— No tak — powiedziała radośnie, stawiając obok sękaty kij — teraz powinno być z tobą wszystko w porządku.
— Coś ładnie pachnie — powiedziała Moreta, pociągając nosem.
— Specjalnie wymyślona przeze mnie potrawa. Kazałam tu przynieść wszystkie wiktuały, żebym mogła cię sama pielęgnować. Nesso w końcu powaliła choroba i nie zawraca mi głowy. Zarządzaniem zajęła się Gorta — gdyby cię to interesowało, mogę dodać, że radzi sobie niezgorzej. — Nakładając jedzenie do dwóch misek, Leri obrzuciła Moretę przebiegłym spojrzeniem. — Zjemy razem, ponieważ jest to pora również na moje śniadanie. Jak już o tym mowa, zmusiłam dziś rano Orlith, żeby coś zjadła, zanim wyschnie na szczapę. Zjadła cztery tłuste kozły i intrusia. Bardzo była głodna! No, nie miej takiej zrozpaczonej miny. Przecież nie miałaś sił, żeby o nią zadbać. Nie czuła się jednak zaniedbana. Mamy z nią dobry kontakt. Nic dziwnego, przecież wylęgła się z jaja Holth! Tak więc zrobiła to, co jej kazałyśmy, i teraz czuje się lepiej. Musiała coś zjeść, Moleto. Następnym etapem będzie dla niej teren Wylęgarni, ale z tym musiałyśmy zaczekać, aż wyzdrowiejesz.
Moreta zaczęła pospiesznie rachować.
— Pospieszyła się. Nie powinna znosić jaj jeszcze przez jakieś pięć czy sześć dni.
— Żyła w dużym napięciu. Nie martw się, jedz. Im prędzej odzyskasz siły, tym lepiej będzie dla wszystkich.
— Jestem dziś dużo silniejsza. Wczoraj… — Moreta uśmiechnęła się żałośnie. — Jak ty sobie ze wszystkim poradziłaś?
— Z ogromną łatwością — powiedziała pogodnie Leri, zadowolona z siebie. — Jak już powiedziałam, kazałam tu przynieść wiktuały. Sama sporządzałam ziółka dla ciebie. Orlith nasłuchiwała każdego twojego oddechu i przekazywała informację Holth, więc myślę, że lepiej nie zadbałby o ciebie nawet sam Mistrz Capiam, gdyby siedział przy twoim łóżku.
— Orlith mówiła, że odkrył jakieś lekarstwo.
— Szczepionkę, tak to nazywa. Nie pozwolę mu jednak, by upuścił ci krwi.
— A czemu miałby to robić? — zapytała zaskoczona Moreta.
— On pobiera krew od ludzi, którzy wyzdrowieli, i robi surowicę, żeby zapobiec tej chorobie u innych. Mówi, że to starożytne lekarstwo, ale ani trochę mi się ten pomysł nie podoba! — Leri wstrząsnął dreszcz. — Niemalże rzucił się na K’lona, kiedy zgłosił się on do przewozów. — Leri zachichotała, potem uśmiechnęła się z szyderczą satysfakcją. — Klon zbyt często bywał „pomiędzy”, załatwiając sprawy Siedziby Uzdrowicieli. Wyznaczyłam do tego weyrzątka. One przynajmniej ściśle trzymają się rozkazów. Och, tyle się działo, że ani nie wiem, od czego zacząć! Moreta wyczuwała zatroskanie i zmęczenie Leri, która jak gdyby odmłodniała podczas tego kryzysu.
— Czy w Weyrze były jeszcze jakieś… zgony? — zapytała Moreta.
— Nie! — Leri pokręciła głową i z zadowoleniem się uśmiechnęła. — W ogóle nie powinien był nikt umrzeć! Wiesz, jak łatwo błękitne i zielone smoki wpadają w panikę? No i zamiast podtrzymywać swoich jeźdźców, kiedy robili się chorzy i słabi, to załamywały się. Niemowlę wykazałoby więcej zdrowego rozsądku. Może rzeczywiście jest coś w tej teorii Jallory, że jedno powoduje drugie… — Leri zapatrzyła się z głębokim namysłem w przestrzeń. — Jallora to ta czeladnicza — uzdrowicielka, którą razem z dwoma uczniami przysłano z Siedziby Uzdrowicieli. Tak więc nie tracimy kontaktu z chorymi jeźdźcami. A ty byłaś bardzo chora. Przyczyniło się do tego ogólne wyczerpanie, ponieważ nie spałaś na tym Zgromadzeniu, potem był Opad i leczenie skrzydła Dilentha. Dilenth czuje się świetnie, ale Orlith jest taka mocna i tak bardzo ciebie potrzebuje, że nie dałaby ci umrzeć. Podsunęło mi to pewien pomysł. — Leri spojrzała surowo na Moretę. Kazałyśmy pozostałym Władczyniom Weyrów, żeby ich królowe pilnowały chorych i nie pozwalały jeźdźcom umierać. Przecież w Weyrach nie ma tego tłoku, który powoduje tyle nieszczęść w Warowniach i Cechach. To śmieszne, żeby jeźdźcy mieli umierać na tę zjadliwą wirusową infekcję.
— Ilu mamy chorych, skoro Weyry musiały się połączyć, żeby wylecieć na Opad?
Leri skrzywiła się.
— Niemal dwie trzecie z każdego Weyru poza Dalekimi Rubieżami jest niezdolne do akcji. Zaraza i obrażenia doprowadziły do tego, że z trudem udaje nam się wysłać dwa skrzydła do walki z Nićmi.
— Mówiłaś, że Mistrz Capiam ma jakieś lekarstwo… — Środek zapobiegawczy. I nie ma jeszcze wystarczająco dużo tej szczepionki. — Leri mówiła z gniewnym żalem. — Dlatego Władczynie Weyru zdecydowały, że trzeba tę dawkę immunizacyjną — zająkną się przy tym obcym słowie — dać jeźdźcom Dalekich Rubieży, ponieważ S’ligar i Falga stanowią oparcie dla nas wszystkich.
W miarę przygotowywania większych ilości tej surowicy będzie szczepiona reszta Weyrów. Właśnie teraz Capiam kazał szukać następnych ozdrowieńców po tej wirusowej influency. Najpierw smoczy jeźdźcy — Leri wyliczała na palcach — potem Uzdrowiciele, potem Lordowie Warowni i inni Mistrzowie Cechów za wyjątkiem Tirone’a, co, jak mi się zdaje, jest rozsądne, niezależnie od protestów Tolocampa.
— Tolocamp nie zachorował?
— Tolocamp nie chce opuścić swoich apartamentów.
— Bardzo wiele wiesz o tym, co się dzieje, jak na kobietę, która większość czasu siedzi we własnym weyrze!
Leri zachichotała.
— K’lon składa mi raporty! Skoro tylko zdoła wyrwać się Capiamowi. Na szczęście błękitne smoki mają dobry apetyt i chociaż Capiam utrzymuje, że smoki, intrusie i whery-stróże nie zapadają na tę zarazę, lepiej, żeby smoki żywiły się stadami odosobnionymi w ich własnych Weyrach. Tak więc na jedzenie K’lon sprowadza Rogetha do domu. Codziennie.
— Smoki nie jedzą codziennie.
— Błękitne smoki, które dwa razy na godzinę muszą skakać w „pomiędzy”, jedzą. — Leri rzuciła na Moretę surowe spojrzenie. — Dostałam list Capiama. Z ledwością odczytałam jego pismo, chwali oddanie K’lona…
— A’murry?
— Wraca do siebie. Niewiele brakowało, ale od momentu kiedy zdałam sobie sprawę, jaka ważna może być pomoc smoka, Holth była w stałym kontakcie z Granth. L’bol stracił obydwu swoich synów i boleje nieustannie. M’tani jest niemożliwy, ale walczył z Nićmi dłużej niż ktokolwiek inny. Gdyby nie K’dren i S’ligar, mielibyśmy kłopoty z F’galem. On również stracił ducha.
— Leri, jest coś, o czym mi nie mówisz.
— Tak, kochana dziewczyno. — Leri poklepała Moretę łagodnie po ręce, a potem wzięła jedną z butelek i napełniła szklankę. — Wypij łyk tego — zażądała bezapelacyjnie, wręczając jej szklankę.
Moreta posłusznie wypiła.
— Twoja rodzinna warownia — powiedziała Leri ochrypłym głosem, unikając wzroku Morety — bardzo ucierpiała.
Glos Leri często się łamał, jednak tym razem było to tak uderzające, że Moreta bacznie spojrzała i dostrzegła łzy spływające po policzkach.
— Przez dwa dni nie odzywał się bęben sygnalizacyjny. Wówczas Harfiarz ze wzgórz Keroonu wyprawił się w podróż w dół rzeki… — Palce Leri zacisnęły się na ręce Morety. — Nikt nie pozostał przy życiu.
— Nikt? — Moreta była oszołomiona. Warownia jej ojca liczyła około trzystu ludzi, a jeszcze z dziesięć rodzin miało chaty w pobliżu, na skałach nadrzecznych.