— Miałeś jeszcze kilka innych spraw na głowie.
— Człowieku! Życie mi wracasz! — Alessan nie posiadał się z radości; klepnął chudego harfiarza w ramię i szeroko się uśmiechnął. Była to pierwsza chwila wytchnienia od ponurej rzeczywistości, od kiedy wyzdrowiała Oklina. — I pomyśleć, że wahałem się, czy cię wysłać.
— Ty mogłeś się wahać, ja się nie wahałem — powiedział bezczelnie Tuero, zgarnął swoje juki i podążył za Alessanem do Wielkiej Sali Warowni.
Follena znaleźli natychmiast. Zajmował się chorymi, leżącymi w Wielkiej Sali. Alessan poczuł, jak robi mu się niedobrze od zapachów, których nie były w stanie usunąć żadne kadzidła. Unikał Wielkiej Sali, jak tylko mógł — ten kaszel, chrapliwe oddechy i jęki pacjentów nieustannie przypominały mu, jak okropne przyjęcie zgotował swoim gościom. Niespokojna twarz Follena rozjaśniła się, kiedy zobaczył leki przywiezione przez Tuero. Spotkali się w gabinecie Warowni, który teraz zajmował Follen. Uzdrowicielowi mina zrzedła, kiedy przejrzał torby i zwitki ziół. Alessan wspomniał mu o szczepieniu biegusów.
— Przesłanki wydają się słuszne, Lordzie Alessanie, ale nie znam się na leczeniu zwierząt. Mistrz Hodowca… och, tak, zapomniałem. Jednakże w Stajniach Keroonu musi się znaleźć ktoś, kto będzie w stanie rozważyć tę sprawę i udzielić nam odpowiedzi.
Tuero westchnął z rozczarowania.
— Jest już za późno, żeby wybębniać Keroon. Nie podziękowaliby nam za to, że wyrywamy ich z łóżka.
— Mamy tu dużo bliżej kogoś, kto powinien to wiedzieć — powiedział Alessan po namyśle. — Follenie, czy zostało nam jeszcze trochę ludzkiej szczepionki? Tyle, żeby wystarczyło dla dwóch osób?
— Mogę ją oczywiście przygotować.
— Zrób tak, a Tuero i ja prześlemy wiadomość do Weyr Fortu. Moreta będzie wiedziała, czy można szczepić biegusy. A potem — dodał — będę mógł sprowadzić z powrotem Daga i zobaczyć, co mu się udało uratować.
Kiedy bębnista Weyru odebrał tę wiadomość, Moreta poczuła się zaskoczona. Kwarantanna już nie obowiązywała. Alessan podkreślał, że został zaszczepiony i jest zdrowy. Nie było żadnego powodu, żeby odmówić jego prośbie, a z wielu powodów należało ją spełnić, chociażby przez ciekawość, dlaczego Lord Warowni Ruatha pilnie potrzebuje się z nią zobaczyć. Orlith nie była zachłanną, ponurą smoczycą i chętnie pozwalała ludziom podziwiać swoje jaja, a zwłaszcza jajo królewskie, chociaż leżało ono zawsze w zasięgu jej przedniej łapy. Kiedy wreszcie pozwoliła sobie na posiłek, przed odlotem usypała ochronny krąg wokół tego najważniejszego.
— Przecież nikt ci nie ukradnie żadnego jaja — droczyła się z nią Moreta. Opowiedziała Orlith, jak to o brzasku złożyła wizytę w Dalekich Rubieżach, a smoczyca udzieliła jej rozgrzeszenia za tę samarytańską misję.
— Leri była tutaj. Holth towarzyszyła tobie. W tych okolicznościach to sprawiedliwa wymiana. A ja spałam.
Po powrocie z Dalekich Rubieży Moreta zdrzemnęła się trochę ale spała niespokojnie, jak gdyby spodziewała się następnego wezwania. Gdyby mogła wybierać, zostałaby u boku Tamianth tak długo aż do skrzydła zacznie napływać posoka. Pocieszała się, że Pressen wie już, co może grozić Tamianth i umie temu zaradzić. Poza tym ryzyko następnego kryzysu malało, gdy Tamianth odzyskiwała siły, a Falga wracała do zdrowia po gorączce wywołanej raną.
Miniony dzień był długi i pełen napięć. Moreta temu właśnie przypisała dręczące ją uczucie niepokoju i wysłała M’baraka, ulubione weyrzątko Leri, do Ruathy. K’lon opowiadał Leri i Morecie, jakie straszne wrażenie zrobiła na nim ta Warownia. Moreta nie chciała zastanawiać się nad wizją spustoszonej Ruathy, którą podsuwała jej bujna wyobraźnia. Jakie słowa pociechy można przekazać człowiekowi, który stracił aż tak wiele?
Nagle tuż przy Wylęgarni pojawił się Alessan. Ubrany był w zgrzebne skóry, spod których przy szyi wyglądała czysta koszula. Obok niego stał wymizerowany mężczyzna w wypłowiałej, łatanej tunice, koloru harfiarskiego błękitu. Widząc ich wahanie, M’barak uśmiechnął się i gestem ręki wskazał im miejsce, gdzie chwilowo zamieszkała Moreta. Orlith nie spała i przyglądała się, jak wchodzą, nie okazując żadnego poruszenia.
Alessan tak bardzo się zmienił, że Moreta wprost nie mogła go poznać. Wciąż jeszcze miała przed oczyma tamtego pewnego siebie, przystojnego, pełnego optymizmu młodzieńca, który osiem dni temu powitał ją na Zgromadzeniu w Ruacie. Alessan schudł i miał tunikę ciasno przepasaną, bo zrobiła się za szeroka. Jego włosy nie robiły już wrażenia świeżo ostrzyżonych i wyszczotkowanych. Ciekawe, dlaczego akurat ten szczegół ma dla niej tak wielkie znaczenie? Plamy i odciski na jego rękach świadczyły o tym, że ciężko pracował fizycznie, co niewątpliwie przynosiło mu zaszczyt, podobnie jak ślady czerwonego ziela na jej dłoniach. Żal jednak było patrzeć na bruzdę na jego twarzy, na gorzko skrzywione usta i wyraz znużenia w jasnozielonych oczach.
— To jest Tuero, Moreto, który był dla mnie bezcenny… od tego Zgromadzenia. — Alessan przerwał na moment, potem mówił dalej, nie chcąc wysłuchiwać żadnych komentarzy. — Wysunął teorię, na którą nie potrafię znaleźć kontrargumentów, ale ponieważ o tej godzinie nie mogę porozumieć się z nikim ważnym w Stajniach Keroonu, pomyślałem, że może ty nam powiesz, co o tym myślisz.
— O co chodzi? — zapytała Moreta, zaskoczona jego nieśmiałością. Alessan nie tylko wyglądał inaczej, zmiany musiały sięgać dużo głębiej.
— Tuero — Alessan lekko skłonił się przed harfiarzem — zastanawiał się, czy nie można by sporządzić szczepionki z krwi biegusów, żeby ochronić je przed zarazą.
— Oczywiście, że można! Czy chcesz powiedzieć, że nikt tego nie robił? — Moretę zalała taka fala wściekłości, że Orlith ze swojej półleżącej pozycji podniosła się na wszystkie cztery łapy, oczy zawirowały jej na różowo, a z gardła wydobył się zatroskany, pytający grzmot.
— Otóż to.
— Nikt nie pomyślał, żeby to robić, czy nie było na to czasu? — zapytała. Straszno jej się zrobiło na myśl o dalszych stratach wśród zwierząt i ludzi. Ponuro zacięte usta Alessana i westchnienie Harfiarza starczyły za odpowiedź. — Sądziłam, że… — Zamknęła oczy i zacisnęła pięści. Przypomniała sobie ciężkie straty poniesione przez Stajnie Keroonu… opustoszałą warownię swojej rodziny…
— Były ważniejsze sprawy — powiedział Alessan. Mówił obojętnie, jak gdyby dał za wygraną wobec brutalnych faktów.
— Tak, oczywiście. Czy macie jakichś uzdrowicieli?
— Jest kilku.
— Z krwi biegusów w ten sam sposób można otrzymać taką samą surowicę. Metodą odwirowania. Oczywiście od biegusów można pobierać więcej krwi, a szczepionkę należy podawać proporcjonalnie do wagi ciała. Im cięższy…
Alessan podniósł jedną brew i Moreta zorientowała się, że w Ruacie nie było już żadnych cięższych zwierząt.
— Czy masz może zbędne igły cierniowe? — zapytał Alessan, przerywając milczenie.
— Tak. — W tym momencie Moreta byłaby Alessanowi dała wszystko, żeby tylko mu pomóc. — Jeżeli coś jeszcze jest ci potrzebne w Ruacie, to bierz.
— Obiecano nam, że z Fortu przyjdzie karawana z zaopatrzeniem — powiedział Tuero — ale dopóki woźnice nie będą mieli gwarancji, że w Ruacie ludzie i zwierzęta są zdrowi, nikt nie ośmieli się zbliżyć do Warowni.
Moreta pokiwała głową, z oczami utkwionymi w Alessana. Mówił obojętnie, jak gdyby go to nie dotyczyło. Jakże jednak inaczej mógłby znieść tyle nieszczęść?