— Tolocamp po raz ostatni nadużył wielkoduszności Siedzib! W zwykle delikatnym głosie Tirone’a pojawił się twardy ton. Mam nadzieję, że przypomni to innym o naszych prerogatywach.
— Odwołaj naszych ludzi, Tirone, ale nie idź ze mną do obozu. Musisz zostać w siedzibie ze swoimi ludźmi i kierować moimi.
— Moi ludzie — Tirone z przymusem się roześmiał — poza bardzo niewieloma wyjątkami marnieją w tych jego zatraconych obozach. To ty musisz pozostać w siedzibie.
— Mistrzu Capiamie…
Na dźwięk kobiecego głosu obaj gwałtownie się odwrócił. Była to grubokoścista dziewczyna o dużych, brązowych, szeroko rozstawionych oczach i inteligentnej, chociaż nieładnej twarzy. Gęste, czarne włosy miała ściągnięte do tyłu.
— Oto klucze od magazynów.
— Skąd… — Rzadko się zdarzało, żeby Tirone’owi zabrakło słów.
— Lord Tolocamp nie ukrywał swego stanowiska, kiedy zwrócono się do niego z prośbą o lekarstwa — to ja pomagałam je zbierać i przechowywać.
— Pani… — Capiam nie mógł sobie przypomnieć, jak jej na imię.
— Nerilka. — Przedstawiła się szybko, z lekkim uśmiechem. Mam prawo zaoferować wam owoce mojej własnej pracy. — Spojrzała na Capiama. — Jest tylko jeden warunek.
— Wszystko, co będzie w mojej mocy. — Capiam gotów był wiele dać za te lekarstwa.
— Żebym mogła opuścić Warownię w waszym towarzystwie i pracować przy chorych w obozie. Zostałam zaszczepiona. Uśmiechnęła się z przekąsem. — Lord Tolocamp był szczodrobliwy tamtego dnia. Za nic nie zostanę w Warowni, żeby mnie lżyła dziewczyna młodsza ode mnie. Tolocamp zgodził się, żeby weszła razem z rodziną do Warowni od strony wzgórz ogniowych, ale uzdrowicielom i harfiarzom każe tam umierać!
„I pozwolił, żeby moja matka i siostry umarły w Ruacie.” Nie było wątpliwości, że to właśnie miała na myśli.
— Tędy, szybko — powiedziała przejmując inicjatywę i pociągnęła Capiama za rękaw.
— Odwołam moich ludzi z tej Warowni — powiedział Tirone i ruszył szybkim krokiem w kierunku sali.
— Młoda damo, czy zdajesz sobie sprawę, że kiedy raz opuścisz Warownię bez wiedzy swojego ojca, zwłaszcza przy jego obecnym nastawieniu…
— Mistrzu Capiamie, wątpię, czy w ogóle zauważy, że mnie niema — odparła Nerilka, rozgoryczona postępowaniem nowej żony swego ojca. — Te stopnie są bardzo strome — dodała i otworzyła ręczny żar.
„Strome, kręte i wąskie” — pomyślał Capiam, kiedy stopa pośliznęła mu się na pierwszym stopniu. Nie lubił tajnych schodów, a w Forcie było ich mnóstwo. Kiedy starożytni budowali swoje pierwsze warownie w naturalnych jaskiniach, wykorzystywali chętnie takie schody jako dodatkowe przejścia z jednego poziomu na drugi. Miał wrażenie, że droga ta nigdy nie będzie miała końca. A potem ciemności rozjaśniły się i wyszli na podest, z którego w trzy strony rozchodziły się wąskie, wysokie korytarze. Oprócz tych krętych schodów, którymi właśnie zeszli, były tu jeszcze jedne; miał nadzieję, że nie będą musieli z nich korzystać.
Nerilka poprowadziła go na prawo, potem w dół po szerokich schodkach i na lewo. Kompletnie stracił orientację. Nerilka skręciła w lewo jeszcze raz. Trzej służący, rozwaleni na długich ławach, stojących przy ciężkich, drewnianych drzwiach, podnieśli się na nogi z obojętnym wyrazem twarzy.
— Widzę, że nie ociągaliście się — powiedziała Nerilka i z aprobatą skinęła głową. — Ojciec ceni sobie punktualność. — Do otwarcia zamków potrzebne były trzy wielkie klucze. Służący musiał się dobrze natężyć, żeby otworzyć drzwi. Ze spiżarni doleciała mieszanina aromatów — gorzkawych, wonnych. Czuć było stęchliznę.
Nerilka podniosła przykrywkę na żarze i oświetliła zlewy, palniki, stoły, wysokie taborety, aparaty i przyrządy do odmierzania, lśniące miski i szklane butle. Capiam często bywał w tym pokoju w towarzystwie pani Pendry, ale przychodzili tu od innej strony. A teraz Nerilka otworzyła magazyn i skinęła na niego, żeby poszedł za nią. Uśmiechnęła się, kiedy aż krzyknął z zaskoczenia.
Capiam wiedział, że magazyny Fortu są wielkie, ale nigdy nie był poza miejscem wydawania leków. Stali na szerokim podeście, oddzielonym balustradą od olbrzymiego, ciemnego wnętrza; na główny poziom prowadziły w dół schody. Słyszał, jak pełzają szeleszcząc węże tunelowe, umykają przed nagłym światłem. Capiam widział półki sięgające do wysokiego, sklepionego sufitu. Stały tu rzędami zakurzone beczki, skrzynie i stojaki do suszenia. Zgromadzone tu zapasy przyprawiały go o zawrót głowy i w dwójnasób potępił skąpstwo Tolocampa.
— Spójrz, Mistrzu Capiamie, na owoce mojej pracy. A pracowałam, odkąd urosłam na tyle, że potrafiłam ściąć liść, wykopać cebulkę lub korzeń — powiedziała ze smutkiem Nerilka. — Towarzyszyły mi w tym moje zmarłe siostry, które nie odmówiłyby ci pomocy. Szkoda, że nie wszystkie te nagromadzone zapasy nadają się do użytku, ale zioła i korzenie tracą po pewnym czasie swoją moc. Większość z tego, co tu widzisz, to śmieci, na których tuczą się węże tunelowe. Koromysła są w tamtym kącie, Sim. Weźcie te bele. — Powiedziała autorytatywnym tonem, pokazując służącym paki. — Mistrzu Capiamie, jeżeli nie masz nic przeciwko temu… to jest sok fellisowy. — Wskazała na gąsior w koszu. — Wezmę go. — Podniosła wielką butlę za opasujący ją rzemień. Drugą ręką zarzuciła sobie na ramię jedną z pak. — Sporządziłam wczoraj wieczorem świeżą miksturę z podbiału, Mistrzu Capiamie. W porządku, Sim. Ruszajcie w drogę. Przejdziemy wyjściem kuchennym. Lord Tolocamp narzekał, że niszczymy mu dywany w głównej sali. Należy stosować się do jego poleceń, nawet jeżeli oznacza to dla nas nieco dłuższą drogę.
Postawiła gąsior, żeby zamknąć magazyn. Nie ulegało wątpliwości, że musiała zadać sobie wiele trudu, żeby tak wszystko po kryjomu przygotować. Po raz ostatni rozejrzała się dokoła, a potem popatrzyła Capiamowi w oczy. Służący byli już w połowie korytarza.
— Chętnie wzięłabym więcej, ale jeżeli jutro dodamy do waszego orszaku czterech służących, strażnik niczego nie zauważy.
Dopiero wtedy Capiam zwrócił uwagę, że Nerilka ma na sobie ubranie z szorstkiej wełny, jakie zwykła nosić służba: przepasaną skromnym paskiem tunikę, szare spodnie i ocieplane zimowe buty.
— Nikt się nie zainteresuje, jeżeli jeden ze służących pójdzie dalej, do obozu. Nikt też przy wyjściu kuchennym nie uzna tego za dziwne, że Mistrz Uzdrowiciel wychodzi z zapasami. Dziwiliby się raczej, gdyby wychodził z pustymi rękami.
Zamknęła zewnętrzne drzwi i zawahała się spoglądając na pęk kluczy.
— Nigdy nic nie wiadomo — powiedziała sama do siebie. Wepchnęła klucze do mieszka u pasa, a potem, zauważając spojrzenie Capiama uśmiechnęła się do niego. — Moja macocha myśli, że ma jedyny komplet kluczy. Jednakże moja matka uważała, że skoro pracuję w destylarni, powinnam móc sama ją otwierać. Tędy, Mistrzu Capiamie.
Capiam poszedł za nią. Potulność tych dziewcząt była źródłem rubasznych prześmiewek w Cechach za każdym razem, kiedy pani Pendra zapraszała do Warowni nieżonatych mężczyzn wyższej rangi. Nerilka, jak ze smutkiem przypomniał sobie Capiam, była najstarszą z jedenastu córek. Miała też dwóch starszych braci, Campena i Mostara, i czterech młodszych. Pani Pendra stale była w ciąży, co powodowało złośliwe komentarze uczniów uzdrowicieli. Capiamowi nigdy nie przyszło do głowy — a już z pewnością nie pomyśleli o tym jego bezwstydni młodsi podwładni — że „Horda z Fortu” mogła mieć swój rozum, czy swoje własne zdanie na jakiś temat. Nerilka zbuntowała się na dobre.
— Pani Nerilko, jeżeli wyjdziesz teraz…