— Wypij to do dna!
Moreta uczyniła to machinalnie.
— Nikt nie przeżył? Żaden z hodowców?
Leri powoli potrząsnęła głową.
— Stada też nie przeżyły! — powiedziała niemal szeptem.
Moreta była jak ogłuszona tą tragedią. Nie wiadomo dlaczego, ale najbardziej żałowała stad. To już dwadzieścia Obrotów, jak zgodnie z życzeniem swojej rodziny odpowiedziała na apel w czasie Poszukiwania. Żałowała oczywiście, że umarli, bo lubiła swoją matkę, braci i siostry i jednego wuja ze strony ojca; samego ojca szanowała ogromnie. Jednakże najbardziej żal jej było biegusów, które tak pieczołowicie hodowano przez osiem pokoleń.
Orlith nuciła łagodnie, uspokajająco i Moreta czuła, jak straszliwe brzemię bólu zostaje złagodzone przez miłość i czułość, przez całkowite zrozumienie istoty jej smutku, przez obietnicę, że smoczyca będzie zawsze jej podporą.
Po policzkach Morety płynęły łzy, ale przy tym czuła się jakoś dziwnie oderwana od własnego ciała, miała wrażenie, że unosi się w przestworzach obojętna na wszystko. „Leri musiała dodać czegoś do swojego wina” — pomyślała z osobliwą jasnością umysłu. Potem zauważyła, że Leri przygląda jej się bacznie, oczy ma niewiarygodnie smutne i zmęczone, każda zmarszczka wielu przeżytych Obrotów rysuje się wyraźnie na jej małej, okrągłej twarzy.
— Nie ma w ogóle żadnych stad? — zapytała w końcu Moreta.
— Czy młode biegusy mogły spędzać zimę na równinach?
Harfiarz nie mógł tego sprawdzić. Nie wiedział, gdzie ich szukać, a nie było czasu, żeby wysłać jeźdźca na rekonesans.
— Nie, nie, oczywiście, że nie byłoby czasu… — Moreta doskonale zdawała sobie sprawę, że nie istnieje taka możliwość w tej chwili, kiedy potrzebny był każdy trzymający się na nogach jeździec, ale uczepiła się tej myśli. — Roczniaki i ciężarne biegusy powinny teraz znajdować się na zimowych pastwiskach. Ktoś z Warowni mógł się nimi opiekować i przeżyć.
Czuła, że dwie istoty niosą jej pociechę, otulają miłością i dodają pewności siebie. „Jesteśmy z tobą!” „Czy Holth jest z tobą, Orlith?” — zapytała w myślach Moreta.
„Oczywiście” — doszła do niej odpowiedź z dwóch, teraz już odróżnialnych źródeł.
„Och, jakie jesteście dobre!” Myśli Morety płynęły w dziwnym oderwaniu od ciała, aż zdała sobie sprawę z zaniepokojenia Leri.
— Nic mi nie jest. Holth sama ci powie. Czy wiedziałaś, że ona mówi do mnie?
— Tak, przyzwyczaiła się sprawdzać, co się dzieje z tobą — powiedziała Leri z życzliwym, pogodnym uśmiechem.
— Co dodałaś do tego wina? Czuję się taka… bezcielesna.
— O to mi właśnie chodziło. Sok fellisowy, kojące ziele i pewien środek euforyczny. Żeby złagodzić ci ten szok.
— Może więc teraz mi wszystko, kiedy czuję się taka wyobcowana z życia. Warownia mojej rodziny… nie mogła być jedyną. — Leri pokręciła głową. — Co z Warownią Ruatha?
— Bardzo ich to ciężko dotknęło…
— Alessan? — zapytała najpierw o niego, bo jego najbardziej byłoby tam brak; jeszcze nie zdążył się nawet nacieszyć, że jest Lordem Warowni.
— Nie, on wraca do zdrowia, ale gości Zgromadzenia zdziesiątkowało… jego bracia, niemal wszystkie wyścigowe biegusy…
— Dag?
— Znam niewiele imion. Weyr i Warownia Igen zostały wstrząsająco wyludnione. Lord Fitatric, jego pani, połowa ich dzieci…
— Na Jajo, czy żadne miejsce nie zostało oszczędzone?
— Ściśle mówiąc, w Bitrze, Lemos, Neracie, Bendenie i Tilleku było stosunkowo niewiele przypadków, a i te odizolowano niezwłocznie, żeby zapobiec zarażeniom. Te Warownie zachowały się wspaniale, wysyłając ludzi na porażone obszary.
— Dlaczego? — Moreta zacisnęła pięści, i wzdrygnęła się gwałtownie. — Dlaczego? Przecież jesteśmy tak blisko końca Przejścia, tak blisko Przerwy. Czy wiedziałaś, że mój ród wywodzi swój początek od poprzedniego Przejścia? A teraz, tuż przed następną Przerwą, został zniszczony!
— Nie wiemy tego na pewno. Może ktoś jest z zimującymi stadami? Weź pod uwagę tę możliwość. Jest to całkiem prawdopodobne.
Moreta uspokoiła się szybko. Opadła do tyłu osłabła, powieki jej zaciążyły, ciało zwiotczało. Miała wrażenie, że od niej odpływa.
— W porządku. Śpij teraz. — Leri zanuciła łagodnie, a zawtórowały jej dwa smocze głosy.
— Oczy mi się same zamykają — wymamrotała Moreta, westchnęła i zapadła w sen.
K’lon odczuł gwałtowną ulgę. Młody czeladnik uzdrowicieli Follen wyszedł z pokoju Lorda Alessana. Na zimnym korytarzu panował odór śmierci, którego K’lon nie mógł już znieść, chociaż zdążył przyzwyczaić się do widoku opanowanych przez zarazę warowni.
— Zaszczepiłem siostrę, harfiarza i tego biedaka. Lord Alessan mówi, że więcej pacjentów znajdziemy w tym korytarzu, ale górne poziomy udało im się opróżnić. Nie mam pojęcia, jak się z tym uporał. Gdybym wiedział, że będzie tu tak źle, poprosiłbym Mistrza Capiama, żeby dał nam więcej surowicy.
— Nie bardzo jest co rozdzielać.
— Otóż to!
Follen blado się do niego uśmiechnął. Poprzedniego wieczora, kiedy bębny doniosły, że są tu tacy którzy przeżyli zarazę, błękitny jeździec przewiózł czeladnika do Warowni Południowy Boli. Capiam w porę odwiedził Południowy Boli i dzięki jego zaleceniom dla uzdrowicieli Warownia uchroniła się przed tak tragicznymi skutkami zarazy, jak w środkowej części kontynentu. Sprawiedliwość wymagała więc, żeby wszyscy ozdrowieńcy oddali krew na surowicę. Nawet popędliwy i wiecznie rozdrażniony Lord Ratoshigan był dawcą, chociaż uważał, że upuszczanie krwi należało do zalecanego leczenia.
— Możemy tu od nich pobrać krew — ciągnął Follen, rozczesując sobie włosy palcami. — Dam im najpierw trochę tej zupy Desdry, ale z obliczeń Lorda Alessana wynika, że ta Warownia sama będzie w stanie zaopatrzyć tych, którzy przeżyli. Nie zapomnij zapytać Lorda Shaddera, czy nie znalazłby jeszcze kilku ochotników. Jestem pewien, że uda nam się uratować wielu z tych, którzy mają wtórne infekcje, jeżeli będziemy mieli dość pielęgniarzy. Musimy spróbować. Ta Warownia została strasznie spustoszona. K’lon przytaknął skinieniem głowy. Dewastacja Wielkiej Sali w Ruacie napełniła grozą niosącą pomoc grupę. Klon i trzy zielone bendeńskie smoki przywiozły z Warowni Benden Follena, ucznia uzdrowiciela i sześciu ochotników. Klon nigdzie jeszcze nie widział tak strasznego widoku, jak ten, który ukazał się ich oczom, gdy wynurzyli się z „pomiędzy”. Monstrualne kopce grzebalne na polu nadrzecznym, szeroki krąg ognisk krematoryjnych w pobliżu terenów wyścigowych, porzucone namioty, ustawiane w tym miejscu, gdzie były dawniej kramy. Wszystko to świadczyło o tym, jaką Ruatha stoczyła walkę o przetrwanie. Smutne strzępy jaskrawych flag pozostałych po Zgromadzeniu, zwisające z górnych rzędów szczelnie pozamykanych okien, wydały się Klonowi groteskowe, szyderczo wspominały o minionej radości w samym środku tragedii, która dotknęła Warownię. Wiatr rozrzucał rozmaite śmieci po opuszczonym placu tanecznym i po drodze, a nad dawno wygasłym ogniskiem kołysał się kociołek z chochlą, pobrzękującą rytmicznie w podmuchach przenikliwie zimnego wiatru.
— Czy ocalała pani Pendra? — zapytał K’lon. Follen przecząco pokręcił głową.
— Nie, ani żadna z córek, które zabrała na Zgromadzenie Ruathańskie. Lord Tolocamp i tak miał więcej szczęścia niż Lord Alessan, któremu została tylko jedna siostra.
— Tyle z całego potomstwa Leefa?
— Lord Alessan martwi się o nią. I o swoje biegusy. Więcej ich przeżyło niż ludzi. Sam z nim porozmawiaj — zaproponował Follen i klepnąwszy błękitnego jeźdźca po ramieniu, ruszył ciemnym korytarzem do następnego pokoju.