Выбрать главу

— To miło z twojej strony, że mi o tym mówisz. Przekaż wyrazy mojej najgłębszej wdzięczności Lordowi Shadderowi i Lordowi Gramowi. — Widok za oknem znowu przyciągnął spojrzenie Alessana. Ta jego obsesja zaczynała niepokoić K’lona.

— Muszę już iść — powiedział błękitny jeździec. — Jest tyle do zrobienia.

— To prawda! Dzięki wam, że zareagowaliście na bębny… i za słowa pociechy, K’lonie. Wyrazy szacunku dla Rogetha, który tu cię przyniósł — Alessan wyciągnął rękę.

Klon przeszedł przez pokój i ujął ją w obydwie dłonie. Lękał się uścisnąć te bezsilne palce, ale uśmiechnął się najserdeczniej, jak tylko potrafił, myśląc, że jeżeli Ruatha była dumna z więzów krwi ze smoczymi jeźdźcami, to on był dumny, że te powiązania obejmują również jego. Może jakaś część jego krwi była jednak w tej surowicy?

Wyszedł z pokoju tak szybko, jak pozwalała na to grzeczność, bo nie chciał poddać się uczuciom, które w nim wzbierały. Pospieszył korytarzem — trzeba tu wystawić żary — do Głównej Sali, gdzie sprzątali dwaj ochotnicy z Bendenu. Zwykłe, domowe odgłosy działały kojąco po tej nienaturalnej ciszy, jaka przywitała ich w Sali w chwili przybycia. Powiedział sprzątającym, że potrzebne są żary i poprosił, żeby jak najszybciej usunęli proporce po Zgromadzeniu. Usłyszał, jak Rogeth ryczy na zewnątrz.

„To miejsce jest wprost rozpaczliwe — mówił żałośnie błękitny smok. — Jest najrozpaczliwsze ze wszystkich miejsc, w jakich byliśmy. Jak długo musimy tu jeszcze zostać?” K’lon wyraził bendeńczykom gorące podziękowania i popędził na frontowy dziedziniec. Rogeth podfrunął na spotkanie K’lona. Oczy wirowały mu ze smutku.

„Ty też odczuwasz smutek tego miejsca. Czy nie moglibyśmy się teraz zobaczyć się z Granth i A’murrym?” Słowu „teraz” towarzyszyło rozpaczliwe prychnięcie.

— Możemy odlecieć natychmiast. — K’lon dosiadł Rogetha i mimo woli spojrzał na to straszne pole z rozpadającymi się szałasami, terenem wyścigów i kopcami grzebalnymi. Czy to one przyciągały spojrzenie Lorda Alessana? Czy może ta garść biegusów, które pasły się na dalekim polu? K’lon wzdrygnął się na turkot wozu umarłych z parą krnąbrnych wołów przy dyszlu.

— Lećmy stąd — powiedział do Rogetha, wstrząśnięty aż do głębi duszy tą zarazą, śmiercią i spustoszeniem. — Muszę spędzić trochę czasu z A’murrym, zanim będę w stanie stawić czoło tego rodzaju sprawom.

K’lona ogarnęła tęsknota za jego łagodnym przyjacielem, za wytchnieniem, jakie daje towarzystwo. Powinien wracać prosto do Siedziby Uzdrowicieli. Tyle było do zrobienia. Zamiast tego skierował Rogetha na nakrapiane słońcem wzgórza Weyru Igen, Rogeth z ochotą skoczył z nasypu w powietrze i zabrał ich w „pomiędzy”.

Rozdział XI

Weyr Fort, Przejście bieżące, 3. 17. 43

— Na Skorupy! — zawołała Jallora. — On zemdlał! Znajdujący się w wewnętrznym pomieszczeniu weyru Kadith zaryczał. Moreta zerwała się z krzesła, żeby uspokoić przerażonego smoka, a czeladniczka badała niechętnego dawcę krwi. „Co się stało?’ — zapytała ze swojego weyru zatroskana Orlith.

— Sh’gall źle zareagował — odparła Moreta wiedząc doskonale, że Holth natychmiast poinformuje o tym Leri, która będzie wiedziała, co naprawdę się stało. — Uspokój Kaditha!

— Mdleją na ogół właśnie tacy silni ludzie — powiedziała Jallora, kiedy Moreta wróciła na swoje miejsce. — Nic mu nie grozi. Chociaż tak bardzo jest nam potrzebna krew na surowicę, nie narażałabym go na ryzyko.

— Ani przez chwilę nie myślałam, żebyś to miała zrobić, Jalloro — odparła z lekkim uśmiechem Moreta.

Czeladniczka przerwała rozmowę Morety ze Sh’gallem, w czasie której krytykował on wszystkie decyzje, jakie podjęto w Weyrze od samego początku jego choroby. Absolutnie nie brał pod uwagę ani faktu, że Moreta nie podejmowała żadnej z tych decyzji, ani tego, że sama dopiero co wyzdrowiała.

— Tacy jak on są również nieznośni jako pacjenci — mówiła dalej Jallora, chociaż jej uwaga skupiona była na krwi skapującej do szklanego pojemnika.

— Czy jego krew pójdzie dla Ruathy?

— Większość tak, kiedy już zaszczepimy resztę waszych jeźdźców. — Gdy Moreta zrobiła ostrzegawczy gest w stronę Sh’galla, uzdrowicielka dodała dyplomatycznie: — Doskonale rozumiem, zapewniam cię. Wciąż jeszcze nie wrócił do siebie. No, starczy. Wezmę tylko tyle, chociaż mógłby oddać więcej krwi i wcale by tego nie odczuł. — Zręcznie wyciągnęła kolec, skinęła na Moretę, żeby przycisnęła tampon. — Przytomność wróci mu za kilka minut. — Jallora zaczęła pakować swoją tacę, starannie zamykając pojemnik. — F’duril powiedział mi dziś, że to ty przeprowadziłaś rekonstrukcję skrzydła Dilentha. Wspaniała robota.

— To skrzydło dobrze się goi, prawda? — Morecie miło było od innego uzdrowiciela usłyszeć słowa uznania.

— Na szczęście podobnie goi się rana F’durila i tego młodego, miłego A’dana. Nigdy przedtem nie odwiedzałam żadnego Weyru. I wiesz, nigdy nie przyszło mi do głowy, że smoki mogą odnieść jakieś obrażenia od Nici. Robią takie imponujące wrażenie…

— Niestety nie są niezniszczalne.

— Na szczęście nie zarażały się tą wirusową influencą!

W tym właśnie momencie Sh’gall jęknął. Jallora pospiesznie pozbierała resztę swego wyposażenia.

— O! Już wróciłeś do siebie, Przywódco Weyru? — wzięła ze stołu szklankę pomarańczowego płynu, wolną ręką podłożyła mu zręcznie poduszki pod plecy i przystawiła szklankę do ust. Wypij to, a poczujesz się dobrze.

— Naprawdę nie uważam, żeby to było mądre z twojej strony, że pobrałaś… — odezwał się Sh’gall rozdrażnionym głosem i niechętnie wziął od niej szklankę.

— Jeźdźcy Fortu potrzebują tego, Przywódco Weyru. Zostaną wszyscy zaszczepieni. Chcemy mieć pewność, że żaden z nich nie będzie musiał znosić tego, przez co ty właśnie przeszedłeś.

Do Sh’galla należało mówić właściwie w ten sposób, jak to robiła Jallora. Kiedy Sh’gall pozwolił się jej oddalić, Moreta pożałowała, że sama również nie może opuścić pokoju.

— Uważam, że nie powinna była tego czynić — powtórzył Sh’gall upewniwszy się, że Jallora już go nie usłyszy.

— Ode mnie też pobrała krew. — Moreta podciągnęła rękaw, żeby mu pokazać maleńki siniak w zgięciu łokcia. Sh’gall odwrócił wzrok. — Mamy stu osiemdziesięciu dwóch jeźdźców niezdolnych do czynu, chorych lub rannych.

— Dlaczego nie zajął się nami Capiam?

— Jallora jest doświadczoną czeladniczką uzdrowicieli. Właśnie miała zdawać egzaminy mistrzowskie, kiedy wybuchła ta zaraza. Capiam sam dopiero co wstał z łóżka, a on musi się martwić o cały kontynent.

— Czyżby Leri nie wiedziała, że na stanowisko Przywódcy wybrałbym F’nine’a? — Sh’gall podjął rozmowę, którą przerwała im Jallora.

— Leri podjęła właściwą decyzję, opierając się na własnych doświadczeniach. Pamiętaj, że była Władczynią Weyru, zanim ty i ja Naznaczyliśmy.

— To dlaczego Kadith donosi mi, że to T’ral zabiera dzisiaj dwa skrzydła do Tilleku? — zapytał ze złością Sh’gall — T’ral jest zastępcą przywódcy skrzydła.

— Oprócz Dalekich Rubieży, Weyrami wciąż jeszcze kierują zastępcy. Im szybciej będziesz mógł przejąć te obowiązki, tym bardziej zadowolone będą wszystkie Weyry.

Ta uwaga zaskoczyła Sh’galla, ale nie wyglądał na zadowolonego.