Выбрать главу

— Wychodzę — powiedziała stanowczym, cichym głosem, kiedy dotarli do korytarza, prowadzącego na tyły kuchni.

— W ten sposób, to Lord Tolocamp…

Nerilka zatrzymała się i stanęła twarzą w twarz z Capiamem pod łukiem wiodącym do hałaśliwej kuchni.

— Nie zatęskni za mną. — Podniosła gąsior i westchnęła ciężko, rzucając spojrzenie na drzwi przez które wyszli służący. — Naprawdę mogę się przydać w tym obozie, bo znam się na mieszaniu lekarstw, sporządzaniu wywarów i parzeniu ziół. Będę robiła coś potrzebnego, zamiast siedzieć gdzieś bezczynnie. Wiem, że twoi rzemieślnicy są przepracowani. Potrzebne są wszystkie ręce.

— Poza tym — mogę się wśliznąć z powrotem, kiedy będzie trzeba. — Poklepała klucze w mieszku. — Służący robią to przez cały czas. Czemu więc ja nie miałabym tego zrobić?

Ruszyła naprzód, a on pospieszył za nią, nie potrafiąc zbić jej argumentów. Kiedy wyszła z kuchennego korytarza, nagle całkowicie się odmieniła; przestała być dumną córką władcy Warowni, stała się gamoniowatą kobietą z ludu, która szła szurając nogami, z opuszczoną głową, niezgrabna, obciążona ponad miarę i zła na cały świat.

Kiedy znaleźli się na drodze, Capiam ukradkiem zerknął w lewo na główny dziedziniec i schody. Tirone z licznymi harfiarzami i uzdrowicielami, którzy zwykle obsługiwali Warownię Fort, schodzili z nasypu.

— On będzie się przyglądał im! Nie nam — powiedziała Nerilka. Zachichotała. — Spróbujże kroczyć nieco mniej dumnie, Mistrzu Capiamie. Chwilowo jesteś jedynie służącym, wysłanym wbrew twej woli w kierunku granicy, przejętym zgrozą, że zachorujesz i umrzesz jak wszyscy w tym obozie.

— W obozie wcale wszyscy nie umierają.

— Oczywiście, że nie, ale Lord Tolocamp tak uważa. Stale nas o tym informował. A, spóźnione starania z jego strony, żeby powstrzymać masowy exodus. Nie zatrzymuj się! — dodała rozkazująco.

Skonsternowany Capiam byłby się zatrzymał, gdyby nie jej ostrzeżenie. Zobaczył jak czterech strażników rusza za grupą Tirone’a.

— Możesz iść bardzo powoli, to zgodne z twoją rolą, ale się nie zatrzymuj — poradziła Nerilka.

Ona też się przyglądała z zaciekawieniem. Z tej odległości Capiam nie potrafił ocenić, czy strażnicy swoje obowiązki wypełniają z entuzjazmem, czy też nie. Po krótkiej szarpaninie Tirone i jego towarzysze niespiesznie poszli dalej drogą w stronę Siedziby Harfiarzy, a Nerilka i Capiam ruszyli w kierunku granicy.

Obóz internowanych założono po lewej stronie od masywu skalnego Warowni Fort, w małej dolince, niewidocznej z Warowni. Rozmieszczono nad nim posterunki straży w taki sposób, żeby Lord Tolocamp mógł je bez trudu widzieć ze swoich okien. Wzniesiono baraczek jako schronienie dla strażników, a po jego obydwu stronach postawiono tymczasowy płot. Patrole straży bez przerwy chodziły tam i z powrotem wzdłuż ogrodzenia.

Trzej służący Nerilki złożyli swoje ciężary przy wartowni, tam gdzie inni stawiali kosze z jedzeniem. Potem zawrócili do Warowni, balansując pustymi nosidłami na ramionach.

— Jeżeli przekroczysz granicę, Mistrzu Capiamie, nie wpuszczą cię z powrotem — przypomniała mu Nerilka.

— Jeżeli więcej niż jedna droga prowadzi do Warowni, czemu miałoby być tylko jedno przejście przez granicę? — zapytał nonszalancko Capiam. — Do zobaczenia, pani Nerilko.

Kiedy podchodzili do baraku, wyznaczano właśnie strażników, którzy mieli przenieść kosze i bele na zakazany teren, gdzie czekała już cierpliwie grupa mężczyzn i kobiet.

— Ej, Mistrzu Capiamie! — zawołał z niepokojem dowódca strażników. — Jak tam wejdziesz, to będziesz już musiał zostać…

— Z tym lekarstwem trzeba się delikatnie obchodzić, Thengu. Wbij im to do głowy.

— Tyle to mogę dla ciebie zrobić — odparł Theng i postawił gąsior obok bel — Należy się z tym obchodzić ostrożnie, najlepiej, żeby zajął się tym jakiś uzdrowiciel. Mistrz Capiam mówi, że to lekarstwo.

Internowani ruszyli się, żeby pozabierać to, co im przyniesiono, a Theng cofnął się. Nerilka znajdowała się tuż za nim i kiedy zawrócił do wartowni, prześliznęła się obok niego i dołączyła do tych, którzy zabierali kosze, jak gdyby była jedną z nich.

Capiam czekał, że ktoś zaraz podniesie krzyk, bo przecież pozostali strażnicy musieli ją zauważyć. Kiedy Theng ujął go za ramię, żeby go poprowadzić z powrotem, Nerilka szła już ciężkim krokiem w dół zbocza, w kierunku namiotów obozu.

— Mistrzu Capiamie, sam wiesz, że nie mogę ci pozwolić na bliski kontakt z żadnym z twoich rzemieślników — powiedział Theng, kiedy Capiam rzucił jeszcze jedno spojrzenie za oddalającą się Nerilka.

— Wiem, Thengu. Martwiłem się o to lekarstwo. Tak niewiele składników nam zostało.

Theng mruknął coś przez zęby i zajął się rozstawianiem straży. Capiam zawrócił w kierunku cechów.

Idąc uświadomił sobie, że nie wolno mu porzucić swojej siedziby w taki sposób, jak Nerilka opuściła Warownię. Jako Mistrz Uzdrowiciel miał pełne prawo odwołać z Warowni uzdrowicieli, ale sam musi tu pozostać, żeby mieli dostęp do niego ci wszyscy, którzy go mogą potrzebować. Cale szczęście, że obóz zyskał nie tylko lekarstwa, ale i cenną pomoc. Musi poprosić o ochotników, żeby jak najszybciej zabrali do Ruathy resztę ukradzionych przez Nerilkę zapasów.

— Można pobrać posokę od jednej królowej i posmarować nią stawy drugiej — powiedziała Moreta do Leri. — A ty nie powinnaś była tu przychodzić z wiadomością, którą mógł przynieść ktoś inny.

Stały u wejścia na teren Wylęgarni i rozmawiały przyciszonym głosem, chociaż śpiąca Orlith pewnie nie zwróciłaby na nie uwagi gdyby nawet zaczęły wrzeszczeć. Wciąż jeszcze była wyczerpana po złożeniu dwudziestu pięciu skórzastych jaj. Leżała zwinięta wokół nich, przednimi łapami objęła królewskie jajo, głowę miała dziwnie skręconą. Skóra na jej brzuchu zaczynała się kurczyć i miała dobry kolor, więc Moreta nie niepokoiła się już o swoją królową i miała czas, żeby martwić się o Tamianth Falgi.

— Nikt tam nie jest w stanie tego zrobić — powiedziała Leri z pogardą — a przynajmniej tak Holth została poinformowana przez Kilanath. Holth mówi, że Kilanath miała bardzo zmartwiony głos.

— I słusznie, jeżeli uszkodzone skrzydło Tamianth nie wytwarza posoki. — Moreta zaczęła chodzić tam i z powrotem. Czy Falga jest przytomna?

— Majaczy.

— To nie zaraza?

— Nie, gorączka od rany.

— Na Skorupy! Falga umie pobierać posokę. To musi być Kilanath i Diona… — Moreta obejrzała się na drzemiącą Orlith.

— Będzie jeszcze długo spała — powiedziała półgłosem Leri wchodząc na teren Wylęgarni i silnie ściskając dłonie Morety w swoich rękach. — Nie zajmie ci wiele czasu, żeby pobrać posokę i rozsmarować ją…

— W ten sposób zawiodę zaufanie Orlith!

— Ona mnie też ufa. Ty zwlekasz, a z każdą chwilą…

— Wiem! — Morela z rozpaczą pomyślała o Faldze, Tamianth, o wszystkim, czego tamten Weyr dokonał przez ostatnie kilka dni.

— Gdyby Orlith się zbudziła, Holth będzie o tym wiedziała, a ponieważ sytuacja jest krytyczna, Orlith zrozumie. Już skończyła znosić jaja! — Leri natarczywie ściskała ręce Morety.

Za dużo było tych niecodziennych okoliczności, które usprawiedliwiały niecodzienne czyny.

— Holth chętnie poleci. Zapytałam ją od razu, jak tylko powiedziała mi o Tamianth.

Dla Leri było jasne, że nikt w Forcie nie zdaje sobie sprawy z tego, że dwa dni temu Moreta poleciała leczyć ranną królową Dalekich Rubieży. Moreta rzuciła rozpaczliwe spojrzenie na swoją pogrążoną we śnie królową, odpowiedziała uściskiem na uścisk Leri i wyszła pospiesznie z Wylęgarni. Leri nie mogła za nią nadążyć.