Выбрать главу

— Gdzie są te moje rzeczy, Nesso?

Zaledwie Moreta zrobiła krok w stronę jaskini, chcąc sama wziąć to, co było jej potrzebne, kiedy pojawiła się tęga ochmistrzyni z trzcinkami, garnuszkiem rozcieńczonego mrocznika, dzbankiem oleju i igielnikiem Morety. Za nią maszerowały trzy weyrzątka, jedno z nich niosło owiniętą w skóry belę materiału, tak wysoką, jak on sani, i miskę do mycia, a dwaj pozostali taszczyli stół.

— Och, czy to się w ogóle kiedyś zagoi — zajęczała Nesso posępnym półgłosem, potrząsając głową. Po czym zerknęła na Moretę i szybko uciekła.

Moreta odetchnęła głęboko, żeby się uspokoić, i sięgnęła po olej. Pokrywała nim ręce, żeby uchronić je przed kontaktem z kojącym balsamem, i wydawała polecenia A’danowi i weyrzątkom.

— Ty, D’ltanie — rozkazała weyrzątkowi, które wyglądało na najsilniejsze — potnij mi ten materiał na pasy tak długie jak skrzydło Dilentha. A’danie, umyj ręce tym olejem i wysusz je, a potem powtórz to jeszcze dwa razy. Będziemy często musieli nacierać ręce olejem, żeby przez ten balsam nie straciły czucia. Ty M’baraku — Moreta wskazała na wysokie weyrzątko — nawlekaj mi igły nićmi i rób to, dopóki ci nie powiem, żebyś przestał. Ty, B’grealu — popatrzyła na trzecie weyrzątko — będziesz mi podawał trzcinki, kiedy o nie poproszę. I wszyscy najpierw wymyjcie sobie ręce w czerwonym zielu.

— Podtrzymamy to skrzydło od spodu za pomocą materiału przyszytego do kości i rozpostartego od stawu grzbietowego dopalcowego — powiedziała, patrząc na A’dana. — Potem musimy… A’danie, jeżeli masz zamiar wymiotować, zrób to teraz. I Dilenthowi, i F’durilowi lżej będzie na sercu, jeżeli to ty mi pomożesz, F’duril wie, że będziesz najbardziej oddanym pielęgniarzem dla Dilentha. Nie myśl o tym jak o smoczym skrzydle. Pomyśl, że jest to wspaniała, letnia tunika, którą trzeba połatać. Nic innego nie będziemy robili. Tylko łatali!

Naoliwioną ręką wzięła od weyrzątka ostrą igłę, usiłując własnym przykładem dodać A’danowi hartu ducha. „Orlith!” — odezwała się w myślach do swojej królowej.

„Mogę porozmawiać tylko z jego zieloną Tgrath — powiedziała Orlith nieco cierpko. — Dilenth potrzebuje całego mojego skupienia, a jeszcze nie wróciła żadna z pozostałych królowych, żeby mi pomóc.”

Po chwili A’dan otrząsnął się, skończył myć ręce i odwrócił się do Morety. Jego twarz nie była już taka szara, a oczy uspokoiły się, chociaż wciąż konwulsyjnie przełykał ślinę.

— W porządku. Zaczynamy. Pamiętajcie! Jakbyśmy łatali tunikę!

Moreta wskoczyła na mocny stół, skinęła na A’dana, żeby poszedł w jej ślady, a potem sięgnęła po pierwszy pas materiału. Kiedy zaczynała fastrygować, Dilenlh i A’dan drgnęli niemal jednocześnie. Dzięki kontroli Orlith i takiej ilości mrocznika na kości, Dilenth nie odczuwał żadnego bólu. Moreta szyjąc przemawiała do A’dana, od czasu do czasu prosząc go, żeby naciągnął czy poluzował delikatny materiał.

— Teraz przymocuję to od spodu. Pociągnij na lewo. Wiodący skraj skrzydła będzie gruby, nic się na to nie poradzi… Gotowe! Teraz, A’danie, weź szpatułkę i posmaruj materiał kojącym balsamem. Położymy go na tych zachowanych fragmentach żagla. To jest bardzo cieniutka letnia tunika. Delikatnie! M’baraku, utnij mi jeszcze jeden pas. To ścięgno zostało naderwane, ale na szczęście wciąż jeszcze trzyma się łokcia. „Orlith, niech on przestanie wymachiwać ogonem. Każdy jego ruch utrudnia operację” — powiedziała w myślach do swej królowej.

Dilenth nagle przestał się wyrywać. Prawdopodobnie na pomoc Orlith przyleciała następna królowa. Wydawało jej się, że widzi Sh’galla, ale nie przerywała pracy.

— Mamy szczęście, że to ścięgno się zachowało — podjęła swoją przemowę. — Daj teraz te trzcinki, B’grealu. Tę najdłuższą. Widzisz, A’danie, możemy w ten sposób napiąć wiodący skraj i za pomocą gazy podtrzymać go. Chyba wystarczy nam tych kawałków błony. Tak, Dilenth jeszcze sobie polata. M’baraku, czy możesz podać mi ten bardziej rozcieńczony balsam?

Kiedy obydwoje z A’danem cierpliwie rekonstruowali główny płat skrzydła, Moreta pomyślała, że gdyby F’duril i błękitny smok wynurzyli się z przestworzy chwilę wcześniej, palące Nici zwaliłyby F’durila ze smoka. Musi mu powiedzieć, że mieli niezwykłe szczęście.

Odzyskali więcej fragmentów płata, niż się początkowo spodziewała. Teraz z większą pewnością przyszywała trzcinkę do ścięgna. Po jakimś czasie wszystko to się zagoi, chociaż świeże tkanki nałożą się na stare i nieładne zgrubienia utrzymają się jeszcze przez wiele miesięcy, zanim zetrze ich niesiony wiatrem piasek. Dilenth nauczy się wyrównywać te zmiany. Większość smoków z łatwością przyzwyczajała się do nierówności powierzchni skrzydeł, kiedy tylko znalazły się w powietrzu.

„Dilenth będzie znowu latał — powiedziała Orlith pogodnie, kiedy Moreta odsunęła się o krok od połatanego skrzydła. — Zrobiłaś tyle, ile mogłaś.”

— Orlith mówi, że zrobiliśmy kawał dobrej roboty, A’danie — powiedziała Moreta ze znużonym uśmiechem do zielonego jeźdźca. — Wspaniali z was pomocnicy, M’baraku, D’ltanie, B’grealu! Skinęła z wdzięcznością głową trzem weyrzątkom. — Teraz jeszcze tylko zaprowadzimy Dilentha do parterowych weyrów i możecie sobie odpocząć.

Zeskoczyła ze stołu i byłaby się rozciągnęła jak długa, gdyby A’dan jej nie podtrzymał. Na moment oparła się o brzeg stołu. Pojawiła się Nesso i nalała wina, najpierw Morecie, a potem pozostałym.

Pod Dilenthem, uwolnionym spod kontroli Orlith, zaczęły się uginać nogi i przechylił się niebezpiecznie na prawą stronę. Orlith ponownie nad nim zapanowała, podczas gdy Moreta rozglądała się dookoła za F’durilem.

— Z niego nie będzie żadnej pociechy — zauważyła kwaśno Nesso. Wszyscy przyglądali się, jak błękitny jeździec powoli osuwa się na ziemię w omdleniu.

— To z powodu tego napięcia i ran, jakie odniósł — powiedział A’dan, podbiegając do niego.

Dilenth zajęczał i opuścił pysk w kierunku swego jeźdźca.

— Nic mu nie będzie, Dilencie — powiedział A’dan, ostrożnie odwracając F’durila na bok.

— Przy tym wszystkim jest porządnie pijany! — mruknął M’barak, dając znak dwóm pozostałym weyrzątkom, żeby pomogły A’danowi przy F’durilu.

— Najgorsze za nami! — powiedział A’dan wesoło.

— On nie ma pojęcia, co tu jest najgorsze — ponuro mruknęła Nesso, kiedy błękitny smok odszedł na uginających się łapach podtrzymywany z jednej strony przez A’danowego Tigratha, a z drugiej przez K’lona i jego błękitnego Rogetha.

Moreta dopiero po chwili uświadomiła sobie, że K’lona i Rogetha nie powinno było tu być.

— Co tu robi K’lon?

— Zgłosił się na ochotnika. Powiedział, że świetnie się czuje i nie może wytrzymać tego nieróbstwa, kiedy jest tak bardzo potrzebny. A nikogo innego nie było!

— Nikogo innego?

— To był rozkaz, którego Weyr nie mógł zignorować. On i F’neldril zdecydowali, że trzeba zareagować na ten sygnał bębnów.

— O jakim sygnale bębnów mówisz, Nesso? — Nagle Moreta zrozumiała, dlaczego Nesso nie patrzy jej w oczy. Ta kobieta znowu przekroczyła swoje uprawnienia ochmistrzyni.

— Warownia Fort zażądała smoczego jeźdźca, który by przewiózł Lorda Tolocampa z Ruathy do Warowni Fort. Pilnie. W Ruacie panuje zaraza, a jeszcze wiecej chorych jest w Warowni Fort. Nie można pozbawiać Warowni jej własnego Lorda w czasie takiej klęski. — Nesso wyrzucała to z siebie, spoglądając niespokojnie na Moretę, żeby ocenić jej reakcję. — Mistrz Capiam jest chory… musi tak być, bo na wszelkie pytania odpowiada Fortine, a nie Mistrz Uzdrowiciel. — Nesso skrzywiła się, załamując ręce. — A w Igenie, Iście i w Telgarze chorują także jeźdźcy. Za dwa dni na południu będzie Opad… powiedz mi, kto wyleci walczyć z Nićmi, jeżeli z trzech Weyrów nie będzie można wysłać jeźdźców?