Uzdrowiciel nie mógł nawet pochorować sobie w spokoju. Nie pozwalały mu na to jego zawodowe nawyki. Podparł się na łokciu, żeby dosięgnąć pergaminu, na którym notował przebieg choroby, ale w pół ruchu zatrzymał go atak kaszlu. Miał wrażenie, że jakieś drobniuteńkie ostrza wbijają mu się w gardło. Te napady kaszlu były niesłychanie męczące, gorsze niż ból głowy, gorączka i łamanie w kościach.
Ostrożnie, żeby nie wywołać następnego ataku kaszlu, przeciągnął pergamin na łóżko i zaczął szukać czegoś do pisania.
— Dopiero trzeci dzień? — Przez tę chorobę każda doba ciągnęła się w nieskończoność. Na szczęście trzy czwarte tego dnia już miał za sobą.
Zauważył, że temperatura mu opadła, a ból głowy zmienił się w tępe pulsowanie, które dało się już wytrzymać, ale niewiele go to pocieszyło. Przyłożył palce prawej dłoni do tętnicy lewego przegubu. Puls miał wciąż przyspieszony, chociaż już wolniejszy. Sporządził odpowiednią notatkę i dodał opis tego gwałtownego, suchego kaszlu bez odrobiny flegmy. Kaszel jakby tylko na to czekał, szarpnął nim znowu w następnym ataku, który niczym wąż tunelowy rozdzierał mu gardło i pierś. Musiał zwinąć się w kłębek i podciągnąć kolana pod brodę, żeby rozkurczyć ponapinane od kaszlu mięśnie. Kiedy atak minął, Capiam położył się na plecach, spocony i wyczerpany. Po chwili ocknął się i zażył dawkę salicylu wierzbowego.
Musi przepisać sobie jakieś lekarstwo na kaszel. Jaki środek zadziała najskuteczniej? Dotknął obolałego gardła. Ciekawe, jak wygląda śluzówka w jego gardle?
— Cóż to za straszne uczucie — powiedział ochrypłym głosem. Przysiągł, że na przyszłość będzie miał więcej współczucia dla chorych.
Wieża znowu zaczęła drgać od łomotu bębnów. Ta wiadomość zaszokowała Capiama. Przekazywano kondolencje dla Lorda Tolocampa — skąd wziął się on w Warowni Fort, skoro miał zostać w Ruacie? — i dla Przywódców Weyru Telgar i Weyru Igen z powodu śmierci… Capiam wił się i skręcał w ataku kaszlu, po którym opadł na łóżko osłabły i zadyszany. Nie dosłyszał imion zmarłych jeźdźców! A Pern nie może pozwolić sobie na utratę ani jednego ze smoczych jeźdźców.
Czemu nie wezwano go wcześniej? Przecież kiedy w Warowni Morskiej zachorowało naraz aż dziewięć osób, choćby przez grzeczność należało powiadomić główną Siedzibę Uzdrowicieli. Czy on sam doceniłby jednak znaczenie tego faktu?
— Capiamie? — Pytanie Desdry było tak ciche, że gdyby spał, nie obudziłoby go.
— Nie śpię, Desdro. — Jego głos przypominał ochrypłe krakanie.
— Słyszałeś bębny?
— Część wiadomości…
— Sądząc po twoim głosie, nie dosłyszałeś tego, co najważniejsze.
— Nie podchodź bliżej. Ilu jeźdźców nie żyje?
— Straty wynoszą piętnastu w Igenie, dwóch w Iście i ośmiu w Telgarze.
— Ilu w takim razie zachorowało? — Głos mu się załamał.
— Mamy doniesienia, że część z nich wyzdrowiała — powiedziała Desdra weselszym tonem. — Dziewiętnastu w Telgarze, czternastu w Igenie, pięciu w Iście, dwóch w Forcie.
— A w cechach i warowniach? — Z przerażeniem czekał, że poda mu liczbę chorych i zmarłych.
— Fortine zarządza teraz wszystkim, a Boranda i Tirone pomagają mu. — Po jej głosie Capiam zorientował się, że niczego więcej się nie dowie.
— Dlaczego jesteś w moim pokoju? — zapytał gniewnie. Wiesz, że…
— Wiem, że zacząłeś kaszleć i przygotowałam ci trochę łagodzącego syropu.
— Skąd wiesz, co sam bym sobie przepisał?
— Ten, który sam siebie leczy, ma również pacjenta za głupca. Capiam chciał się roześmiać, ale śmiech od razu zmienił się w bolesny, przeciągły kaszel, a nim kaszel minął, po jego policzkach toczyły się łzy.
— To syrop z żywokostu i słodzika z dodatkiem szczypty kojącego ziela, żeby znieczulić tkanki gardła. Powinien uśmierzyć ten kaszel. — Postawiła parujący kubek na stole i natychmiast cofnęła się do drzwi.
— Dzielna i litościwa kobieta z ciebie, Desdro — powiedział Capiam, nie zwracając uwagi na jej sarkastyczne parsknięcie.
— Jestem również ostrożna. Jeżeli to możliwe, wolałabym uniknąć tych męczarni, które przypadły ci w udziale.
— Czy jestem takim trudnym pacjentem? — zapytał żałośnie Capiam. Tak bardzo chciał, żeby go ktoś pocieszył i przyniósł mu ukojenie, a nie tylko kubek syropu o dziwnym smaku.
— Jak się nie da czemuś zaradzić, trzeba to znieść — odparła Desdra.
— Z tych nieżyczliwych słów wynika, że w kronikach nie udało wam się znaleźć ani wyjaśnienia, ani lekarstwa.
— Mistrz Tirone i wszyscy jego uczniowie, a także czeladnicy i ich mistrzowie, włączyli się do poszukiwań. Przeszukują kroniki za ostatnie dwieście Obrotów.
Jęk Capiama szybko przerodził się w paroksyzm kaszlu, po którym chciwie chwytał powietrze. Bolały go naraz wszystkie kości. Posłyszał, jak Desdra grzebie w jego buteleczkach i fiolkach.
— Widziałam tu gdzieś aromatyczną maść. Gdyby ci nią natrzeć pierś, może by to pomogło, bo większość syropu rozlałeś.
— Sam się nią natrę, kobieto!
— Nie ma co do tego wątpliwości. Jest tutaj. No tak, to powinno ci przetkać nos.
— Nie ma potrzeby. — Capiam z daleka czuł zapach maści. Dziwne, jak wyostrzał się w tej chorobie zmysł węchu. Wyczerpany ostatnim atakiem kaszlu leżał spokojnie.
— Czy wciąż jeszcze czujesz się taki znużony?
— Znużony? — Capiam usiłował się nie roześmiać, ale to słowo absolutnie nie pasowało do całkowitego bezwładu, który ogarnął jego zwykle energiczne ciało. — To jest krańcowe znużenie! Całkowita apatia! Kompletna niemoc! Nie potrafię nawet napić się syropu, żeby połowy nie rozlać. Nigdy w życiu nie byłem jeszcze taki zmęczony…
— W takim razie choroba jest już solidnie zaawansowana.
— Ależ mnie pocieszyłaś! — Wystarczyło mu energii tylko na ten sarkazm.
— Jeżeli — droczyła się z nim, kładąc nacisk na to słowo — to, co pisałeś, jest słuszne, to jutro powinieneś poczuć się lepiej. O ile uda nam się utrzymać cię w łóżku i zapobiec wtórnym infekcjom.
— Co za ulga.
— Tak powinno być.
Capiamowi zaczynało znowu szumieć w głowie od salicylu wierzbowego. Miał właśnie pochwalić Desdrę za skuteczność jej mikstury, kiedy nagle załaskotało go w gardle i zgiął się wpół w ataku kaszlu.
— No, to nie przeszkadzam ci już w twoich zajęciach — powiedziała promiennie Desdra.
Machnął ręką, żeby już wyszła z pokoju, a potem przyłożył obydwie ręce do gardła, pragnąc w ten sposób ukoić ból.
Miał nadzieję, że Desdra była ostrożna. Nie chciał, żeby zachorowała. Czemu marynarze nie zostawili tego zwierzaka, żeby się utopił? Popatrzcie tylko, do czego człowieka doprowadza ciekawość!
W głębi równin Keroonu, daleko od wszelkich warowni, wznosiło się strome, samotne, granitowe wzgórze, wypchnięte na powierzchnię przez jakieś pradawne trzęsienie ziemi. Ten punkt orientacyjny wykorzystywano przy treningowych lotach weyrzątek. A teraz stało ono się miejscem bezprecedensowego spotkania Przywódców Weyrów.