wątpliwości, których ona starała się nie ujawniać. — Przynieś mi tę szeroką belę delikatnego materiału i najcieńsze trzcinki na koszyki, jakie znajdziesz. Gdzie są Declan i Maylone?
— Declan jest z Uraylem. Sorthowi mnóstwo Nici spadło na kłąb. Maylone też gdzieś jest z jakimś smokiem. — Nesso denerwowała się, że czeka ją tyle pracy. — Musiałam zostawić rannych jeźdźców na łasce ich partnerek i kobiet z weyru. Dlaczego ten Berchar musiał zachorować?
Nic się na to nie poradzi. Haura niedługo wróci i pomoże ci przy jeźdźcach. — Moreta opanowała się całą siłą woli. — Przynieś mi tylko ten materiał i trzcinki. Będzie mi potrzebny stół. Przyślij mi kogoś, kto ma pewne ręce, każ przynieść olej i rozcieńczone kojące ziele, a potem wracaj do jeźdźców. I jeszcze igły i szpulkę odkażonych nici.
Kiedy Nesso popędziła, skrzykując po drodze pomocników, Moreta kontynuowała badanie uszkodzonego skrzydła. Główne kości w skrzydle nie zostały uszkodzone, ale posmarowano je taką ilością mrocznika, że nie mogła zobaczyć, czy wytwarza się posoka. Fragmenty wiodącego płata skrzydła zwisały ze stawu łokciowego i palcowego. Może wystarczy ich do rekonstrukcji. Każdy strzęp się przyda. Zgięła palce, które wciąż jeszcze nie rozgrzały się po zimnym locie w czasie Opadu.
Poprzez przytłumione zawodzenie Dilentha Moreta usłyszała słowa człowieka.
— Sam wiesz, że to moja wina! — robił sobie wyrzuty F’duril. Ty nic na to nie mogłeś poradzić, Dilencie. To nie twoja wina. Tylko moja! Nie miałeś gdzie uskoczyć przed tymi Nićmi.
— F’durilu, opanujże się — zawołała Moreta. — Denerwujesz Dilentha dużo bardziej niż… — Przerwała nagle, zauważając bruzdy od Nici na ciele F’durila. — Czy nikt się jeszcze tobą nie zajął, F’durilu?
— Zmusiłem go, żeby się napił wina, Moreto — powiedział jakiś jeździec w wysmarowanych sadzami skórach. — Mam dla niego opatrunki z kojącym zielem.
— Więc go opatrz! — Moreta rozejrzała się poirytowana. Gdzie się podziała ta Nesso? Czy ona nic dzisiaj nie potrafi zorganizować?
— Czy z Dilenthem jest bardzo źle? — zapytał jeździec, umiejętnie rozcinając pozostałości kurtki F’durila. Moreta rozpoznała teraz w tym młodym człowieku A’dana, partnera weyrowego F’durila. Mówił przyciszonym, zatroskanym głosem.
— Nie najlepiej! — Przyjrzała się bliżej A’danowi, który zręcznie opatrywał F’durila. — Jesteś jego partnerem? Czy masz pewną rękę?
Jako pomocnik byłby lepszy niż jęcząca Nesso. Na kości skrzydłowej Dilentha przez kojący balsam zaczęły się przesączać kropelki posoki.