Capiam słabą dłonią dotknął pościeli. Śmierdziała. Trzeba by ją wywietrzyć. On sam również śmierdział, ale nie śmiał wyjść z tego pokoju. Jak nie można czemuś zaradzić, trzeba nauczyć się to znosić — przypomniał sobie ironiczne słowa Desdry.
Był uzdrowicielem: najpierw uzdrowi siebie i w ten sposób dowiedzie innym, że można wyzdrowieć po tej nieszczęsnej chorobie. Musi tylko wytężyć swój wyszkolony umysł i niemałą siłę woli. Jak na zawołanie szarpnął nim atak kaszlu. Kiedy już doszedł do siebie, sięgnął po syrop, który Desdra zostawiła na stoliku nocnym. Bardzo chciał, żeby do niego zajrzała.
Fortine odwiedzał Capiama, trzy razy i rozmawiał z nim stojąc przy drzwiach. Pojawiał się też Tirone, na bardzo krótko, chyba po to, żeby upewnić się i donieść wszystkim, że Capiam jeszcze nie odszedł z tego świata.
Zaraza nie dotknęła samej Warowni Fort, chociaż uzdrowiciele — mistrzowie, czeladnicy, uczniowie — jeździli tam, gdzie grasowała. Chorowali na nią ludzie w czterech nadmorskich warowniach Fortu i w dwóch przybrzeżnych gospodarstwach.
Syrop uśmierzył ostry ból gardła, Capiam czuł już nawet jego smak. Głównym składnikiem był tymianek. Pochwalał ten wybór. Jeżeli jego choroba będzie miała podobny przebieg jak u innych kaszel wkrótce powinien się skończyć. Ponieważ leżąc w łóżku skrupulatnie przestrzegał kwarantanny, nie zapadnie przypuszczalnie na żadną wtórną infekcję — wydawało się, że najbardziej ochoczo osłabionego pacjenta atakują choroby płuc i oskrzeli — i powinien zacząć powracać do zdrowia.
K’lon, błękitny jeździec z Weyr Fortu, wyzdrowiał całkowicie. Capiam miał nadzieję, że rzeczywiście była to ta choroba, a nie jakieś ciężkie przeziębienie. Fakt, że K’lon miał bliskiego przyjaciela w opanowanym przez zarazę Igenie i że uzdrowiciel Weyr Fortu, Berchar, i jego zielony partner byli poważnie chorzy, wydawał się świadczyć o słuszności jego rozumowania. Capiam usiłował nie dopuszczać do siebie bolesnej myśli, że smoczy jeźdźcy umierali równie łatwo jak gospodarze. Jeźdźcy smoków nie mogli umierać. Przejście miało jeszcze trwać przez osiem Obrotów. Na Pernie choroby można było zwalczać setkami proszków, korzonków, rodzajów kory i ziół, ale liczba smoków i ich jeźdźców była ograniczona.
Naprawdę Desdra powinna wreszcie pojawić się i przynieść trochę tej swojej pokrzepiającej zupy. Tak lubiła zmuszać go do jedzenia! A on pragnął jej obecności, a nie zupy. Zaczynał się już nudzić podczas długich godzin samotności, kiedy nie miał nic do roboty, a za to nachodziły go niemiłe myśli. Wiedział, że powinien być wdzięczny, iż ma cały pokój dla siebie, jako że w ten sposób prawdopodobieństwo wtórnej infekcji zostało zredukowane do minimum, ale ucieszyłoby go każde towarzystwo. A potem pomyślał o zatłoczonych salach i nie miał już żadnych wątpliwości, że jakieś biedaczysko stamtąd z ogromną radością zamieniłoby się z nim. Capiamowi nie sprawiała przyjemności świadomość, że jego często wygłaszane do Lordów Warowni tyrady na temat bezmyślnego płodzenia potomstwa okazały się tak przerażająco trafne. Jednakże smoczy jeźdźcy nie powinni umierać na tę zarazę. Każdy z nich miał swoją kwaterę, byli mocni, odporni na wiele dolegliwości, które dotykały ludzi żyjących w gorszych warunkach, dostarczano im w daninach wszystkiego co najlepsze. Igen, Keroon, Ista, miały bezpośredni kontakt z tamtym kotem. A jeźdźcy z Fortu Dalekich Rubieży i Bendenu uczestniczyli w Zgromadzeniach. Niemal każdy jeździec miał okazję zarazić się.
Capiama dręczyły wyrzuty sumienia, iż zażądał, żeby Sh’gall przewiózł go z Południowego Bollu do Warowni Fortu. Z drugiej jednak strony Sh’gall zawiózł Lorda Ratoshigana na Istańskie Zgromadzenie, żeby mógł on zobaczyć to wystawione na pokaz unikalne stworzenie, na dobrych kilka godzin przedtem, zanim Capiam i ten młody uzdrowiciel zwierząt, Talpan, odbyli naradę. Dopiero kiedy Capiam znalazł się w południowym Bollu i zobaczył chorych trenerów Ratoshigana, zdał sobie sprawę, jak szybko rozwija się ta choroba i jak zdradziecko się rozprzestrzenia. Z konieczności wykorzystał najszybszy sposób powrotu do swojej Siedziby, to znaczy lot na grzbiecie smoka z Przywódcą Weyr Fortu. Sh’gall zachorował, ale nic mu się nie stanie, gdyż jest młody i zdrowy. Podobnie rzecz się miała z Ratoshiganem, ale Capiamowi w jakiś osobliwy sposób wydawało się to sprawiedliwe. Istniała taka nieskończona różnorodność osobowości ludzkich, że nie można było lubić wszystkich. Capiam nie lubił Ratoshigana, ale nie powinien się cieszyć, ze człowiek ten cierpi razem z najnędzniejszymi ze swoich trenerów.
Capiam poprzysiągł ponownie, że kiedy wyzdrowieje, będzie okazywał chorym dużo więcej tolerancji. „Kiedy”, nie „jeżeli” „Jeżeli” oznaczało poddanie się. Jak te tysiące pacjentów, których pielęgnował przez całe Obroty jako uzdrowiciel, było w stanie znieść długie godziny bezlitosnych przemyśleń i introspekcji? Capiam westchnął, w kącikach jego oczy pokazały się łzy: następna oznaka potwornego osłabienia. Kiedy — tak, „kiedy” — będzie miał dość sił, żeby podjąć konstruktywne badania?
Musi istnieć jakaś odpowiedź, jakieś rozwiązanie, lekarstwo, terapia, remedium! Gdzieś coś takiego istnieje. Jeżeli ci Starożytni byli w stanie przemierzać niewyobrażalne odległości, rozmnażać zwierzęta, tworzyć smoki z szablonów wzorowanych na legendarnych jaszczurach ognistych, to przecież chyba potrafili pokonać bakterię czy wirusa, które groziły im i ich zwierzętom. To tylko kwestia czasu, kiedy odkryją tę tajemnicę. Fortine przeszukiwał stosy kronik, złożone w Jaskiniach Bibliotecznych. Kiedy musiał rozesłać czeladników i uczniów uzdrowicieli, żeby wspomogli przepracowanych rzemieślników na obszarach najbardziej dotkniętych zarazą, Tirone wspaniałomyślnie oddał do dyspozycji Fortine’a ludzi swego cechu. Jeżeli jednak któryś z tych niewyszkolonych czytelników pominie istotną wzmiankę, nie pojmując jej znaczenia… Chyba coś tak groźnego, jak epidemia, zasługiwało jednak na dłuższy opis.
Kiedy ta Desdra przyjdzie wreszcie ze swoją zupą i przerwie monotonię tej jego niemiłosiernej samokrytyki?
— Przestań się zamartwiać — powiedział sam sobie, a głos mu tak ochryple zaskrzeczał, że aż się przestraszył. — Jesteś rozdrażniony. Jednak żyjesz. Jak się nie da czegoś usunąć, trzeba się z tym pogodzić… Nie, trzeba to zgnieść, zniszczyć.
Po policzkach zaczęły mu spływać łzy niemocy, kapiąc do taktu bicia w bęben. Capiam chciał sobie zatkać uszy, żeby nie słyszeć tych wieści. Bez wątpienia będą złe. Czyż mogą być inne, dokąd nie odkryją specyfiki leczenia i środków na powstrzymanie zarazy?
Wiadomość wysłały Stajnie Keroonu. Potrzebowali lekarstw. Uzdrowiciel Gorby donosił o zmniejszających się zapasach ogórecznika i tojadu, potrzebował dużych ilości tymianku i macierzanki do leczenia infekcji płucnych i oskrzelowych, oraz wiecznie zielonego dębu na zapalenie płuc.