Выбрать главу

Wielkie spiżowe smoki przybyły na miejsce niemal jednocześnie i, wykorzystując swoje niesamowite wyczucie odległości, wynurzały się z przestworzy, lecąc skrzydło w skrzydło. Usadowiły się na ziemi w olbrzymim kole, po południowej stronie Granitowego Wzgórza. Spiżowi jeźdźcy zsiedli i utworzyli nieco mniejszy krąg, przy czym każdy z nich przezornie trzymał się z daleka od swoich sąsiadów, dopóki K’dren z Bendenu, którego w żadnych okolicznościach nie opuszczało poczucie humoru, nie zaczął chichotać.

Żaden z nas nie przyleciałby tutaj, gdyby miał jakieś oznaki tej choroby — powiedział skinąwszy głową S’perenowi, który zastępował Sh’galla.

Zbyt wielu z nas na nią zapadło — odparł L’bol z Igenu. Oczy miał czerwone od płaczu.

M’tani z Telgaru spojrzał spode łba i zacisnął pieści.

— Wspólnie przeżywaliśmy każdą waszą stratę — powiedział S’ligar z Dalekich Rubieży, z pełną powagi kurtuazją pochylając głowę najpierw przed L’bolem, M’tanim i F’galem z Isty. Pozostali dwaj spiżowi jeźdźcy półgłosem złożyli im kondolencje. — Zebraliśmy się tutaj, żeby w tej krytycznej sytuacji podjąć decyzje, których ze względów dyskrecji nie należy powierzać bębnom, a których nasze królowe nie są w stanie przekazać — ciągnął dalej S’ligar. Jako najstarszy z Przywódców Weyrów podjął się prowadzić to spotkanie. Był również z nich wszystkich najpotężniej zbudowany, przerastał pozostałych spiżowych jeźdźców przynajmniej o głowę, a jego szerokiej piersi i barów starczyłoby dla dwóch normalnego rozmiaru ludzi. Był też zadziwiająco łagodny, nigdy nie wykorzystywał swojej potężnej postury. — Jak zwróciły nam uwagę nasze Władczynie, nie możemy ujawniać, jakie straty poniosły Weyry w zmarłych i chorych. Już i tak w Warowniach zapanował zbyt wielki niepokój. Oni cierpią dużo bardziej, niż my.

— To żadna pociecha! — warknął F’gal. — Tyle razy ostrzegałem Lorda Fitatrica, że ten nadmierny tłok w warowniach i chatach będzie miał opłakane skutki.

— Nikt z nas nie miał tego na myśli — powiedział K’dren — ale też nikt z nas nie musiał lecieć i oglądać tego osobliwego zwierzaka. Ani brać udziału w dwóch Zgromadzeniach jednego dnia…

— Wystarczy, K’drenie — powiedział S’ligar. — Przyczyna i skutek są teraz bez znaczenia. Przylecieliśmy tutaj, żeby omówić metody, które pozwolą jeźdźcom smoków z Pernu wypełnić swoją misję.

— Naszą misją jest wymieranie, S’ligarze! — krzyknął L’bol. — Po co wyprawiać się na Nici, jeżeli mamy chronić puste warownie? Po co narażać własną skórę i nasze smoki, skoro nie ma tam nikogo do uratowania? Nie potrafimy nawet obronić się przed tą zarazą! — Smok L’bola zaczął mruczeć i wyciągnął głowę w kierunku swego zrozpaczonego jeźdźca. Pozostałe smoki niespokojnie poruszyły się na ciepłym piasku. L’bol potarł twarz. Tam, gdzie łzy zmoczyły mu policzki, pozostały białe ślady.

— Będziemy wyprawiać się na Nici, bo tylko to możemy zrobić dla chorych w Warowniach. Nie można dopuścić, żeby bali się zagrożenia Nićmi z zewnątrz! — mówił S’ligar głębokim, łagodnym głosem. — Zbyt długo pracowaliśmy wspólnie, żeby teraz oddać Pern Niciom na zniszczenie z powodu zagrożenia, którego nie możemy zobaczyć. Nie wierzę również, żeby ta choroba, jeżeli nawet szerzy się tak gwałtownie, mogła pokonać nas, którzy przez czterysta Obrotów broniliśmy się skutecznie przed Nićmi. Chorobę można uleczyć, można ją pokonać. A któregoś dnia wyprawimy się na Nici u ich źródła i pokonamy je.

— K’lon, jeździec Rogetha, wyzdrowiał po tej zarazie — oznajmił S’peren w ciszy, która nastąpiła po wypowiedzi S’ligara. Mistrz Capiam też czuje się już lepiej…

— Ilu jest takich? Zaledwie dwóch? — powiedział L’bol. — U mnie w Igenie piętnastu nie żyje, a stu czterdziestu zachorowało. Niektóre warownie na środkowym-wschodzie nie odpowiadają już, kiedy wybębnia się ich kod wywoławczy. A co z warowniami, które nie mają bębnów, żeby powiadomić, czego im trzeba i podać liczbę umarłych?

— Capiam czuje się lepiej? — S’ligar uchwycił się tej nadziei. Nie mam żadnych wątpliwości, że tak utalentowany człowiek rozprawi się z tą zarazą. A wyzdrowieć musiało więcej, niż tych dwóch. Stajnie Keroonu wciąż jeszcze bębnią, a ich najbardziej przetrzebiła zaraza. To prawda, że i w Weyrze Dalekich Rubieży, i w Weyrze Fort panuje ta choroba, ale nie ma jej w ogóle w warowniach Tilleku, Dalekich Rubieży, Nabolu i Cromu. Mamy przed sobą już tylko siedem Obrotów do końca tego Przejścia. Przez cale życie czułem zagrożenie Nićmi. — Nagle wyprostował się z surową twarzą. — Nie po to walczyłem z Nićmi, żebym miał się teraz poddać jakiejś gorączce.

— Ja też nie — dodał szybko K’dren i przysunął się o krok do jeźdźca z Dalekich Rubieży. — Wiecie, złożyłem Kuzuthowi przysięgę — tu parsknął śmiechem — że dotrwamy do końca tego Przejścia. Jutro w Keroonie jest Opad, a odpowiedzialność za ten Opad spada na wszystkie Weyry Pernu. Z Bendenu może wylecieć pełnych dwanaście skrzydeł.

— A z Igenu osiem! — U’bol zapomniał o swym smutku i ostrym wzrokiem spiorunował K’drena. Timenth, jego smok, zatrąbił wyzywająco, podniósł się na zadzie i rozpostarł skrzydła. Pozostałe spiżowe smoki również zareagowały krzykiem. Dwa z nich rozpostarły skrzydła i spojrzały niespokojnie w niebo. — Igen wzniesie się do lotu na Opad!

— Oczywiście, że twój Weyr wzniesie się do lotu — powiedział uspokajająco S’ligar, podnosząc dłoń w geście pociechy — ale nasze królowe wiedzą, jak wielu igeńskich jeźdźców choruje. Opad stał się problemem wszystkich Weyrów, tak jak powiedział K’dren. I wszyscy uzupełnimy przerzedzone szeregi zdrowymi jeźdźcami. Dopóki nie minie ta epidemia, Weyry muszą się połączyć. Tym bardziej że w wielu miejscach pozbawieni będziemy załóg naziemnych, które z bliska mogłyby walczyć z Nićmi.

S’ligar wyjął ze swojego worka zwój pergaminów. Rozdał po jednym wszystkim spiżowym jeźdźcom, zwracając baczną uwagę, żeby żadnego z nich nie dotknąć.

— Spisałem tu imiona moich przywódców skrzydeł i ich zastępców, ponieważ królowe mają kłopoty z nazywaniem ludzi po imieniu. Przy wpisywaniu jeźdźców na listę kierowałem się tym, do jakiego stopnia zdolni będą kierować skrzydłem lub całym Weyrem. Na mojego osobistego zastępcę wybrałem B’leriona. — Na twarzy jeźdźca z Dalekich Rubieży ukazał się nieczęsto widywany uśmiech. — Przy całkowitym poparciu Falgi.

K’dren ryknął śmiechem.

— Czy to ona go zaproponowała?

S’ligar spojrzał na K’drena z łagodnym wyrzutem. — Mądry Przywódca z góry przewiduje, jakie będą decyzje Władczyni jego Weyru.

— Dość tego! — zawołał M’tani rozdrażniony. Spoglądał ze złością spod ciężkich, czarnych brwi. Dorzucił swoje listy do list S’ligara. — T’grel zawsze marzył o stanowisku Przywódcy. Przypomniał mi, że nie był na żadnym z tych Zgromadzeń, wiec nagrodzę jego cnotę.

— Masz szczęście — powiedział K’dren bez cienia wesołości w głosie i dodał swoje listy. — L’vin, W’ter i H’grave brali udział w obydwu Zgromadzeniach. Polecam wam M’genta. Jest dosyć młody, ale potrafi kierować ludźmi, co nieczęsto się zdarza. Nie był na Zgromadzeniach.

Flag rozwinął swoje pergaminy. Wydawało się, że pozbywa się ich z niechęcią.

— Wszystko tu jest — powiedział ze znużeniem i rzucił je na piasek.

— Leri zaproponowała mnie — powiedział S’peren, wzruszając ramionami z lekceważeniem dla własnej osoby — chociaż jest całkiem możliwe, że jak Sh’gall wyzdrowieje, to wprowadzi jakieś zmiany. Miał zbyt wysoką gorączkę, żeby mu mówić o tym zebraniu, więc to Leri sporządziła listy.