Выбрать главу

Już ja pogadam z Mistrzem Capiamem na temat tych nadawanych przez bębny wiadomości, które tylko sieją panikę wśród gospodarzy.

— Nadeszła jeszcze jedna wiadomość — odezwała się Moreta. — W Iście, Igenie i Telgarze są chorzy jeźdźcy. Weyrom może być ciężko wypełnić zobowiązania.

— Ten Weyr zawsze będzie wypełniał swoje zobowiązania, dopóki jestem jego Przywódcą! — Sh’gall spiorunował ją wzrokiem, jak gdyby mu się sprzeciwiała. — Potem odwrócił się na pięcie i stanął twarzą do tych, którzy siedzieli przy stołach w jaskini jadalnej. — Czy wszyscy wyraźnie zrozumieli to, co mówię? Weyr Fort wypełni swój obowiązek!

Nagle rozległ się dźwięk, który grozą przejmował każdego jeźdźca, szarpiący nerwy, wysoki, przenikliwy krzyk smoków, zawiadamiających o śmierci jednego z nich.

Ch’mon, spiżowy jeździec z Igenu, zmarł na gorączkę, a jego smok, Helith, natychmiast opuścił ziemię. Wieczorem jeszcze pięciu jeźdźców umarło w Telgarze.

Sh’gall rozkazał Curmirowi, żeby wysłał do Siedziby Uzdrowicieli pilną wiadomość z żądaniem informacji na temat stanu kontynentu, na temat działań mających utrzymać w karbach rozprzestrzenianie się choroby, i tego, jakie środki ją leczą. Jeszcze bardziej się zdenerwował, kiedy Fortine odpowiedział, że chorobę uznano już za pandemię, a chorych należało bezwarunkowo odizolować. Przy leczeniu proponowano stosować raczej środki przeciwgorączkowe niż napotne, rozsądne dawki tojadu na palpitacje, wierzbowy salicyl lub sok fellisowy na bóle głowy, żywokost, podbiał lub jakiś inny środek na kaszel. Sh’gall poprosił pilnie o odpowiedź od Mistrza Capiama, ale Siedziba Uzdrowicieli już się nie odezwała.

— Czy ktoś wie — pytał na cały głos Sh’gall, miotając się z wściekłością po drodze do Niższych Jaskiń — czy to jest właśnie to, na co chorował K’lon? Czym się leczył Berchar?

— Stosował to, co proponuje Mistrz Fortine. A K’lon wyzdrowiał — odparła Moreta.

— Ale Ch’mon umarł! — zawołał oskarżycielskim tonem.

— Ta choroba jest wśród nas, Sh’gallu — powiedziała Moreta, czerpiąc siłę z wewnętrznego źródła, któremu na imię było Orlith. — Nie możemy teraz ani powiedzieć, ani zrobić nic, co by mogło to zmienić. Nikt nas nie zmuszał do brania udziału w Zgromadzeniach. A większość z nas się dobrze bawiła.

— I widzisz, co się stało! — Sh’gall dygotał z wściekłości.

— Nie możemy odwrócić tego, co się stało, Sh’gallu. K’lon przeżył tę zarazę, podobnie jak my przeżyliśmy dzisiaj Nici i wszystkie Opady przez ostatnie czterdzieści trzy Obroty, tak jak przeżyliśmy inne klęski żywiołowe, które na nas spadały od Przeprawy. — Uśmiechnęła się ze znużeniem. — Musimy być bardzo twardzi, jeśli tak długo wyżyliśmy na tej planecie.

Ta wypowiedź Morety pokrzepiła na duchu mieszkańców Weyru i jeźdźców. Sh’gall spojrzał na nią z oburzeniem i sztywno wyszedł z Niższych Jaskiń.

Ta konfrontacja wstrząsnęła Moreta. Wyczerpała całe jej zasoby energii, nawet te, które czerpała z Orlith. Z trudem trzymała się na nogach. Dygocąc chwyciła za oparcie krzesła. Nie chodziło tylko o wściekłość Sh’galla, ale o tę świadomość, której nie dawało się od siebie odsunąć, że prawdopodobnie to ona będzie następną ofiarą zarazy w Weyrze. Zaczynała ją boleć głowa, a nie był to ten rodzaj bólu, jaki przychodzi po napięciu i po koncentracji na opatrywaniu smoczych ran.

„Nie jesteś zdrowa” — potwierdziła Orlith jej własną diagnozę.

„Prawdopodobnie nie byłam zdrowa od czasu, kiedy udałam się na ratunek temu biegusowi — odparła Moreta. — L’mal zawsze mówił, że biegusy doprowadzą mnie do zguby.”

„Wcale się nie zgubiłaś, tylko zachorowałaś — poprawiła ją Orlith z ponurym humorem. — Chodź teraz do weyru i odpocznij.” — Curmirze. — Moreta skinęła na harfiarza, żeby podszedł bliżej. — Biorąc pod uwagę chorobę Berchara, musimy poprosić o jeszcze jednego uzdrowiciela z Siedziby. O jakiegoś Mistrza Uzdrowiciela i co najmniej jednego pomocnika.

Curmir kiwnął głową, mierząc ją przeciągłym, badawczym spojrzeniem.

— Niech S’peren sporządzi jakiś temblak dla Dilentha. Nie możemy oczekiwać, że Tangrath będzie stał pod jego skrzydłem, aż mu się ono wygoi. Takie poświecenie może zepsuć stosunki miedzy partnerami w weyrze! — Moreta wstała ostrożnie, żeby nie poruszyć obolałą głową. Nigdy jeszcze nie przeżywała tak gwałtownego silnego bólu. Niemal nic nie widziała na oczy. — Chyba to już wszystko, co od ciebie chciałam. Miałam ciężki dzień i jestem zmęczona.

Curmir zaproponował, że jej pomoże, ale powstrzymała go gestem ręki i powoli wyszła z Niższej Jaskini.

Wieczór był niespodziewanie chłodny. Bez ciągłej zachęty Orlith Morecie nigdy nie udałoby się przejść przez Nieckę, która jakby zrobiła się szersza. Na schodach musiała się oprzeć kilka razy o ścianę.

— A wiec dopadło cię — powiedziała niespodzianie Leri. Starsza Władczyni Weyru siedziała na stopniach weyru Morety, opierając obie dłonie na łasce.

— Nie podchodź do mnie.

— Czyż mogłabym się podnieść z tej mojej grzędy? Teraz już widzę, dlaczego Orlith mnie wezwała. Idź do łóżka. — Leri machnęła laską. — Odmierzyłam już to lekarstwo, które masz zażyć zgodnie z poleceniem Fortine’a. Wierzbowy salicyl, tojad, pierzasta paproć. A do wina dolałam dawkę soku fellisowego z moich własnych zapasów. Jak ja się dla ciebie poświęcam! No, ruszaj! Nie dam rady cię unieść. Musisz dojść o własnych siłach. I dojdziesz. Zawsze sobie radzisz. A ja już wystarczająco dużo zrobiłam dziś dla tego Weyru!

Słowa Leri pobudziły Moretę do działania. Potykając się przeszła tych kilka ostatnich kroków i znalazła się w korytarzu prowadzącym do jej własnego weyru. Widziała, jak na końcu korytarza oczy Orlith połyskują bladożółtym odcieniem zatroskania. Zatrzymała się na moment, bo brakło jej tchu, a w głowie nieznośnie łomotało.

— Zakładam, że nikt w Niższych Jaskiniach nie podejrzewa, że zachorowałaś?

— Curmir. Ale zachowa to dla siebie.

— To dobrze. Ona da sobie radę, Orlith. — Leri niecierpliwie machnęła laską. — Nie, nie będziesz pomagała. Utkniesz w korytarzu przez to twoje ciężkie od jaj brzuszysko. No, ruszaj się, Moreto. Nie mam zamiaru stać na tych chłodnych schodach przez całą noc. Muszę odpocząć. Jutro będę miała bardzo pracowity dzień.

— Miałam nadzieję, że się zgłosisz na ochotnika.

— Jeszcze na tyle nie straciłam rozumu, żeby pozwolić Nesso, by się szarogęsiła. Idź! I zdrowiej — dodała łagodniejszym tonem, z trudem dźwigając się na nogi.

Orlith wyszła jednak na spotkanie Morecie i wyciągnęła głowę tak, by Moreta miała się czego uchwycić. Orlith zachęcająco mruczała, jej miłość i oddanie napływały wyczuwalnymi falami. A chwilę potem Moreta była już we własnej komnacie. Spojrzała na lekarstwa stojące na stole. Błogosławiła Leri, wiedząc ile wysiłku musiało starą Władczynię Weyru kosztować wejście na schody. Jednym haustem zażyła fellis i skrzywiła się, czując gorycz, której nie było w stanie ukryć nawet wino. Jak Leri mogła coś takiego popijać przez cały dzień? Nie rozbierając się, Moreta wsunęła się pod futra i ostrożnie położyła głowę na poduszce.

Rozdział IX

Siedziba Uzdrowicieli, Przejście bieżące, 3. 13. 43;
Spotkanie przy Granitowym Wzgórzu i Weyr Fort, 3. 14. 43;
Siedziba Uzdrowicieli, 3. 15. 43

Capiam nie mógł zasnąć, chociaż usiłował pogrążyć się znowu w szalone, gorączkowe majaki; łatwiej przychodziło mu pogodzić się z nimi, niż z cierpieniem, jakie niosła ze sobą pełna świadomość tego, co się dzieje. Coś wdzierało się w jego półprzytomny umysł i zmuszało go, żeby się obudził. Myśl o tym, że musi coś zrobić. Mrugał łzawiącymi, zaropiałymi oczami, aż udało mu się skupić wzrok na zegarze. Godzina dziewiąta. Czas zażyć lekarstwo.