— To nie jest dwulitrowy słoik.
— Nie, ale jesteś jeszcze za słaby, żeby pobierać od ciebie dwa litry krwi. Pół litra to i tak za dużo. Wkrótce będzie tu K’lon.
Desdra przetarła jego rękę czerwonym zielem, potem obwiązała mu sznurkiem górną jej część, podczas gdy on ściskał palce, aż ukazała się gruba, sinawa żyła. Za pomocą szczypiec Desdra wyjęła szklany pojemnik z parującej wody. Otworzyła paczkę trzcinek i igieł cierniowych. Wcisnęła cierń w koniec trzcinki.
— Znam tę technikę, ale dawno jej nie stosowałem. — Będziesz musiała to zrobić! Mnie się trzęsą ręce!
Desdra zacisnęła usta, zanurzyła palce w czerwonym zielu, postawiła szklany pojemnik na podłodze przy łóżku, ustawiła w nim ukośnie trzcinkę i podniosła cierń. Cienka igła przebiła skórę Capiama, do czego trzeba było niewiele siły, i jednym ruchem poluzowała opaskę uciskową na nabrzmiałej żyle. Capiam zamknął oczy, czując lekki zawrót głowy, kiedy jego krew zaczęła spływać przez trzcinkę do pojemnika. Po chwili otworzył oczy i patrzył, zafascynowany widokiem własnej krwi, kapiącej do słoika. Poruszył dłonią i z żyły trysnął cieniutki strumyczek. Z dziwną obojętnością wyczuwał, jak krew opuszcza jego ciało. Serce biło mu coraz mocniej. Zaczynało mu się robić odrobinę niedobrze, kiedy Desdra przycisnęła palcami nasączony czerwonym zielem wacik do ciernia, a potem jednym zręcznym ruchem usunęła cierń.
— To w zupełności wystarczy, Mistrzu Capiamie. Niemal trzy czwarte litra. Strasznie pobladłeś. Przyciśnij to mocno i trzymaj. Wypij też ten alkohol.
Mocny alkohol jak gdyby wypełniał wolne miejsce po upuszczonej krwi.
— A co teraz zrobimy? — zapytała, podnosząc zamknięty szklany słoik z jego krwią.
— Zakręciłaś dobrze wieczko? No to owiń sznurek ściśle dookoła szyjki i zrób mocny węzeł. Dobrze. A teraz podaj mi to.
— Co chcesz zrobić? — zapytała surowo.
— Gallardy mówił, że jeśli będzie się tym kręcić, siła odśrodkowa rozdzieli składniki krwi i uzyskamy surowicę.
— Ja to zrobię. — Desdra cofnęła się od łóżka, upewniła się, czy ma dość miejsca, i zaczęła kręcić słoikiem nad głową.
Capiam był zadowolony, że zgłosiła się na ochotnika. Chyba jemu samemu nie udałoby się tego dokonać.
— Moglibyśmy skonstruować coś w rodzaju rożna, prawda? Potrzebna jest stała szybkość.
— Czy… trzeba będzie to robić… często?
— Jeżeli moja teoria jest słuszna, będziemy potrzebować dosyć dużo surowicy. Czy zostawiłaś wiadomość, że Klon ma się tu stawić, jak tylko przybędzie?
— Tak. Jak długo jeszcze mam kręcić?
Capiam sam nie był tego pewien. Przeklinał siebie w duchu, że tamtej wiosny tak mało przywiązywał uwagi do wykładów Mistrza Gallardy’ego.
— To powinno wystarczyć, Desdro. Dziękuję ci!
Desdra złapała słoik i postawiła go na stole, ze zdumieniem przyglądając się rozwarstwionej krwi.
— I to — z powątpiewaniem wskazała na słomkowej barwy ciecz w górnej warstwie — jest twoje lekarstwo?
— Mówiąc dokładniej nie lekarstwo, lecz środek immunologiczny — Capiam starannie wymówił to słowo.
— Trzeba będzie to pić? — zapytała z niesmakiem.
— Nie, chociaż pewnie smakowałoby nie gorzej niż niektóre mikstury, do picia których mnie zmuszałaś. Nie, to trzeba wstrzyknąć do żył.
— A więc do tego potrzebne ci są te strzykawki. — Potrząsnęła lekko głową. — Nie wystarczy nam ich. I myślę, że powinieneś pójść do Mistrza Fortine’a.
— Czy mi nie ufasz?
— Ufam. Dlatego proponuję, żebyś udał się do Mistrza Fortine’a. Razem ze swoją surowicą. Był zbyt częstym gościem w obozie internowanych naszego ostrożnego Lorda Warowni. Ma już pierwsze symptomy.
Rozdział X
Kiedy Moreta obudziła się, poczuła radosną obecność Orlith. „Czujesz się lepiej. Najgorsze minęło!”
— Czuję się lepiej? — Moretę zirytowało drżenie własnego głosu. Była jeszcze strasznie wyczerpana.
„Czujesz się dużo lepiej. Dzisiaj z każdą minutą będziesz mocniejsza.”
— Ile z tego to twoje pobożne życzenia, najmilsza? Zadała to pytanie właściwym sobie, czułym tonem i w tej samej chwili przyszło jej na myśl, że Orlith swoje wie. Podczas choroby Morety królowa stale była z nią. Wspólnie przeżywały każdą chwilę jej złego samopoczucia. Nigdy jeszcze nie były tak intensywnie połączone w swej świadomości. Orlith łagodziła męczarnie szalonych bólów głowy, gorączki, ostrego, szarpiącego kaszlu. Na czwarty dzień mogła już tylko pocieszać wyczerpaną fizycznie i umysłowo Moretę. Jednak na tym etapie królowa miała wszelkie podstawy do radości.
„Holth mówi, że są jeszcze inne dobre wiadomości! Mistrz Capiam ma jakąś surowicę, która zapobiega tej zarazie.”
— Zapobiega? A czy pomoże chorym? — Pomimo choroby Moreta miała świadomość tego, co się działo. Zdawała sobie sprawę, że w Forcie było wielu chorych, a w innych Weyrach umierali jeźdźcy i smoki. Wiedziała również, że dwa skrzydła Weyr Fortu poleciały z pomocą dla Igenu i razem stawili czoło Opadowi Nici. Że Berchar i nowe dziecko Tellani umarli. Że ta epidemia swoim zdradzieckim uściskiem objęła jeszcze większe połacie kontynentu. Już najwyższy czas, żeby uzdrowiciele znaleźli jakieś specyfiki i opanowali tę zarazę. „Ta zaraza ma nazwę. To jakaś starożytna choroba.”
— Jak ją nazywali?
„Nie umiem zapamiętać” — powiedziała Orlith przepraszająco. Moreta westchnęła. To była słaba strona smoków, chociaż Orlith i tak pamięta sporo imion. „Holth pyta, czy nie jesteś głodna?”
— Pozdrów ode mnie naszą miłą Holth i łaskawą Leri; wydaje mi się, że jestem głodna. — Moreta powiedziała to z pewnym zaskoczeniem. Przez cztery dni jakakolwiek myśl o jedzeniu wywoływała u niej mdłości. Paliło ją pragnienie, męczył szarpiący gardło kaszel i ogarniała słabość tak głęboka, że chwilami obawiała się, że nigdy się z niej nie otrząśnie. W takich chwilach myślała o Orlith. Gdyby tylko starczyło miejsca, zaprosiłaby królową do swego pokoju.
— Jak się czuje Sh’gall? — zapytała Moreta. Miała już gorączkę tego ranka, kiedy Kadith obudził Holth i Orlith ponurą wieścią, że jego jeździec zachorował.
„Jest słaby. Nie czuje się dobrze.” W tonie głosu Orlith Wyczuwało się pogardę, jak gdyby królowa chciała podkreślić, że jej jeźdźczyni jest dużo dzielniejsza.
— Pamiętaj, Orlith, że Sh’gall nigdy nie chorował. Musiał to być straszliwy cios dla jego ambicji.
Orlith nic nie powiedziała.
— A jakie są wieści z Warowni Ruatha? Lepiej będzie, jak mi powiesz — dodała Moreta, wyczuwając opór Orlith.
„Idzie Leri. — Po Orlith znać było ulgę. — Ona wie wszystko.”
— Leri idzie tutaj? — Moreta usiłowała usiąść, ale tak jej się zakręciło w głowie, że aż krzyknęła. Słyszała coraz bliższe odgłosy szurania nogami i postukiwania laską. — Leri, nie powinnaś…
— A czemu nie? — Głos Leri dochodził z większego weyru. Dzień dobry, Orlith. Doszłam do kresu mojego żywota, więc nie obawiam się tej „wirusowej influency”, jak ją nazwali Uzdrowiciele. — Leri odsunęła kolorową zasłonę w drzwiach i spoglądała bystro na Moretę. — No, no, dzisiaj już masz kolorki. — W lewej ręce trzymała zakryty garnuszek i butelkę. Inne rzeczy zatknęła sobie za pasek, żeby móc swobodnie posługiwać się laską. Złożyła wszystko na skrzyni, którą teraz przysunięto do łóżka Morety, a potem spokojnie opadła na wolne miejsce w nogach łóżka.