Jeszcze kilka dni i biegusy zapomną, że trenowano je na wyścigi. Powtarzał to sobie stale. Jeżeli chce zarządzać Warownią, musi wytrenować je na nowo. Z gorzkim uśmiechem zastanawiał się, czy te jego kłopoty nie są przypadkiem karą za sprzeciwianie się życzeniom ojca. Jednakże żadne zwierzę tamtej rasy nie przeżyło zarazy. Cięższe biegusy, zwierzęta pociągowe, zwierzęta do pługa, krzepkie długodystansowce, wszystkie one okazały się szczególnie podatne na infekcje płucne. Lekkie, żylaste biegusy jego chowu przeżyły i pasły się na bujnych łąkach nadrzecznych, dopóki nie musiał zaprząc ich do pługa.
Trzeba było zaorać i obsiać ziemię, złożyć daninę, wykarmić Warownię. Doszedł na skraj pola i szerokim łukiem zawrócił biegusy. Skiby były nierówne, ale ziemia została odwrócona. Sprawdził kątem oka jak radzą sobie na połach pod Warownią inni oracze. Widział stąd także drogę prowadzącą na północ. Nadjeżdżał nią właśnie jakiś człowiek. Alessan osłonił oczy i zaklął, bo prawy biegus natychmiast wykorzystał tę chwilę jego nieuwagi. Kiedy znów naprostował pług, był już pewien, że mignął mu harfiarski błękit. To Tuero musi wracać z objazdu północnych gospodarstw. Któż inny ośmieliłby się zapuścić do Ruathy? Bębny nadały prośbę Alessana o ciężkie, gospodarskie biegusy, ale powiedziano mu, że nikt nie ma nic do zaoferowania. Ani groźby, że je zarekwiruje, ani obietnice, że zapłaci podwójną cenę, nie dały żadnych rezultatów.
— To ta zaraza, Alessanie — powiedział Tuero, tym razem bez uśmiechu. — Najgorsze spustoszenie poczyniła tu, w Ruacie. Dopóki Mistrz Capiam nie roześle tej swojej szczepionki do wszystkich gospodarstw, nikt się tu nie zjawi. A nie sądzę, żeby nawet wtedy mieli przyprowadzić ze sobą zwierzęta. Przecież tyle ich tutaj padło.
— Jeżeli oni nie chcą tu przyjść, to ja będę musiał pójść do nich! Sam przyprowadzę biegusy! Nie ośmielą się odmówić swojemu Lordowi! — Jednakże pomstując na swoich poddanych, Alessan rozumiał ich punkt widzenia — zwłaszcza że sam nie miał jeszcze odwagi posłać po Daga, Fergala i rasowe biegusy. Follen zapewniał go solennie, że zaraza przenosi się przez kaszel i kichanie, przez kontakt osobisty — i że na pewno nie ma jej w ziemi na terenie wyścigów, ani w boksach, gdzie zdechło tyle zwierząt, ale Alessan nie chciał narażać na ryzyko tych kilku bezcennych, rozpłodowych biegusów, z którymi Dag czmychnął tamtego ranka, po przeklętym Zgromadzeniu.
Po poważnej dyskusji z Tuero, Deeferem i Okliną — których nazywał swoją radą przyboczną — zdecydowano, że on sam nie może nigdzie jechać, ponieważ nikt inny na terenie Warowni nie ma na tyle wysokiej rangi, by ludzie byli mu posłuszni. Alessan nie chciał, żeby to Tuero ruszał w podróż, ponieważ harfiarz dopiero co podniósł się z łóżka. Jednakże Tuero stwierdził, że skoro jest harfiarzem, to najlepiej właśnie jego wysłać jako emisariusza. Jest wiosna, spędzi sobie kilka dni na świeżym powietrzu, sama misja nie wymaga wielkiego wysiłku, a wszystko to razem pozwoli mu ostatecznie odzyskać zdrowie. Poza tym, chociaż jako harfiarz potrafi uporać się z niemal każdą robotą, orać nie umie. Alessan nie uwierzył w ani jedno jego słowo, z ale braku innego kandydata musiał go wysłać.
Chudy, żylasty wierzchowiec szedł szybkim krokiem z uniesioną do góry głową, a kiedy uświadomił sobie, że jest już prawie w domu, jeszcze się ożywił. Stopy Tuero zwisały na poziomie kolan biegusa, a chuda postać harfiarza podrygiwała na jego grzbiecie. Wyglądało na to, że jakoś się zgrali się ze sobą. Zbliżali się do pola Alessana, a on nie mógł puścić rękojeści pługa, żeby pozdrowić harfiarza. Dotarł właśnie do miejsca, gdzie pole opadało w dół i orczyk walił po pęcinach biegusy. Orka była już na ukończeniu. Skończy robotę i wtedy będzie mógł poświęcić uwagę wiadomościom od Tuero.
Kiedy skierował znużone biegusy do stajni, siewcy pracowicie sypali już ziarno na ziemię. Będą mieli jakieś plony pomimo tej przeklętej zarazy. Pod warunkiem, że pogoda utrzyma się i żadna inna katastrofa — jak ryjące Nici — nie spadnie na nieszczęsną Ruathę.
Ku zaskoczeniu Alessana Tuero czekał na niego w stajni, siedząc na postawionym do góry dnem wiadrze. U jego stóp stały juki, zaś na pociągłej twarzy harfiarza malował się wyraz satysfakcji. Jego wierzchowiec żuł w swojej przegrodzie słodką trawę, a z grzbietu zniknęły mu już wszelkie ślady po siodle.
— Widziałem, jak ciężko pracujesz, Lordzie Alessanie — zaczął Tuero z iskierką rozbawienia w oczach, biorąc od niego lejce. Skiby coraz lepiej ci się udają.
— Jest się z czego poprawiać. — Alessan zaczął odpinać sprzączki uprzęży.
— Na całym obszarze Warowni ludzie legendy już opowiadają o tym, jak pilnie się wszystkim zajmujesz. Wielu bierze z ciebie przykład. Dzięki temu, że imasz się pługa, zyskałeś popularność.
— A czy masz jeszcze jakieś złe wiadomości? — przerwał mu Alessan, zdejmując ciężkie chomąto z prawego biegusa.
— Nic takiego, czego byś się sam nie mógł domyślić. — Tuero kiwnął głową w kierunku juków i zaczął zdejmować chomąto z drugiego biegusa. — Mam tu parę drobiazgów, ale sam widziałem, jak ogołocone są spiżarnie z najbardziej nawet podstawowych rzeczy. Przynajmniej na północy.
— Co jeszcze? — Alessan wolał wszystkie złe wiadomości otrzymywać hurtem; pozwalało mu uszeregować je stosownie do ich wagi i jednymi przejmować się bardziej, a innymi mniej.
Ludzie zaczęli już uprawiać ziemię. Chociaż tam, na północy. — Tuero machnął w tamtym kierunku wiechciem słomy, którym wycierał wcześniej swojego biegusa z potu — w niektórych warowniach straty są bardzo poważne. Część uczestników Zgromadzenia odeszła, zanim ogłoszono kwarantannę, przynosząc zarazę. Sporządziłem listę zmarłych. Bardzo to bolesny rachunek. Powiadają, że nieszczęśnik cieszy się z towarzystwa innych nieszczęśników. Jak ktoś ma usposobienie melancholika, to może się z tego i cieszy. Mam tu listę, czego komu trzeba i jakie kto ma problemy. A w drodze powrotnej wpadłem na pomysł, który może wszystkim pomóc. Nie myliłem się, twierdząc, że ludzie będą bali się przychodzić tu, do samej Warowni. Miałem rację, że nie zechcą wysyłać dobrych zwierząt na śmierć, nawet gdybyś proponował im nie wiedzieć ile marek. Niełatwo mi przychodziło przekonać ich, żeby wpuścili Chudzielca do swoich warowni. Byli przerażeni.
— Przerażeni?
— Przerażeni, że jest nosicielem zarazy.
— Przecież ten biegus ją przeżył!
— No właśnie. On przeżył, ty i ja przeżyliśmy. Ja wyzdrowiałem prędzej, bo dostałem surowicę. Czy surowica z biegusów — ozdrowieńców nie chroniłaby innych w taki sam sposób, jak szczepionka chroni ludzi? — Uśmiechnął się, widząc reakcję Alessana. — Jeżeli się nie mylę, to masz tam całe pole lekarstw. I dobry towar do przetargu.
Alessan wpatrywał się w Tuero szeroko otwartymi oczami, wyrzucając sobie, że sam nie pomyślał o szczepieniu zwierząt. Wielu z jego drobnych gospodarzy utrzymywało się z hodowli biegusów, ale w tej krytycznej sytuacji Alessanowi sumienie nie pozwalało żądać od nich zapłaty powinności, chociaż miał do tego prawo. Rozumiał, jak bardzo boją się, żeby nie przywlec zarazy do swoich gospodarstw.
— Że też sam o tym nie pomyślałem! Chodź. Odstawmy ten sprzężaj. Mam ochotę na małą pogawędkę z Uzdrowicielem Follenem. — Klepnął prowadzonego zwierzaka po zadzie i przynaglił go, żeby szybciej wszedł do swojej przegrody. — Jak mogłem być taki tępy?