Выбрать главу

— Naprawdę?

— Tak mi mówiono. Jednak K’dall jest wśród zmarłych z Weyr Telgar, jak również jego błękitny smok.

Tirone zamruczał coś, cały czas pisząc zawzięcie.

— Jak więc dostała się ta choroba do Południowego Bollu, jeżeli to zwierzę zostało uśmiercone na Istańskim Zgromadzeniu?

— Zapominasz o pogodzie.

— O pogodzie?

— Było tak ciepło, że Stajnie Keroonu zaczęły rozsyłać biegusy statkami na samym początku tego Obrotu, korzystając ze sprzyjających wiatrów. Tak więc Lord Ratoshigan wcześnie otrzymał swój rozpłodowy inwentarz, a nadto niespodziewaną premię. Podobnie jak kilku innych znakomitych hodowców, którzy brali udział w Zgromadzeniu w Ruacie.

— To ciekawe. Fatalny zbieg tylu drobnych wydarzeń.

— Powinniśmy się cieszyć, że Tillek hoduje własne zwierzęta i zaopatruje Dalekie Rubieże, Crom i Nabol. Że wyhodowane w Keroonie biegusy, przeznaczone dla Bendenu, Lemosu, Bitry i Neratu, albo wymarły na zarazę, albo nie zostały popędzone w głąb lądu.

— Przywódcy Weyrów wydali zakaz wszelkich podróży na Południowy Kontynent! — powiedział Tirone. — Starożytni mieli powody, żeby opuścić to miejsce. Zbyt wiele czekało na nich zagrożeń dla życia.

— Nie myl faktów, Tirone — powiedział Capiam poirytowany. — Większość istot żyjących tutaj została stworzona i ukształtowana tam!

— Jeszcze nie widziałem, żeby to udowodniono…

— Życie i zachowanie życia to moja domena, Mistrzu Harfiarzu. — Capiam ujął starożytny rejestr i potrząsnął nim przed Tirone’em. — Tak jak tworzenie i rozwój życia były niegdyś domeną naszych przodków. Starożytni przywieźli ze sobą z Południowego Kontynentu wszystkie zwierzęta, które towarzyszą nam dzisiaj, łącznie ze smokami, które zaprojektowali genetycznie, by mogły spełnić swoją niezwykłą rolę.

Tirone zacisnął zęby, gotów bronić swego zdania.

— Straciliśmy te umiejętności, które posiadali Starożytni, nawet jeżeli potrafimy poprawiać rasę biegusów i bydła tak, by osiągać pożądane cechy. — Tu Capiam urwał, przerażony tym co przyszło mu do głowy. — Nagle zdałem sobie sprawę, że w dwójnasób grozi nam teraz zguba. — Pomyślał o stracie bystrego Talpana, który tak dobrze się zapowiadał, o Mistrzu Hodowcy Trumem, o kapitanie „Szkwała”, o swoich własnych zmarłych rzemieślnikach, z których każdy posiadał pewne niepowtarzalne zalety, zaprzepaszczone teraz przez tę szybką, śmiertelną chorobę. — Straciliśmy dużo więcej, niż tylko spójny obraz przebiegu zarazy, Tirone. I to tym powinieneś się martwić. Na całym obszarze Pernu giną nie tylko ludzie, następuje również upadek wiedzy. Tak szybko, jak tylko zdołasz poruszać ręką, notuj to, co wiedzą ludzie, to, co zginie wraz z nimi i czego nie da się już odtworzyć. — Capiam wymachiwał kroniką, a Tirone spoglądał na niego ze zgrozą. — Podobnie jak nie potrafimy w szczegółach odtworzyć tych wszystkich rejestrów i kronik i nie możemy dociec, w jaki sposób Starożytni dokonywali swoich cudów. Nie chodzi nawet o cuda, lecz o zwyczajne, codzienne sprawy. Starożytni nie zawracali sobie głowy, żeby je notować, ponieważ było to coś, o czym wszyscy wiedzieli. A tego nam właśnie teraz brakuje. To, co utraciliśmy przez ostatnie siedem dni, może się okazać nie do odtworzenia!

Capiam opadł na oparcie, wyczerpany swoim wybuchem. Kronika jak ciężki kamień spoczywała na jego brzuchu. Poczucie straty i niepokój przygniatały go coraz bardziej. Tego ranka, kiedy wróciły mu siły, zdał sobie sprawę z tego, jak wiele faktów nigdy nie zapisywał, nigdy nie pomyślał, żeby szerzej się nad nimi zastanowić w swoich osobistych notatkach. Normalnym biegiem rzeczy byłby je przekazał swoim czeladnikom, gdy zgłębialiby arkana tego rzemiosła. O niektórych sprawach powiedzieli mu jego mistrzowie, którzy z kolei dowiedzieli się o nich od swoich nauczycieli albo nabyli te doświadczenia w trakcie pracy. Jednakże aż nazbyt często wszelkie informacje i interpretacje przekazywane były ustnie ludziom, którym ta wiedza miała być potrzebna.

Capiam zdał sobie sprawę, że Tirone wpatruje się w niego szeroko otwartymi oczami. Nie zamierzał wygłaszać tyrady; to zwyczajowo należało do Tirone’a.

— Całkowicie się z tobą zgadzam, Capiamie — zaczął niepewnie Tirone przerywając, żeby odchrząknąć. — Jednak ludzie każdej rangi w każdym Cechu mają skłonność, żeby zachowywać jakieś sekrety, które…

— Na Skorupy! Znowu ten bęben! — Capiam wciągnął głowę w ramiona i zatkał palcami uszy, usiłując nie dopuścić do siebie żadnego dźwięku.

Twarz Tirone’a rozjaśniła się i uniósł się z krzesła, gestem pokazując Capiamowi, żeby sobie odetkał uszy.

— To dobre wieści. Z Igenu. Wyprawili się na Nici i wszystkie zniszczyli. Poleciało dwanaście skrzydeł!

— Dwanaście? — Capiam wyprostował się, myśląc o wielkich stratach poniesionych przez Igen i przeliczając jego chorych jeźdźców. — Igen nie mógł dziś wystawić dwunastu skrzydeł.

— Smoczy jeźdźcy muszą lecieć, kiedy Nici są na niebie! W dźwięcznym głosie Tirone’a zabrzmiała duma i radosne uniesienie.

Capiam wpatrywał się w niego głęboko skonsternowany. Jak to się mogło stać, że nie pojął znaczenia wzmianki Tirone’a o wspólnym zakazie Przywódców Weyrów, zabraniającym lotów na Południowy Kontynent? Musieli połączyć Weyry, żeby stawić czoło Niciom.

— Oni walkę z Nićmi mają we krwi! Chociaż ponieśli tak okrutne straty, wznieśli się jak zawsze w niebo, żeby chronić kontynent.

Tirone popadł w swój liryczny trans, jak to ironicznie nazywał Capiam. To nie był czas na układanie sag i ballad! Jednak te dźwięczne frazy poruszyły jakąś dawno zapomnianą strunę w jego pamięci.

— Bądźże cicho, Tirone. Muszę pomyśleć! Bo w innym wypadku do walki z Nićmi nie zostanie nam żaden smoczy jeździec. Wynoś się!

Krew! To właśnie powiedział Tirone. Mają to we krwi! Krew! Capiam niemalże słyszał skrzypiący, starczy głos leciwego Mistrza Gallardy’ego. Tak, przygotowywał się wtedy do swoich egzaminów czeladniczych, a stary Gallardy monotonnie mówił coś na temat nietypowych i wychodzących z użycia metod postępowania.

Wspomniał o leczniczych właściwościach czegoś sporządzonego z krwi. Co to było? Surowica! Tak, to było to. Surowica jako ostateczne remedium na zakaźne choroby.

— Capiamie? — To było Desdra, w jej głosie brzmiało wahanie. — Czy dobrze się czujesz? Tirone powiedział…

— Czuję się świetnie! Świetnie! Co to ty mi ciągłe powtarzałaś? Jak czemuś nie da się zaradzić, trzeba się z tym pogodzić. Można jednak się zahartować. Uodpornić. A to jest we krwi! Nie kora, proszek ani liście, tylko krew. A ja mam teraz ten środek zapobiegawczy w mojej krwi, ponieważ przeżyłem zarazę.

— Mistrzu Capiamie! — Desdra zrobiła krok do przodu i zawahała się, przypomniawszy o środkach ostrożności, obowiązujących podczas ostatnich pięciu dni.

— Nie wydaje mi się, żebym mógł cię jeszcze zarazić, moja Desdro. Teraz sam jestem lekarstwem. A przynajmniej tak mi się wydaje. — Capiam w podnieceniu wyskoczył z łóżka i rozrzucił dookoła pościel, usiłując dostać się do skrzynki, która zawierała jego notatki z czasów uczniowskich i czeladniczych.

— Capiamie! Przewrócisz się!

Capiam zachwiał się i chwycił za krzesło, na którym poprzednio siedział Tirone. Nie potrafił zebrać dość sił, żeby sięgnąć do półek.