Выбрать главу

— Hm! Zapytaj tych leni, kto będzie się opiekował nimi, kiedy znajdą się w potrzebie? — Leri zwinęła listy jeźdźców i odłożyła je na półkę obok siebie. — No, stary przyjacielu, zaniesiesz do Niższych Jaskiń dobre wiadomości z Siedziby Uzdrowicieli, a potem wyznaczysz skrzydła, które jutro wyruszą przeciw Niciom!

Siedziba Uzdrowicieli, 3. 15. 43

Ostry blask licznych żarów, które Capiam kazał sobie przynieść, żeby oświetlić drobne, wyblakłe pismo starych rejestrów, padał na przystojne oblicze Tirone’a, Mistrza Harfiarza Pernu, siedzącego obok wielkiego biurka Capiama. Tirone spoglądał spode łba na uzdrowiciela, a był to całkowicie nietypowy wyraz twarzy u tego człowieka, znanego ze swojej jowialności i dobrego humoru. Ta epidemia — nie, trzeba było podać jej prawdziwe rozmiary, ta pandemia — wywarła swe piętno na wszystkich, nawet na tych, którym udało się nie zachorować.

Wielu ludzi wierzyło, że Tirone’a musiały chronić jakieś dobre czary, kiedy na obszarze całego kontynentu usiłował wypełniać swoje obowiązki. Na granicy pomiędzy Tillekiem a Dalekimi Rubieżami zatrzymała Harfiarza dysputa na temat kopalni, co nie pozwoliło mu wziąć udziału w Ruathańskim Zgromadzeniu. Kiedy bębny już ogłosiły kwarantannę, Tirone udał się z powrotem do Siedziby sztafetą biegusów, mijając gospodarstwa, gdzie ta zaraza jeszcze nie dotarła, i takie, do których nie doszły nawet wieści o niej. Urządził awanturę Tolocampowi, który nie chciał go wpuścić do Warowni. Przeważyła argumentacja Tirone’a, że noga jego nie postała na żadnym z zarażonych obszarów. A może to jeden z wartowników powiedział Mistrzowi Harfiarzowi, jak to Lord Tolocamp powrócił z Ruathy?

Tirone przezwyciężył również obiekcje Desdry, prosząc, żeby pozwoliła mu odwiedzić Mistrza Uzdrowiciela.

— Jeżeli nie dowiem się tego od ciebie, Capiamie, będę zmuszony polegać na pogłoskach, a to nie jest właściwe źródło dla Mistrza Harfiarza.

— Tirone, ja wcale nie wybieram się na tamten świat. I chociaż pochwalam twoją gorliwość, żeby poznać prawdę, mam bardziej naglące obowiązki! — Capiam wziął do ręki rejestr. — Ja wróciłem do zdrowia, ale muszę dowiedzieć się, jak leczyć lub zatrzymać rozprzestrzenianie się tej nieszczęsnej choroby, zanim zabije ona następne tysiące ludzi.

— Mam surowo przykazane, żeby cię nie zmęczyć, bo Desdra wydrapie mi oczy — odpowiedział Tirone z figlarnym uśmiechem. Faktem jest jednak, że miałem stanowczo za mało kontaktów z Siedzibą w tym najbardziej krytycznym okresie. Nie mogę nawet otrzymać przyzwoitej relacji od mistrza Bębnistów, chociaż potrafię zrozumieć, że ani on, ani jego czeladnicy nie mieli czasu rejestrować tych licznych wiadomości, które przyjmowali na wieży i nadawali. Tolocamp nie chce ze mną rozmawiać, chociaż minęło już pięć dni od Zgromadzenia w Ruacie… a po nim nie widać żadnych oznak choroby. Muszę więc mieć coś, na czym będę mógł się oprzeć, oprócz nieskładnych i pogmatwanych wersji. Obserwacje kogoś wyszkolonego, takiego jak ty sam, są bezcenne dla kronikarza. Dano mi do zrozumienia, że rozmawiałeś z Talpanem w Iście. — Pióro Tirona zawisło nad czystym, wygładzonym pergaminem.

— Talpan… to z tym człowiekiem powinieneś porozmawiać, kiedy się już wszystko skończy.

— Tego się nie da zrobić. Na Skorupy! Czy nic ci nie mówiono?

— Nie, nic nie wiedziałem. — Capiam przymknął na moment oczy, żeby dojść do siebie. — Pewnie sądzili, że będzie to dla mnie wielki cios. I mieli rację. To był wspaniały człowiek, bystry, rozgarnięty. Prawdziwy Mistrz Hodowca. — Capiam usłyszał, że Tirone westchnął ciężko. Otworzył oczy. — Mistrz Pasterzy Trume także? — Tirone potwierdzająco skinął głową. A więc to dlatego pozwolono Tirone’owi zobaczyć się z nim. — Myślę, że lepiej będzie, jeśli przekażesz mi te wszystkie złe wiadomości, które ani Desdrze, ani Fortine’owi nie przeszły przez gardło. Jakoś to zniosę.

— Ponieśliśmy straszliwe straty…

— Czy są jakieś dane liczbowe?

— W Keroonie z każdych dziesięciu, którzy zachorowali, umarło dziewięciu! W Morskiej Warowni w Igenie piętnastu ludzi ledwie już żyło, kiedy dotarł do nich statek z pomocą z Neratu. Nie mamy danych zbiorczych z warowni otaczających Igen, nie wiemy też, jaki zasięg ma epidemia w Igenie, Keroonie i Ruacie. Możesz być bardzo dumny ze swoich rzemieślników, mężczyzn i kobiet, Capiamie. Robili wszystko, co w ludzkiej mocy, żeby przyjść chorym z pomocą…

— Czy oni też nie żyją? — zapytał Capiam, kiedy głos Tirone’a zamarł.

— Przynieśli zaszczyt twojej Siedzibie.

Serce Capiama łomotało w udręce. Wszyscy zmarli? Mibbut, zgodny Kylos, tak bardzo rzeczowa Loreana, poważny Rapal, nastawiacz kości Sneel, Galnish. Nikt z nich nie żyje? Czy naprawdę upłynęło dopiero siedem dni, od czasu, gdy po raz pierwszy usłyszał o tej straszliwej chorobie? A ci, których pielęgnował w Keroonie i Igenie, którzy już wtedy byli śmiertelnie chorzy? Chociaż był teraz przekonany, że sama zaraza nie zabija, musieli oni stanąć w obliczu innego rodzaju śmierci — śmierci nadziei, przyjaźni, tego wszystkiego, co jeszcze mogło się wydarzyć w przyszłości ludziom, których życie zostało tak nagle przerwane. A działo się to tak blisko Przerwy, obiecującej odmianę ich losów. Capiam poczuł, jak po policzkach spływają mu łzy, ale pozwolił im płynąć, bo łagodziły bolesny skurcz w piersi. Oddychał powoli, aż znowu opanował swoje uczucia. Nie wolno mu kierować się emocjami, musi myśleć jak uzdrowiciel. — Morska Warownia w Igenie mieściła niemal tysiąc ludzi; było tylko pięćdziesięciu chorych, kiedy zająłem się nimi na wezwanie Burdiona.

— Burdion jest jednym z tych, którzy przeżyli.

— Mam nadzieję, że notował wszystko.

— Chyba tak. Istnieje również dziennik pokładowy „Szkwał”. — Kapitan nie żył już, kiedy dojechałem do Warowni Morskiej.

— Czy widziałeś to zwierzę? — Tirone pochylił się lekko do przodu, w oczach błysnęła mu ciekawość, której nie wyraził słowami.

— Tak, widziałem je! — Ten obraz wżarł się na zawsze w pamięć Capiama. Zwierzę to stale wracało do niego w gorączkowych snach i niespokojnych koszmarach. Nie mógł zapomnieć jego wyszczerzonych zębów, biało-czarnych wąsów, sterczących z potężnej mordy, brązowych plam na kłach, karbów na zakończonych pędzelkami, położonych płasko uszach, ciemnobrązowych cętek na płowym, lśniącym futrze. Przypominał sobie jego dziki ryk. Już wtedy przyszło mu na myśl, że to stworzenie doskonale wie, że weźmie pomstę na istotach, które wepchnęły je do tej klatki i gapiły się na nie w każdej warowni czy cechu. Tak, Tirone, widziałem je na własne oczy. Jak i setki innych ludzi, którzy brali udział w Zgromadzeniu Istańskim. Tylko że ja przeżyłem i mogę o tym opowiedzieć. Talpan i ja spędziliśmy dwadzieścia minut na obserwacji tego zwierzęcia. Wyjaśniał mi, dlaczego jego zdaniem musi ono umrzeć. Przez te dwadzieścia minut zaraziło ono prawdopodobnie wielu ludzi, chociaż Talpan kazał gapiom trzymać się z daleka od klatki. Prawdopodobnie zaraziłem się właśnie tam. Z samego źródła choroby. — Ten wniosek pocieszył trochę Capiama. Osłabiony zmęczeniem zachorował już dwadzieścia cztery godziny później. Lepiej tak, niż gdyby miał sądzić, że zaniedbał obowiązki higieny w Igenie i Keroonie. — Talpan doszedł do wniosku, że przyczyną choroby, która już powalała biegusy od Igenu do Keroonu, musiało być właśnie to zwierzę. Widzisz, wezwano mnie i do Keroonu, ponieważ tylu tamtejszych mieszkańców zaczynało chorować. Ja śledziłem, jak zarażają się ludzie, a Talpan, jak zarażają się biegusy. Doszliśmy obydwaj do tego samego wniosku na Zgromadzeniu w Iście. Wiesz, to stworzenie straszliwie bało się smoków.