Выбрать главу

— Chodź! Wsiadaj! — powiedziała natarczywym głosem Holth.

— Muszę lecieć. — Moreta dosiadła Holth, która była chudsza niż Orlith i nie taka wysoka.

Kiedy stara królowa napinała mięśnie, Moreta poczuła niepokój, że smoczyca może być zbyt zmęczona, żeby wystartować bez rozbiegu. Moreta aż szarpnęło do tyłu, kiedy Holth potężnym skokiem wzniosła się w górę. Lepiej, żeby królowa nie znała jej wątpliwości. Żeby ukryć zażenowanie, Moreta wyobraziła sobie Kamienie Gwiezdne Weyr Fortu, największy z tych głazów i szczyt który wznosił się wysoko nad Kamieniami.

— Lećmy z powrotem do Fortu, Holth!

Podczas przeszywającej zimnem chwili w „pomiędzy” Moretę zaczęły piec ręce w rękawicach. Powinna je była znowu posmarować olejem. Zawsze, kiedy szyła, kaleczyła sobie dłonie igłą. Zielone weyrzątko pozdrowiło je przy powrocie, trąbiąc na niespodziewanie radosną nutę.

Holth poszybowała do swojej półki. Morecie wydawało się, że smoczyca nadlatuje nieco zbyt szybko, i sprężyła się przed lądowaniem.

— Jesteś potrzebna — powiedziała Holth, kiedy Moreta rozluźniała rzemienie.

— Zdejmę ci tylko uprząż…

Jesteś mi już teraz potrzebna! — usłyszała głos Orlith. — Czekałam na ciebie!”

— Oczywiście, że czekałaś, najmilsza i bardzo to było miło z twojej strony, że pozwoliłaś mi polecieć…

— Leri mówi, że nie powinnaś tracić ani chwili — dodała Holth, a jej oczy zaczęły wirować szybciej.

— Czy coś się stało Orlith? — Moreta jak najszybciej pognała w dół po schodach, serce jej waliło. Skręciła pędem do swojego weyru i stłukła sobie ramię, omal nie przewracając się na zakręcie.

Orlith wystawiła głowę, wypatrując swojej jeźdźczyni. Kiedy Moreta wpadła do weyru, Orlith trąbiła.

Moreta zarzuciła ramiona na łeb swojej smoczycy i zauważyła, że obok stoi Leri, owinięta śpiworem, z przesadnie zadowoloną miną.

— Musisz ją jak najszybciej zaprowadzić do Wylęgarni. Chyba nie zdoła już wytrzymać dłużej. Byłaś jednak potrzebna w Dalekich Rubieżach, prawda?

Przepraszając i pocieszając swoją smoczycę, Moreta przytaknęła.

— Nikt nawet nie wiedział, że cię nie było — powiedziała Leri — ale wątpię, czy udałoby mi się długo jeszcze tak oszukiwać.

— Naprawdę już muszę iść — powiedziała Orlith żałośnie.

Rozdział XII

Warownia Fort, Weyry Fort i Dalekich Rubieży, Przejście bieżące, 3. 18. 43

— Bardzo się cieszę, że wreszcie usłyszałem jakąś dobrą wiadomość — powiedział Capiam, kiedy umilkł głos wielkiego bębna. Wszyscy słyszeli dudnienie bębnów, ale ponieważ siedzieli za grubymi kamiennymi ścianami apartamentu Lorda Tolocampa w Warowni Fort, nie byli w stanie rozpoznać kodów, dopóki Siedziba Harfiarzy nie zaczęła przekazywać wieści dalej.

— Dwadzieścia pięć jaj to niezbyt wiele — powiedział Lord Tolocamp przesadnie ponurym głosem.

Capiam pomyślał, że chyba ta szczepionka, którą wstrzyknięto Lordowi Warowni, musiała zawierać jakieś nietypowe zanieczyszczenie. Zmianie uległa cała osobowość tego człowieka. Niektórzy ludzie mogliby dojść do wniosku, że boleje on po stracie żony i czterech córek, ale Capiam wiedział, że Tolocamp pocieszył się dosyć szybko, biorąc sobie nową żonę, więc jego smutek był podejrzany. Poza tym Tolocamp uważał, że poniesione przez niego straty usprawiedliwiają wszelkie niedociągnięcia.

— Dwadzieścia pięć jaj i do tego jajo królewskie to znakomity wynik jak na tak późną porę Przejścia — odpowiedział Capiam stanowczo.

Lord Tolocamp poskubał dolną wargę, a potem ciężko westchnął.

— Moreta naprawdę musi się postarać, żeby to jakiś inni smok, a nie Kadith, dogonił Orlith w następnym locie godowym. Sh’gall był taki chory.

— To nie jest nasza sprawa — zauważył Tirone, włączając się do dyskusji. — Poza tym choroba jeźdźca nie ma najmniejszego wpływu na sprawność smoka. A w ogóle to Sh’gall wyleciał do Neratu walczyć z Nićmi, więc chyba całkowicie wyzdrowiał.

— Chciałbym, żeby nas poinformowano, jaki jest stan każdego z Weyrów — powiedział Lord Tolocamp z ciężkim westchnieniem. — Tak się martwię.

— Weyry — powiedział Tirone z naciskiem i spod oka rzucił pełne irytacji spojrzenie na Lorda Warowni — wywiązały się ze swoich zobowiązań wobec Warowni!

— Czy to ja przyniosłem tę chorobę do Weyrów? Albo do Warowni? Gdyby jeźdźcy smoków nie latali tak ochoczo to tu, to tam…

— A Lordowie Warowni nie zapełniali tak ochoczo wszystkich zakątków i zakamarków w swoich…

— Nie czas na czynienie sobie wyrzutów! — Tirone rzucił Capiamowi ostrzegawcze spojrzenie. — Tolocampie, wiesz równie dobrze, a może nawet lepiej niż inni, że na kontynent paskudztwo to sprowadzili marynarze! — Głęboki, grzmiący głos Mistrza Harfiarza był szorstki. — Wróćmy do dyskusji, którą przerwały nam takie dobre wieści. — Mina Tirone’a świadczyła o tym, że Capiam musi zapanować nad swoją antypatią do Tolocampa. W tym twoim obozie mam wielu ciężko chorych ludzi. — Tirone machnął ręką w kierunku okna. — Nie wystarczy nam szczepionki, żeby zahamować chorobę, ale chorych powinno się przynajmniej porządnie zakwaterować i umiejętnie pielęgnować.

— Są wśród nich uzdrowiciele — odparł posępnie Tolocamp. Przynajmniej tak mi mówiłeś!

— Uzdrowiciele też mogą zachorować na tę wirusową influence i nie potrafią wiele zdziałać bez lekarstw. — Capiam sugestywnie pochylił się nad stołem w kierunku Tolocampa, który gwałtownie się cofnął. Jeszcze jeden jego zwyczaj, który irytował uzdrowiciela. — Masz ogromne magazyny pełne środków leczniczych…

— Zebranych i przygotowanych przez moją zmarłą małżonkę… Capiam z trudem zapanował nad sobą. — Lordzie Tolocampie, nam są koniecznie potrzebne te zapasy… Oczy Tolocampa zwęziły się ze złości.

— Dla Ruathy, co?

— Inne Warownie poza Ruathą też odczuwają braki! — Capiam odezwał się pospiesznie, żeby rozproszyć podejrzenia Tolocampa.

— Za zapasy ponoszą odpowiedzialność poszczególni gospodarze. Nic mnie to nie obchodzi. Nie mogę nadal uszczuplać zapasów, które mogą przydać się dla moich własnych ludzi.

— Jeżeli Weyry, które tak bardzo ucierpiały, potrafiły rozszerzyć obszar swojej działalności, wykraczając poza tereny im przypisane, to jak ty możesz odmówić? — zapytał Tirone.

— Z łatwością. — Tolocamp wydął wargi. — Nikomu z zewnątrz nie wolno przekroczyć granic Warowni. Jeżeli nie złapali akurat tej zarazy, to na pewno przynieśli jakąś inną, równie zaraźliwą chorobę. Nie będę więcej narażał moich ludzi. Nic więcej nie otrzymacie z moich magazynów.

— A więc ja wycofam moich uzdrowicieli z twojej Warowni — powiedział Capiam, zrywając się na równe nogi.

— Ależ… ależ… ty nie możesz tego zrobić!

— Może, co do tego nie ma dwóch zdań! Obaj możemy odparł Tirone. Podniósł się, obszedł stół dookoła i stanął przy Capiamie. — Rzemieślnicy podlegają jurysdykcji swojej Siedziby. Zapomniałeś o tym, prawda?

Capiam wypadł z pokoju tak rozgniewany małostkowością Tolocampa, że mało go krew nie zalała. Tirone szedł tuż za nim.

— Odwołam ich wszystkich! Potem dołączę do ciebie w obozie. — Nie przypuszczałem, że do tego dojdzie! — Capiam chwycił Tirone’a za ramię, usiłując okazać mu, jak jest wdzięczny za tak szybkie poparcie.