Выбрать главу

— Martwi się o Orlith i jej jaja? — Leri sponad list rzuciła przenikliwe spojrzenie na spiżowego jeźdźca.

S’peren skinął głową.

— S’ligar zaproponował, że da kandydatów, gdyby…

— Nie spodziewałam się niczego innego. — Leri odezwała się cierpko, ale widząc jaką minę ma S’peren, złagodniała. — To miło z jego strony, że z tym wystąpił. Zwłaszcza że Orlith jest w tej chwili jedyną niosącą się królową. — Na twarzy Leri pojawił się złośliwy uśmieszek.

S’peren pokiwał głową. To rzucało inne światło na troskę S’ligara o Moretę i Orlith.

— Nie martw się, S’perenie. Moreta czuje się dobrze. Orlith jest z nią nieustannie, a potrafi bardzo podtrzymywać na duchu.

— Myślałem, że zachowuje się tak tylko w stosunku do rannych smoków.

— I że nie pocieszyłaby swojej własnej partnerki? Oczywiście, że Orlith pomaga Morecie. Inne Weyry mogłyby się wiele nauczyć od naszej smoczej królowej — seniorki. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby miały nastąpić jakieś przełomowe zmiany, kiedy Moreta wyzdrowieje. I kiedy Orlith znowu wzniesie się do lotu! Leri puściła oko do S’perena. — Ta dziewczyna musi pokazać swojej królowej, kogo naprawdę woli.

S’peren zaskoczony był taką otwartością Leri. Oczywiście, byli starymi przyjaciółmi i to w jego towarzystwie Leri najprędzej mogła sobie pozwolić na szczerość. Łyknął wina. Co właściwie Leri miała na myśli? Moreta bardzo mu się podobała. Obydwie z Orlith zrobiły kawał dobrej roboty, lecząc zeszłego Obrotu długą bruzdę po Niciach na boku jego Cliotha. A Clioth wzniósł się ostatnim razem do lotu godowego z Orlith. W perwersyjny sposób S’peren odczuł ulgę, kiedy Cliothowi się nie udało, pomimo całego swojego podziwu dla Morety i naturalnego pragnienia, żeby wykazać, że jego spiżowy smok był lepszy od innych spiżowych smoków Fortu. Z drugiej strony, nigdy nie podawał w wątpliwość kwalifikacji Sh’galla jako przywódcy lotów. Miał on niesamowite wyczucie, który smok zaczynać tracić siły, któremu wyczerpuje się płomień, który jeździec poczyna sobie mniej odważnie, niż należałoby. Jednakże S’peren nie zazdrościł mu tego Przywództwa ani w połowie tak bardzo, jak Clioth pragnął się parzyć z Orlith. — Czy to K’lon? — powiedziała Leri, przerywając tok jego myśli. Obydwie ze smoczycą patrzyły w stronę wejścia do weyru. Clioth potwierdził S’perenowi, że przybył Rogeth, i powiedział swojemu jeźdźcowi, że przesunie się dalej, żeby błękitny smok mógł wylądować na półce Holth.

— Już najwyższy czas, żeby ten młody człowiek wrócił do swojego weyru — powiedziała, marszcząc brwi Leri. — Jakiś smoczy jeździec musi wreszcie zastąpić K’lona przy pracy, bo padnie ze zmęczenia. A może chciał wpaść do Igenu, żeby zobaczyć się z tym swoim kochankiem? Kiedy błękitny jeździec wszedł do weyru, zobaczyli, jak jest wyczerpany. Ramiona mu obwisły, a krok utracił sprężystość. Twarz miał poznaczoną śladami podróży, za wyjątkiem jaśniejszej skóry naokoło oczu, gdzie przed kurzem w czasie lotu chroniły ją gogle. Jego ubranie było sztywne od wilgoci, która wsiąkła w skóry podczas nieustannych podróży w „pomiędzy”. — Pięć kropli z tej niebieskiej fiolki — powiedziała półgłosem Leri, pospiesznie pochylając się w stronę S’perena. Potem, prostując się, dodała normalnym tonem: — S’perenie, przygotuj dla K’lona kubek klahu zaprawionego tym moim mocnym winem. A ty usiądź tutaj, młody człowieku, zanim się przewrócisz. — Leri władczo wskazała mu krzesło. Zastąpiła swój stołeczek kilkoma wygodnymi siedziskami, ustawionymi — jak to mówiła — w „nie-zaraźliwych” odległościach przed legowiskiem Holth.

K’lon ciężko osunął się na krzesło. Z jednej osłabłej ręki zwisał mu hełm i gogle, drugą przyjął od S’perena kubek.

— Łyknij sobie dobrze, K’lonie — powiedziała życzliwie Leri. — Przywróci to twojej krwi normalną temperaturę po ”pomiędzy”. Jesteś niemalże tak niebieski jak Rogeth. No i co? Smaczne, nieprawdaż? — Chociaż głos jej brzmiał życzliwie, przyglądała się bacznie K’lonowi. — A teraz powiedz nam, jakie masz wiadomości z warowni?

Znużona twarz K’lona rozjaśniła się.

— Dobre wiadomości. Mistrz Capiam naprawdę wraca do zdrowia. Rozmawiałem z Desdrą. Jest słaby, ale już głośno przeklina. Desdrą powiedziała, że pewnie będą go musieli przywiązać do łóżka, żeby go w nim zatrzymać aż odzyska siły. Domaga się głośno kronik. A co najważniejsze — z K’lona zdawało się opadać zmęczenie, kiedy to mówił — upiera się, że to nie sama ta choroba powoduje śmierć. Ludzie umierają na zapalenie płuc, oskrzeli, na inne choroby układu oddechowego. Trzeba tylko unikać powikłań — K’lon poruszył się gwałtownie, aż jego hełm i gogle zagrzechotały o siebie a wszystko będzie dobrze. — Nagle posmutniał. — Niestety nie da się tego zrobić w Warowniach. Tylu tu ludzi stłoczonych na małej powierzchni… takie ciężkie warunki życia… zwłaszcza teraz, kiedy zrobiło się tak zimno. Lordowie Warowni umieszczają ludzi w skórzanych namiotach, co było dobre na Zgromadzenie, ale nie wystarcza dla chorych. Byłem wszędzie. Nawet w takich warowniach, które nie wiedzą, co się dzieje gdzie indziej, i myślą, że to tylko u nich taka bieda. Byłem w tylu miejscach…

— A’murry? — Leri delikatnie wspomniała o zielonym jeźdźcu.

K’lon wreszcie mógł się wyżalić.

— Ma infekcję płuc; jeden z mieszkańców Weyru, który go pielęgnował, był bardzo zaziębiony. Fortine dał mi specjalną miksturę i maść żywokostową. Zmusiłem A’murry’ego, żeby zażył lekarstwo, i naprawdę natychmiast przestał kaszleć. Natarłem mu maścią pierś i plecy. — K’lon popatrzył na nich i zobaczył w ich oczach niemy lęk. — Muszę odwiedzać Amurry’ego. Nie zarażę go, bo już jestem zdrów. I nie mówcie mi, że wystarczy, jeśli jak Rogeth i Granth porozumiewają się ze sobą. Wiem, że to robią, ale ja też muszę być z A’murrym. — Przez twarz K’lona przeszedł skurcz. Wyglądało na to, że zaraz wybuchnie płaczem, ale powstrzymał się od zrobienia z siebie widowiska i łyknął zaprawionego winem klahu. — To jest naprawdę bardzo smaczne — stwierdził uprzejmie. — Co jeszcze mógłbym wam powiedzieć o moim… Przerwał, zamrugał oczyma i głowa zaczęła mu opadać na bok. Leri, która tylko na to czekała, dała naglący znak S’perenowi. — Idealnie to wyliczyłam, jak mi się zdaje — powiedziała, kiedy S’peren złapał K’lona, zanim osunął się on na podłogę. — Masz! — Rzuciła mu poduszkę i ściągnęła z ramion futro. — Owiń go w to, podłóż mu poduszkę pod głowę, a pośpi dobre dwanaście godzin. Holth, bądź taka kochana i powiedz Rogethowi, żeby się zwinął w kłębek w swoim weyrze i trochę odpoczął. A ty będziesz nasłuchiwać, czy nie ma jakichś wiadomości od Granth.

— A jeżeli K’lon będzie potrzebny? — zapytał S’peren, układając go wygodnie. — Cechom, Warowniom lub A’murry’emu? — A’murry jest oczywiście na pierwszym miejscu — powiedziała Leri z namysłem. — Naprawdę nie mogę darować K’lonowi tego, że wyłamał się z kwarantanny. Pomyślę później o jakiejś karze, ponieważ okazał nieposłuszeństwo wobec bezpośredniego rozkazu. Zdecydowałam właśnie, że w miejsce K’lona możemy wykorzystać innych posłańców. Zwłaszcza że jego robota polega przede wszystkim na przewożeniu dostaw i uzdrowicieli. To mogą robić weyrzątka! Będą się czuły docenione, ale z pewnością, że zachowają ostrożność. Paczki na pewno można przekazywać nie kontaktując się z nikim, a wiadomości zbierać w rozsądnej odległości od chat. Niech ćwiczą siadanie przy chorągiewce, zamiast przy grani. — Leri krytycznie przyjrzała się śpiącemu K’lonowi. — Lepiej jednak, żebyś puścił w obieg tę wiadomość, którą nam przyniósł z Siedziby — że ta zaraza nie zabija. Musimy jeszcze ostrożniej niż dotąd obchodzić się z naszymi rekonwalescentami. Jeżeli ktoś chociaż raz kichnie albo mu pryszcz wyskoczy, nie ma prawa opiekować się jeźdźcami. — I tak trudno jest namówić mieszkańców weyru, żeby się nimi opiekowali — zauważył S’peren.