— Rzeczywiście, nieprzyjemna sprawa — rzekła Moreta, kiedy Sorth ostrożnie opuścił zranione skrzydło, żeby mogła je obejrzeć dokładniej.
— Odrobinę bliżej kłykcia i Sorth utraciłby zdolność ruchu — powiedział L’rayl z godną pochwały powściągliwością.
— Jak się wymoczy jutro w jeziorze, kiedy już posoka pokryje ranę, to opadnie mu opuchlizna — powiedziała Moreta, gładząc starego brunatnego smoka po barku.
— Sorth mówi — odpowiedział po chwili L’rayl — że pływanie bardzo dobrze mu zrobi. Woda podtrzyma to skrzydło i nie będzie go tak bolało. — L’rayl uśmiechnął się, dumny ze swego smoka, a potem, żeby okryć swoje zakłopotanie, odwrócił się i zaczął drapać Sortha po zieleniejącym pysku. — Ilu jeźdźców doznało obrażeń? — zapytała Moreta Nesso, gdy skierowały się w stronę infirmerii. Jeżeli tyłu jest chorych, może będą musieli wysłać kogoś na zastępstwo.
— Więcej niż powinno było — odparła Nesso, jak zwykle enigmatycznie.
Większość rannych jeźdźców spała lub była półprzytomna od soku fellisowego i Moreta nie zatrzymywała się dłużej w infirmerii. Wyglądało też na to, że nie zdoła uwolnić się od towarzystwa Nesso.
— Moreto, powinnaś teraz zjeść porządną porcję mojego pysznego gulaszu.
Moreta nie była głodna. Wiedziała, że powinna coś zjeść, ale chciała zaczekać na powrót Sh’galla i Leri. W chwilowym przypływie złośliwości ruszyła do Niższej Jaskini tak długim krokiem, że Nesso biegła obok niej, żeby nie zostać w tyle. Zirytowana na samą siebie Moreta w milczeniu znosiła krzątaninę Nesso, która musiała dopilnować, żeby kucharz właściwie ją obsłużył. Nesso usłużnie pokroiła chleb i położyła stos kromek na talerz Morety, a potem — robiąc z tego całe widowisko — usadziła Władczynię Weyru przy stole. Na szczęście, zanim zdołała się wyczerpać cierpliwość Morety, jeden z wychowanków przybiegł powiedzieć, że Tellani pilnie potrzebuje Nesso.
— Pewnie już rodzi. Bóle zaczęły się jeszcze przed Opadem. Nesso w geście rezygnacji wzniosła oczy i ręce w stronę sufitu. Pewnie nigdy się nie dowiemy, kto jest ojcem, skoro Tellani sama tego nie wie.
— Przyglądając się dziecku, jakoś to ustalimy. Życz ode mnie Tellani wszystkiego dobrego.
W myśli Moreta błogosławiła Tellani za to, że taką wybrała sobie porę; będzie mogła chwilę odpocząć od ochmistrzyni, a narodziny po Opadzie uważano za pomyślny omen. Chłopiec, jeżeli nawet jego rodowód był niepewny, ucieszy jeźdźców. Moreta postanowiła porozmawiać surowo z Tellani, która powinna orientować się lepiej w swoich kochankach. Weyr musiał być ostrożny, kiedy chodziło o pokrewieństwo. Może nawet warto oddawać dzieci Tellani na wychowanie do innych Weyrów. Łatwiej było myśleć o zbliżających się narodzinach, niż o takich sprawach, jak chorzy jeźdźcy w trzech Weyrach, jak Mistrz Uzdrowiciel, który nie podpisywał wysyłanych wiadomości, jak ukaranie harfiarza i jeźdźca, którzy postąpili wbrew rozkazom swojego Przywódcy Weyru, jak smok z rozdartym skrzydłem, który będzie uwiązany do Weyru przez cafe miesiące, jak chory uzdrowiciel, który może jest umierający.
„Malto mówi, że Berchar jest bardzo słaby, a S’gor bardzo się martwi — powiedziała Orlith łagodnym, sennym głosem. — Doszliśmy do wniosku, że ta kobieta nosi w sobie samca” — ciągnęła dalej Orlith.
„Jaka jesteś dla mnie dobra, moja ty złota, najukochańsza!” — Moreta zasłoniła sobie twarz rękami, żeby nikt w jaskini nie mógł dostrzec w jej oczach łez, wywołanych tą niespodziewaną, życzliwą zmianą tematu i jej nieustanną radością, że ze wszystkich dziewcząt, które stały na terenie Wylęgarni Istańskiej tamtego dnia, całe Obroty temu, Orlith na swojego jeźdźca wybrała tę, która się spóźniła.
— Moreto?
Spłoszona podniosła wzrok i zobaczyła Curmira, K’lona i F’neldrila, którzy stali przed jej stołem.
— To ja nalegałem, żeby przewieźć Lorda Tolocampa — rzekł stanowczo K’lon. Głowę trzymał wysoko podniesioną, oczy mu błyszczały. — Można by powiedzieć, że nie słyszałem rozkazu Przywódcy Weyru, kiedy zarządzał kwarantannę, ponieważ obydwaj z Rogethem spaliśmy w niższym weyrze. — K’lon bezczelnie puścił do Morety oko. Należał do starszych, urodzonych w Weyrze jeźdźców i nie był zachwycony, kiedy to Kadith Sh’galla dogonił w locie godowym Orlith, wynosząc na pozycję Przywódcy Weyru w miejsce L’mala znacznie młodszego spiżowego jeźdźca. Niezadowolenie K’lona ze zmiany na stanowisku przywódcy pogarszała jeszcze nieukrywana dezaprobata Sh’galla dla powiązań K’lona z zielonym jeźdźcem Igenu, A’murrym.
Moreta usiłowała przybrać oficjalny wyraz twarzy, ale po minie Curmira zorientowała się, że nie całkiem jej się to udało.
— Postąpiłeś zgodnie ze zwyczajem! — Moreta postanowiła okazać nieco tolerancji — Lord Warowni Fort musi być przewożony przez ten Weyr. Czy przewiozłeś też jego rodzinę?
— Nie, chociaż chciałem to uczynić. Rogeth nie miałby nic przeciwko temu, ale pani Pendra zdecydowała, że jej i jej córkom nie wolno wyłamać się z kwarantanny.
Moreta znowu zauważyła spojrzenie Curmira i zorientowała się, że podobnie jak wszyscy ludzie na zachodzie, tak i harfiarz doskonale wiedział, czemu to pani Pendra nie chciała wyłamywać się z kwarantanny. Morecie żal się zrobiło Alessana. Nie tylko wciąż miał na karku dziewczęta z Fortu, ale i wszystkie inne panny, które przybyły do Ruathy.
— Pani Pendra powiedziała, że odczeka te cztery dni.
— Cztery dni, cztery Obroty — prychnął F’neldril — nie zmieni to ich urody i nie poprawi widoków na powodzenie u Alessana.
— Czy widziałeś Mistrza Capiama, Klonie? Wyraz twarzy K’lona zmienił się.
— Nie, Moreto. Lord Tolocamp kazał, żebym go wysadził na frontowym dziedzińcu Warowni. Natychmiast Lord Campen, Mistrz Fortine i jeszcze kilku innych mężczyzn, których imion sobie nie przypominam, porwało go na jakieś spotkanie. Nie wpuszczono mnie do Wielkiej Sali żebym się nie zaraził, chociaż tłumaczyłem, że już chorowałem.
Zanim Moreta zdążyła się odezwać, smok jeźdźca wartownika głośno zatrąbił. To wreszcie Sh’gall wrócił ze swoim skrzydłem. Kiedy Moreta pośpiesznie wstała od stołu, zobaczyła kurz, który uniósł się przy lądowaniu smoków.
„Wszyscy są zdrowi — uspokoiła ją Orlith. — Kadith mówi, że Opad już się skończył, ale jest wściekły, że było tak niewiele drużyn naziemnych.”
— Nie było drużyn naziemnych — powiedziała Moreta ostrzegawczo do stojących obok niej mężczyzn.
Sh’gall wielkimi krokami przeszedł przez chmurę pyłu, którą smoki wzbiły skacząc do swoich weyrów. Jeźdźcy Sh’gallowego skrzydła posuwali się dyskretnie w pewnej odległości za swoim Przywódcą. Sh’gall ruszył prosto na Moretę, wyglądając tak groźnie, że K’lon, Curmir i F’neldril woleli usunąć się na bok.
— Crom nie wysłał żadnych drużyn naziemnych — krzyknął Sh’gall, ciskając na stół rękawice, hełm i gogle z taką siłą, że przejechały po blacie i ześliznęły się na podłogę. — Nabol skrzyknął zaledwie dwie po tym, jak im Leri zagroziła! Ani w Cromie, ani w Nabolu nie ma choroby. Leniwi głupi górale! Wykorzystali tę Capiamową zarazę jako wymówkę, żeby uniknąć swoich zobowiązań wobec mnie! Jeżeli ten Weyr jest w stanie latać, to oni też spokojnie mogą wykonywać, co do nich należy!