Выбрать главу

— Nie leć tak! — wyszeptała.

Moreta zwolniła kroku. O tej szarej godzinie przedświtu nikogo tu nie było. Miały dziś opadać Nici nad Neratem i jeźdźcy smoków odpoczywali przed akcją.

W drodze do Holth Moreta zatrzymała się tylko na moment, żeby się przebrać się w swój własny strój do lotów. Kurtka Leri nie zakrywała jej całych pleców, a nie mogła ryzykować, że przeziębi sobie nerki. Holth powitała ją u wejścia do swojego weyru i zeszła na skraj półki. Moreta wsiadła na nią, uświadamiając sobie powtórnie, jak różne są smoki. Chciała nie myśleć o tym, że w jakimś sensie zdradza Orlith.

— Lećmy do Dalekich Rubieży, Holth — powiedziała przyciszonym głosem.

— Jeździec na warcie śpi, a błękitny smok nie zauważy naszego odlotu — powiedziała beznamiętnie Holth i pomimo swoich czarnych myśli Moreta musiała się uśmiechnąć. A więc Leri i Holth pomyślały również o tym.

Holth odbiła się od swojej półki i ledwie uniosła się w powietrze, już zniknęła w „pomiędzy”. Morecie aż dech zaparło na takie zuchwalstwo, nie miała nawet czasu pomyśleć o swoim wierszyku, kiedy ciemności wokół nich rozjaśniły się od żarów otaczających Nieckę Dalekich Rubieży.

— Tamianth jest pod nami, jednak ja wolę startować z jakiejś półki — powiedziała Holth. — Tamianth nie będzie mi miała za złe, że użyję jej półki. — Potem dodała łagodnie: — Orlith śpi. I Leri też.

— Och, wy! — pokiwała głową Moreta.

Holth zwróciła na nią swoje lśniące oczy i cicho fuknęła.

— Czy to ty, Moreto? — zapytał jakiś rozdygotany głos.

— Tak, to ja.

— Ojej, dzięki ci! Tak mi przykro, że cię fatygowałam, ale sama nie potrafię tego zrobić. Tak się boję, że zrobię Kilanath krzywdę. Ze uszkodzę jakiś nerw. Próbowali wytłumaczyć mi, jakie to jest proste, ale ja im nie wierzę. Obudź się, Kilanath. Moreta przyleciała.

Poniżej półki ciemności rozświetliła para smoczych oczu. Moreta oparła dłoń o ścianę, lewą stopą usiłując wymacać górny stopień. Z kwatery weyrzątek, którą zajmowała teraz Tamianth, sączyło się światło, ale schody pogrążone były w mroku.

— Ojej, pospiesz się, Moreto! — płaczliwie błagała Diona.

— Szłabym szybciej, gdybym widziała, gdzie idę — odparła Moreta, zdenerwowana nieudolnością Diony.

— Tak, oczywiście. Nie pomyślałam o tym. Przecież nie znasz tego Weyru. — Diona otworzyła koszyczek z żarem, ale zanim go podniosła do góry, odwróciła światło od Morety. — Tak, Pressenie, ona jest tutaj. Och, pospiesz się, Moreto. Ojej, przepraszam. Przypomniała sobie, żeby podnieść koszyczek i oświetlić Morecie stopnie.

Moreta popędziła na dół, żeby zdążyć, zanim coś znowu odwróci uwagę Diony. Kilanath pochyliła głowę w stronę Morety i zaczęła ją obwąchiwać, jak gdyby sprawdzając, co to za gość.

— Kilanath, nie denerwuj się — zanuciła jękliwie Diona słodkim głosem, który mógłby zirytować każdą królową. Wiesz, że ona przyleciała tu tylko po to, żeby pomóc. — Diona odwróciła się przepraszająco do Morety. — Ona naprawdę będzie grzeczna, strasznie martwi się o Tamianth.

Kiedy Moreta weszła do kwatery weyrzątek, zrozumiała dlaczego. Tamianth miała kolor bardziej zielony niż złoty, poza szarym skrzydłem i szarą, pokrytą maścią, raną na boku. Skrzydło zostało podparte w barku i włożone w łubki, ale jej skóra bezustannie drgała z napięcia. Tamianth podniosła powieki szarych z bólu oczu.

— Wody! Dajcie wody! — Falga podniosła głos w gorączkowej skardze.

— Ona nic więcej nie mówi! — Diona załamywała ręce.

Pressen, ten uzdrowiciel o bystrych oczach, podbiegł do Falgi i podał jej wodę, ale ona odepchnęła ją i znowu zaczęła się niespokojnie rzucać.

Moreta podeszła do królowej, ujęła fałd skóry na szyi i aż zaklęła. Smoczyca była odwodniona, skórę miała wysuszoną na wiór.

— Wody. Chyba jasne, że to Tamianth potrzebuje wody! Czy nikt nie dał pić królowej? — Moreta rozejrzała się za czymkolwiek przypominającym zbiornik na wodę.

— Och, nawet o tym nie pomyślałam! — Diona podniosła dłonie do ust, a jej oczy rozszerzyły się z przerażenia — Kilanath ciągle mówiła mi o wodzie, ale myśleliśmy, że to Falga…

— No to, na Jajo Faranth, przynieście wody!

— Wody! Wody! — jęczała Falga, niespokojnie usiłując się podnieść.

— Nie stójże tak, Diono! Czy w sąsiednich budynkach są jakieś weyrzątka? No to niech się ruszą! Weźcie chociażby jakiś kocioł z kuchni, ale przynieście temu nieszczęsnemu zwierzęciu wodę. To cud, że ona jeszcze nie umarła! Ze wszystkich nieodpowiedzialnych, nieudolnych, rozpaplanych idiotek, jakie kiedykolwiek spotkałam… — Moreta zauważyła zaskoczenie na twarzy Pressena. Opamiętała się, zaczęła głęboko oddychać, żeby pozbyć się tego bezsilnego gniewu i przerażenia, które w niej aż kipiały. — Przecież nie mogę tu ciągle przylatywać z powodu twoich niedociągnięć!

— Oczywiście, że nie! — powiedział pojednawczo Pressen. To biedne zwierzę było za słabe, żeby porozumieć się z kimkolwiek poza swoją jeźdźczynią, półprzytomną z bólu! Wściekła na głupotę Diony Moreta chwyciła za najbliższy żar, żeby zbadać skrzydło Tamianth. Dwa dni bez posoki — te brakujące fragmenty skrzydła mogą nie odrosnąć. Żar zalśnił złowieszczo na plamie na podłodze pod zranionym bokiem Tamianth. Ze zduszonym okrzykiem rozpaczy Moreta opadła na kolano, zanurzyła palce w tej cieczy i powąchała ją.

— Pressenie! Przynieś mi czerwone ziele i olej! Ten smok się wykrwawia na śmierć!

— Co?

Pressen potykając się podbiegł do niej, a ona uniosła wysoko żar, oświetlając bok Tamianth. Przypominała sobie, jakie wydała polecenie Pressenowi, który nie był obeznany z ranami smoków: niech rana będzie stale pokryta kojącym balsamem. Czemu sama jej nie sprawdziła? Jak mogła założyć, że ktoś tę ranę należycie opatrzy, kiedy w Dalekich Rubieżach panował taki chaos, uzdrowiciele byli niedoświadczeni, a jeźdźcy zmęczeni? Zamiast zająć się tym, odleciała, szalenie zadowolona z siebie, że tak zrekonstruowała to skrzydło.

— To moja wina, Pressenie. Powinnam była zainteresować się również jej bokiem. Bruzda po Niciach musiała poprzerywać żyły wzdłuż boku i barków. Kojący balsam zamaskował sączącą się posokę. Posoka nie dochodzi do skrzydła. Będziemy musieli pozszywać te żyły. Podobne operacje przeprowadza się na ludziach. Główną różnicą jest kolor krwi.

— Chirurgia nie jest moją mocną stroną, ale — dodał, widząc rozpacz na jej twarzy — asystowałem już przy operacjach i teraz też mogę to uczynić.

— Będą mi potrzebne klamry chirurgiczne, olej, czerwone ziele, nawleczone igły…

Pressen nalewał do misek czerwone ziele i olej.

— Mam wszystkie instrumenty. Przekazano mi wyposażenie po Barlym, kiedy tu przybyłem.

Moreta poszła zbadać uszkodzone skrzydło, zaniepokojona co tam zobaczy. Na stawach pojawiło się kilka kropli posoki, ale dużo mniej niż trzeba. Tamianth musi mieć wiele szczęścia, żeby wyjść z tego. Niewykluczone, że jak się zaaplikuje posokę Kilanath, da się jeszcze uratować sytuację. Dzięki częstemu i obfitemu smarowaniu balsamem kojącym te fragmenty skrzydła przynajmniej nie wyschły. Kiedy żyły Tamianth zostaną już pozeszywane i kiedy przyniosą wreszcie biedaczce wodę…

Moreta szorowała ręce czerwonym zielem, od którego piekły niezagojone zadrapania. Potem dokładnie nasmarowała ręce olejem, podczas gdy Pressen czynił te same przygotowania.