— Leri wie, co robi — skinął głową K’dren. Przykucnął, żeby podnieść pięć kawałków pergaminu, wyrównał je u góry i zwinął. — Będę rad, jeżeli obrosną kurzem w moim weyrze. Wepchnął rolkę do mieszka. — Pociesza mnie jednak to, że coś zaplanowaliśmy, rozważyliśmy różne ewentualności.
— Oszczędzi nam to niepotrzebnych zmartwień — zgodził się S’ligar, pochylił się i dłonią o długich palcach zgarnął płachty pergaminu. — Radziłbym też, żeby na zastępstwo wysyłać całe skrzydła, a nie pojedyncze osoby. Jeźdźcy przyzwyczajają się do swoich przywódców i do ich zastępców.
Ta rada została dobrze przyjęta przez pozostałych.
— Pełne skrzydła czy zastępcy, to nie największe zmartwienie. — L’bol spode łba przyglądał się listom, układając je w dłoni. — Problemem jest brak naziemnych drużyn.
— Tu się nie ma o co martwić — odparł K’dren. — Przecież królowe już zdecydowały miedzy sobą, że przejmą tę robotę. Wszyscy zostaliśmy poinformowani, że każda królowa, która jest zdolna latać, będzie brała udział w każdym Opadzie.
M’tani rzucił spode łba kwaśne spojrzenie, L’bol i F’gal nie wydawali się uszczęśliwieni, a S’ligar bez przekonania wzruszył ramionami.
— Królowe i tak zrobią, co będą chciały, ale one dotrzymują przyrzeczeń.
— Kto zaproponował, żeby jako drużyny naziemne wykorzystać weyrzątka? — zapytał M’tani.
— Może będziemy się musieli uciec do tego — powiedział S’ligar.
— Weyrzątka nie mają dość rozumu… — zaczął M’tani. — To zależy od Mistrza Weyrzątek. — stwierdził K’dren.
— Królowe mają zamiar — wtrącił S’ligar, zanim M’tani zdążył się obrazić na uwagę K’drena — trzymać weyrzątka pod kontrolą. Co innego możemy zrobić pod nieobecność naziemnych drużyn?
— No cóż, nie słyszałem jeszcze o weyrzątku, które nie posłuchałoby królowej — przyznał F’gal.
— S’perenie, czy teraz, kiedy Moreta jest chora, Weyrem kieruje Kamiana?
— Nie, Leri — odparł S’peren z niepewną miną. — Przecież robiła to już przedtem.
Zaskoczeni Przywódcy Weyrów zaczęli półgłosem wyrażać swoją dezaprobatę.
— Jeżeli którejś z waszych Władczyń uda się jej to wyperswadować, wszyscy odczujemy dużą ulgę. — S’peren nie ukrywał swojego strapienia. — Zrobiła już dla Weyrów i dla Pernu więcej, niż było jej obowiązkiem. Z drugiej strony, umie kierować ludźmi. Weyr ufa jej, kiedy Moreta i Sh’gall są chorzy.
— Jak się czuje Moreta? — zapytał S’ligar.
— Leri mówi, że Orlith nie wydaje się zmartwiona. Wkrótce będzie składać jaja. Może to i dobrze, że Moreta jest chora, bo inaczej latałyby po całym Pernie. Sami wiecie, jak Morecie zależy na biegusach.
M’tani parsknął z odrazą.
— To nie jest odpowiednia pora, żeby narażać ciężarną królową — powiedział. — Ta choroba atakuje znienacka i zabija tak prędko, że smoki nie zdają sobie sprawy, co się dzieje. A potem znikają z naszego świata. — Zabrakło mu tchu, zacisnął zęby i zaczął przełykać ślinę, żeby powstrzymać łzy. Inni jeźdźcy udawali, że nie widzą jego rozpaczy.
— Kiedy Orlith już złoży jaja, nie będzie nigdzie latała, zanim się wyklują — powiedział S’ligar łagodnie. — S’perenie, czy macie już kandydatów w Weyr Forcie? S’peren pokręcił głową.
— Mieliśmy to dopiero zrobić i wydawało nam się, że mamy masę czasu.
— Uważajcie zanim kogoś przywieziecie do swojego Weyru — doradził z goryczą L’bol.
— Jeżeli zajdzie taka potrzeba, to w Dalekich Rubieżach mamy kilku zdrowych młodzików. Jestem pewien, że i z innych Weyrów da się ich zebrać tylu, ilu będzie trzeba. Powiadomisz Leri?
— Weyr Fort wyraża wdzięczność.
— Czy to wszystko? — zapytał L’bol, odwracając się do swojego smoka.
— Nie całkiem. Jest jeszcze jedna sprawa, skoro już zebraliśmy się tutaj. — S’ligar podciągnął pas. — Wiem, że niektórzy z nas myśleli o tym, żeby udać się na Południowy Kontynent, kiedy skończy się to Przejście…
— Po tym wszystkim? — L’bol wytrzeszczył na S’ligara oczy z niedowierzaniem.
— O to mi właśnie chodzi. Pomimo instrukcji, które nam pozostawiono, nie możemy narażać się na inne jeszcze choroby zakaźne. Południowy Kontynent trzeba pozostawić w spokoju! S’ligar machnął olbrzymią dłonią, jakby ucinał rozmowę. Popatrzył na Przywódcę Weyru Benden, czekając na jego komentarz.
— Rozsądny zakaz — powiedział K’dren. M’tani odwrócił się do S’perena.
— Oczywiście nie mogę mówić za Sh’galla, ale nie potrafię sobie wyobrazić, czemu Weyr Fort miałby się nie zgodzić.
Ten kontynent będzie obłożony interdyktem przez mój Weyr, zapewniam was — powiedział F’gal głośno, z naciskiem.
— A więc królowe będą nas zawiadamiały, ile skrzydeł każdy z Weyrów ma dostarczyć na Opad, aż minie ta krytyczna sytuacja. Znamy już wszystkie szczegóły, potrzebne nam do dalszej pracy. S’ligar potrząsnął swoim zwitkiem, a potem wepchnął go sobie pod tunikę. — Bardzo dobrze, przyjaciele. Pomyślnych lotów! Niech wasze Weyry… — Zawahał się, gdyż słowa, których chciał użyć, były niezbyt stosowne na tę chwilę.
— Weyry będą kwitły, S’ligarze — powiedział K’dren, uśmiechając się. — Zawsze kwitły!
Spiżowi jeźdźcy odwrócili się do swoich smoków i wsiedli na nie z łatwością i gracją świadczącą o długiej wprawie. Niemal jednocześnie smoki skręciły na lewo i na prawo od czerwonego, samotnego wzgórza i wzbiły się zwinnie w powietrze. I znowu, jak gdyby już wielokrotnie ćwiczono ten jedyny w swoim rodzaju manewr, po trzecim zamachu sześciu par wielkich skrzydeł smoki zniknęły w przestworzach.
Mniej więcej w tym czasie, kiedy spiżowi jeźdźcy spotkali się przy Granitowym Wzgórzu, Capiam nauczył się kaszleć właśnie wówczas, kiedy wieża bębnów przekazywała wiadomości. Udawało mu się wtedy zagłuszyć bardziej przykre szczegóły. Kiedy jednak huk bębnów na wieży ustawał, nadal dudniło mu w głowie i nie mógł zasnąć, choć tak bardzo tego pragnął. Co prawda sen nie przynosił mu ani odrobiny wytchnienia. Czuł się jeszcze bardziej zmęczony, kiedy budził się z krótkiej drzemki, na jaką pozwalały mu bębny. A te koszmarne sny! Bezustannie nękała go płowa bestia o cętkowanym futrze, z pędzelkami na uszach, która przyniosła te osobliwe zarazki na bezbronny kontynent. To była czysta ironia losu, że prawdopodobnie Starożytni sami stworzyli coś, co groziło eksterminacją ich potomkom.
Gdyby ci marynarze zostawili to zwierzę, żeby zdechło na pniu unoszącym się we Wschodnim Prądzie. Gdyby było zdechło na statku, gdyby padło z pragnienia i z wyczerpania — Capiam miał wrażenie, że jemu samemu grozi to w każdej chwili — zanim zaraziło kogoś oprócz marynarzy. Gdyby tylko ci okoliczni gospodarze nie byli tacy ciekawi, tacy spragnieni rozrywek podczas zimowej nudy. Gdyby! Gdyby! Gdyby pragnienia były smokami, to cały Pern by latał!
A gdyby Capiam miał choć trochę energii, to wynalazłby jakąś miksturę, która przyniosłaby chorym ulgę, a może nawet powstrzymywałaby chorobę. Przecież Starożytni stykali się chyba z problemem epidemii. W najstarszych kronikach długo rozwodzono się nad tym, że na Pernie zlikwidowano całkowicie dolegliwości, które prześladowały ludzkość przed Przeprawą.
Z tego, co jak utrzymywał Capiam, wynikało, że były dwie Przeprawy, a nie jedna, jak wielu ludzi — łącznie z Tironem sądziło. W czasie tej pierwszej Przeprawy Starożytni przywieźli ze sobą wiele zwierząt, jednokopytne, od których pochodzą biegusy i przeżuwacze, które stały się przodkami bydła; pustorożce, z których wyhodowano owce; psy; i różne mniejsze odmiany tego przeklętego, do kota podobnego nosiciela zarazy. Te stworzenia zostały przewiezione w postaci jaj (przynajmniej tak ujmowały to kroniki) z planety, z której pochodzili Starożytni, która nie była planetą Pern. Na Pern, a nie na Południowy Kontynent. A ta druga Przeprawa to były przenosiny z południa na północ. Prawdopodobnie, jak stwierdzał z goryczą Capiam, chcieli uciec przed tymi kotami, tymi nosicielami zarazy, które poukrywały się w mrocznych jaskiniach i pielęgnowały tę okrutną chorobę, dopóki nierozważni ludzie nie zdejmą któregoś z nich z pnia drzewa, w pobliżu morza. Czy ci Starożytni nie mogliby na chwilę przestać przechwalać się swoimi osiągnięciami i poinformować, jak wyplenili zarazę i pandemię? Bez tego ich sukces tracił na znaczeniu.