— Byłem chory. Byłem bardzo chory.
— Współczuję ci. — Moreta starała się, żeby nie zabrzmiało to ironicznie. — Wierz mi, że wieczorem będziesz się już się czuł dużo lepiej.
— Nie jestem wcale pewien…
— A ja tak! Nie zapominaj, że ja również przez to przeszłam. Sh’gall spojrzał na nią z czystą odrazą, ale Moreta nie mogła ustąpić. S’ligarowi należało koniecznie ulżyć w obowiązkach związanych z nieustającymi Opadami. Sh’gall był bardzo dobrym Przywódcą, i przydałyby się teraz jego umiejętności.
— Po Tilleku będzie Nerat — ciągnęła dalej. — Masz szczęście że oni są w stanie wystawić drużyny naziemne.
— Nie wierzyłem Kadithowi, kiedy powiedział mi, że nie było żadnych drużyn naziemnych. Czy ci gospodarze nie zdają sobie sprawy…
— Ci gospodarze doświadczyli znacznie bardziej niż my tej epidemii, Sh’gallu. Porozmawiaj przez parę minut z K’lonem. Zapozna cię z kilkoma brutalnymi faktami. — Wstała. — Mam bardzo dużo roboty. Jallora mówi, że dzisiaj musisz odpoczywać. Jutro będziesz mógł wstać. Kadith może mnie oczywiście zawołać, gdybyś czegoś dzisiaj potrzebował.
— Niczego od ciebie nie potrzebuję. — Sh’gall odwrócił się do niej tyłem i naciągnął sobie futra na głowę.
Moreta chętnie zostawiła go samego. Miała szczerą nadzieję, że za trzy dni nabierze już ochoty przewodzenia swojemu Weyrowi i wyzbędzie się tych pretensji. Dla człowieka, tak żądnego władzy jak Sh’gall, prowadzenie połączonych Weyrów było potężną pokusą. Usiłowała myśleć o nim z nieco większą wyrozumiałością. Wpadł w szok na wieść o spustoszeniu, jakie wywołała ta pandemia, i o druzgocących stratach, jakie ponieśli. Próbował uciec przed tą świadomością, czepiając się drobiazgów, z którymi umiał sobie radzić i które potrafił zrozumieć. Jak na przykład to, kto wylatuje przeciw Niciom, skąd, jak.
Zeszła po schodach do weyru Leri dosyć szybkim krokiem i nie zasapała się przy tym tak bardzo, jak poprzedniego dnia. Musi założyć uprząż na Holth. Chociaż Leri była taka zmęczona, Moreta nie potrafiła wyperswadować jej, że nie powinna walczyć w skrzydle królowych. Potem zajmie się destylacją i przyrządzaniem lekarstw z poważnie uszczuplonych zapasów Weyru. Wiedziała, że K’lon podbiera leki, ale nie miała serca protestować.
— Zemdlał, co? — Leri aż zapiała ze złośliwego rozradowania. I nie był zadowolony z decyzji, jakie podjęłam podczas jego choroby, prawda?
— Czy Holth znowu podsłuchiwała?
— Nie potrzebuje podsłuchiwać. Nie znam innego powodu, żeby ci się ze złości porobiły na policzkach takie rumieńce.
— Mam równie wiele kłopotów, kiedy chcę zmusić ciebie, żebyś posłuchała głosu rozsądku. — Moreta odezwała się bardziej cierpko, niż miała zamiar i poczuła, że znowu się czerwieni. Przecież nadwerężasz swoje siły…
Leri machnęła ręką.
— Nie mam zamiaru pozbawiać się przyjemności, jaką daje mi latanie ze skrzydłem królowych. Jak dotąd radzę sobie. I radzę sobie dużo lepiej niż dawniej! — Łyknęła wina.
— A cóż to takiego? — Moreta znacząco spojrzała na kielich.
— Nie zażyję więcej soku fellisowego, póki sama go nie zrobisz, moja droga Moreto.
— K’lon wie, gdzie można zdobyć trochę suszonych owoców.
— Hm. — Obydwie zdawały sobie sprawę, że zapasy K’lona pochodzą prawdopodobnie z jakiegoś gospodarstwa, gdzie już nikomu nie były potrzebne takie lekarstwa.
Moreta odwróciła się do wieszaka na uprząż, w oczach znowu zapiekły ją łzy. Musi przestać myśleć o opustoszałej warowni swojej rodziny. Przed oczami stanął jej widok warowni, drżącej w blasku letniego słońca: dzieci bawiące się na łące przed domem, stare ciotki i wujkowie wygrzewający się na słońcu pod kamiennym murem. Wspomnienia zatarte teraz przez obraz pustego, wymarłego domu. Węże i dzikie intrusie musiały…
— Moreto? — Głos Leri był miękki i życzliwy. — Moreto, Holth mówi, że przybył K’lon — dodała bardziej energicznym tonem właśnie w tym momencie, kiedy Orlith również przekazała swojej jeźdźczyni tę wiadomość.
— Wydaje mi się czasami, że mam więcej niż dwoje uszu i więcej niż jedną głowę.
„Ja nie mam uszu” — zauważyła Orlith.
A potem do weyru wielkimi krokami wszedł K’lon. Energia aż promieniowała z niego; był w doskonałym humorze. Moreta nagle zwróciła uwagę na ciepły, brązowy kolor jego opalonej twarzy. A kiedy ściągnął hełm do lotów zauważyła, że ma wypłowiałe włosy.
— Moreto, w Neracie mają aż nadto dużo soku fellisowego oznajmił wesoło, zrzucając pękaty plecak. — A Lemos mówi, że mają tojad i salicyl wierzbowy.
— A jak czuł się A’murry, kiedy odwiedziłeś go w Igenie? Uśmiechnęła się do niego żeby wiedział, że nie ma mu za złe tego niewielkiego nadłożenia drogi.
— Dużo, dużo lepiej — z wyraźną ulgą powiedział. — Oczywiście jest jeszcze słaby, ale całymi dniami wygrzewa się na słońcu, co mu dobrze robi na piersi, i zaczyna już mieć apetyt.
— Sporo się opalałeś z A’murrym, prawda, K’lonie? — zapytała Leri.
Moreta zerknęła na nią, bo głos Leri był podejrzanie suchy.
— Jak miałem czas — zająknął się trochę K’lon, gmerając nerwowo przy plecaku.
— Masz na myśli — Moreta pojęła wreszcie, o czym mówi Leri — że „brałeś” sobie czas, żeby być z A’murrym!
— Kiedy pomyśle, jak ciężko pracowałem… — Na zewnątrz weyru Rogeth zaczął trąbić.
— Nikt cię nie gani, Klonie — powiedziała szybko Leri, Holth zanuciła uspokajająco, a oczy jej wirowały błękitem. — Jednakże, mój drogi chłopcze, przy tych manipulacjach z czasem strasznie ryzykowałeś. Mogłeś w drodze spotkać siebie samego…
— Ale nie spotkałem. Byłem bardzo ostrożny!
— A ile to godzin dodawałeś do swoich dni? — W głosie Leri można było wyczuć, zrozumienie, współczucie, a nawet cień rozbawienia.
— Nie wiem. Nigdy nie liczyłem godzin. — Klon niecierpliwie spojrzał w górę. — Przecież wiesz, że musiałem ze wszystkim zdążyć i jeszcze zorganizować czas dla A’murry’ego. Obiecałem mu, że codziennie po południu będę w Igenie. I dotrzymałem tej obietnicy. A równocześnie czułem, że muszę Mistrzowi Capiamowi udzielić wszelkiej pomocy…
— Wierz nam, K’lonie — powiedziała Moreta, kiedy błagalnie zwrócił się do niej — że jesteśmy ci wielce wdzięczne za twoją odwagę i oddanie. Ale taka zabawa z czasem to bardzo niebezpieczna rzecz.
— Czemu nigdy nie wspominał o tym nasz Mistrz Weyrzątek?
— Ta informacja jest zastrzeżona dla spiżowych smoków i królowych, K’lonie. Pewnie odkryłeś ją przypadkiem.
— Tak, chyba tak. — Na twarzy K’lona odbiło się zaskoczenie, jakie musiał wtedy przeżyć. — Byłem spóźniony. Wiedziałem, że A’murry będzie się martwił. Myślałem o nim, jak czeka na mnie, taki niespokojny, i zanim się zorientowałem, co się dzieje, zdążyłem na czas!
— Trochę to szokuje, prawda? — Na krągłej, mądrej twarzy Leri pojawił się szeroki uśmiech.
— Sam nie wiedziałem, jak mi się to udało.
— Więc następnego popołudnia zacząłeś ćwiczyć?
K’lon skinął głową; odprężył się, ponieważ, jak mu się zdawało, Władczyni Weyru z wyrozumiałością przyjęła jego wyczyn.
— Zgłaszam się do Mistrza Capiama rano, a on podaje mi rozkład zajęć. Popołudniami jestem w Igenie, a gdzie indziej latam rano i wieczorem. Jestem bardzo ostrożny.
— Od tej chwili będziesz jeszcze bardziej ostrożny — powiedziała groźnie Leri. — A’murry czuje się już lepiej, sam tak powiedziałeś. A ty nie możesz stale żyć w podwójnym czasie. Dlatego więc dziś po południu zamiast polecieć na Opad, spędzisz czas ze swoim przyjacielem. Od tej chwili nie będziesz wydłużał doby. Holth przypilnuje tego. A my zadbamy o to, żeby Mistrz Capiam często wysyłał cię do Igenu.