— Podaj mi moje notatki. Te najstarsze, tam po lewej stronie, na najwyższej półce. — Usiadł nagle na krześle, trzęsąc się z osłabienia. — Muszę mieć rację. Nie mogę się mylić. „Krew ozdrowieńca nie pozwala innym zarazić się chorobą.”
— Twoja krew, mój wspaniały, słabiutki przyjacielu — powiedziała cierpko Desdra, odkurzając zapiski zanim mu je podała jest bardzo kiepściutka i masz natychmiast wracać do łóżka.
— Tak, tak, za minutkę. — Capiam przewracał stronice, starając się przypomnieć sobie, kiedy dokładnie Mistrz Gallardy wygłaszał te wykłady o „nietypowych metodach postępowania”. Wiosną. To było na wiosnę. Przeszedł do trzeciej części swoich notatek. To musiała być wiosna, ponieważ pozwolił swoim myślom bujać w obłokach i nie słuchać ględzenia o starożytnych procedurach. Poczuł, jak Desdra szarpie go za ramię.
— Najpierw zmusiłeś mnie, żebym spędziła dwie godziny na rozmieszczaniu żarów tak, żeby cię dobrze oświetlały w łóżku, a teraz czytasz w najciemniejszym kącie pokoju. Wracaj do łóżka! Nie po to pielęgnowałam cię tak długo, żebyś miał mi teraz umrzeć z przeziębienia. Hasasz w tych ciemnościach niby znarowiony smok.
— Podaj mi jeszcze moją torbę… — Pozwolił się odprowadzić z powrotem do łóżka, ale nie przerywał czytania. Desdra tak ciasno opatuliła mu futrami stopy, że nie mógł ugiąć nóg w kolanach, żeby podeprzeć notatki. Szarpnął się, wierzgnął i popsuł to, co przed chwilą zrobiła.
— Capiam! — Desdra złapała go za ramię i położyła mu rękę do czoła. Capiam odepchnął jej dłoń, usiłując nie okazywać, jak denerwuje go tym, że mu przerywa.
— Nic mi nie jest.
— Tirone pomyślał, że masz nawrót choroby. Tak się zachowywałeś. To niepodobne do ciebie, żeby krzyczeć: „krew, krew, oni to mają we krwi”. Albo że to ty sam coś masz we krwi.
Capiam słuchał jej tylko jednym uchem, ponieważ trafił właśnie na ciąg wykładów, które przepisywał tamtej wiosny, trzydzieści Obrotów temu, kiedy dużo bardziej interesowały go bruzdy po Niciach, infekcje, dawki zapobiegawcze i odżywianie.
— Ja to mam we krwi. Tak właśnie jest tu napisane — zawołał triumfalnie. — Ta przeźroczysta surowica, która zbiera się u góry w naczyniu, kiedy krew krzepnie, zawiera globuliny powstrzymujące chorobę. Jeżeli surowicę wstrzyknie się dożylnie, chroni ona organizm przez co najmniej czternaście dni, co zwykle jest wystarczającym okresem czasu, żeby epidemia dobiegła kresu. Capiam chciwie czytał. Mógł rozdzielić składniki krwi za pomocą siły odśrodkowej. Mistrz Gallardy powiedział, że Starożytni mieli specjalną wirówkę do rozdzielania krwi, ale można przecież skonstruować jakieś prostsze urządzenie. — Surowica wprowadza do organizmu chorobę w tak osłabionej postaci, że pobudza jego własne czynniki obronne.
Capiam opadł na poduszki i zamknął oczy, ogarnięty nagłą słabością. Czuł ulgę, triumfował. Przypominał sobie, jak buntował się wtedy przeciwko żmudnemu notowaniu procedury, która teraz może uratować tysiące ludzi. I smoczych jeźdźców!
Desdra przyglądała mu się z osobliwym wyrazem twarzy.
— Ależ to jest homeopatia! Poza bezpośrednim wstrzykiwaniem do żyły.
— W ten sposób organizm szybciej wchłonie surowicę, a więc będzie skuteczna. A nam trzeba skutecznego leczenia, Desdro, ilu smoczych jeźdźców zachorowało?
— Nie wiemy, Capiamie. Przestano podawać liczby. Bębny podały wiadomość, że w Igenie do lotu przeciw Niciom wzniosło się dwanaście skrzydeł, ale w ostatnim raporcie, który przywiózł K’lon, była mowa, że zachorowało stu siedemdziesięciu pięciu jeźdźców, łącznie z jedną jeźdźczynią królowej. Dwóch synów L’bola znalazło się wśród pierwszych śmiertelnych ofiar.
— Stu siedemdziesięciu pięciu chorych? A jak chodzi o wtórne infekcje?
— Nic nie mówiono. Co prawda nie pytaliśmy…
— A w Telgarze? W Weyr Forcie?
— Więcej myśleliśmy o tych tysiącach ludzi, którzy umierali, niż o smoczych jeźdźcach — przyznała Desdra posępnym głosem i ręce zaciskała tak silnie, że zbielały jej kostki.
— A przecież jesteśmy zależni od tych dwóch tysięcy smoczych jeźdźców. Więc przestań już gderać i przynieś mi to, czego będę potrzebował do sporządzenia surowicy. Kiedy pokaże się K’lon, chcę się z nim natychmiast widzieć. Czy jest jeszcze ktoś w Cechach albo Warowniach, kto wyzdrowiał po tej chorobie?
— Nikt nie wyzdrowiał.
— Nic nie szkodzi. Czy K’lon będzie tu niedługo?
— Spodziewamy się go. Przewoził lekarstwa i uzdrowicieli.
— W porządku. Będę potrzebował dużo sterylnych, dwulitrowych pojemników z zakrętkami, mocnego sznurka, świeżych trzcinek, długich na piędź, czerwonego ziela. Igły cierniowe mam… I jeszcze wygotuj mi tę strzykawkę, której kucharz używa do polewania mięsa. Mam kilka strzykawek, które wydmuchał mi Mistrz Clargesh, ale są gdzieś głęboko schowane. I, Desdro, będę potrzebował nieco podwójnie destylowanego alkoholu i jeszcze więcej tej twojej odżywczej zupy.
— Potrafię zrozumieć, że potrzebny ci jest alkohol — powiedziała Desdra od drzwi — ale żebyś chciał więcej zupy, która ci tak nie smakuje?
Capiam zaczął wywijać poduszką i Desdra, śmiejąc się, zamknęła za sobą drzwi.
Capiam przewracał kartki wstecz do początków wykładu Mistrza Gallardy’ego. „W przypadku wybuchu choroby, która może się przenosić z chorego na zdrowego, skuteczne okazało się stosowanie surowicy, przygotowanej z krwi rekonwalescenta po tej samej chorobie. Tam, gdzie ludność jest zdrowa, zastrzyk z surowicy zapobiega chorobie. Podany cierpiącemu, łagodzi jej zjadliwość. Na długo przed Przeprawą dzięki szczepieniom wyeliminowano takie plagi, jak wietrzna ospa, dyfteryt, grypa, odra, krosty, różyczka, szkarlatyna, ospa właściwa, tyfus, dur plamisty, paraliż dziecięcy, gruźlica, zapalenie wątroby, opryszczka wirusowa i rzeżączka…”
Capiam znał tyfus i dur, które pojawiały się od czasu do czasu w wyniku niedostatecznej higieny. Tak jak i uzdrowiciele uważał, że przyczyną mogło być przeludnienie. W ciągu ostatnich kilkuset Obrotów wybuchy dyfterytu i szkarlatyny zdarzały się na tyle często, że szkolono, jak je leczyć. Innych chorób nie znał, poza samymi nazwami. Będzie musiał zajrzeć do etymologicznego słownika w Siedzibie Harfiarzy.
Wczytywał się dalej w rady Mistrza Gallardy’ego. Od każdego ozdrowieńca można było pobrać po półtora litra krwi, z czego po rozdzieleniu otrzyma się około pięćdziesięciu mililitrów surowicy do szczepień. Dawka, jaką należało wstrzykiwać, wahała się według Gallardy’ego od jednego mililitra do dziesięciu. Nie została dokładnie określona. Capiam czynił sobie wyrzuty, że nie słuchał uważniej tego wykładu.
Nie trzeba było żadnych skomplikowanych obliczeń, żeby uzmysłowić sobie, jak ogromnym zadaniem będzie osiągniecie pożądanej odporności choćby tylko u tych kilku tysięcy smoczych jeźdźców, u Lordów Warowni i u Mistrzów Rzemiosł, żeby już nie wspomnieć o uzdrowicielach, którzy będą musieli opiekować się chorymi, przygotowywać szczepionkę i szczepić.
We drzwiach ukazała się Desdra. Po raz pierwszy, jak Capiam sięgał pamięcią, wyglądała na wzburzoną. W ręku trzymała koszyk z sitowia.
— Mam to, czego chciałeś i znalazłam te szklane strzykawki, które dla ciebie wydmuchał Mistrz Clargesh. Trzy z nich były rozbite, ale wygotowałam resztę.
Desdra ostrożnie postawiła wiklinowy koszyk przy jego łóżku. Przesunęła stolik nocny na jego zwykłe miejsce i ustawiła na nim słoik z silnym roztworem czerwonego ziela, paczkę trzcinek, zawiązane w liść igły cierniowe, parującą stalową tackę, którą przedtem wcześniej przykryty był kociołek z małym, szklanym słoikiem, i strzykawkami Clargesha. Z kieszeni wyjęła kawał mocnego, dobrze skręconego sznurka.