— Powiedziałem. Jednak cieszyć się będę dopiero wtedy, kiedy taki stan potrwa ze cztery dni. Na razie oznacza to tylko, że mija pierwsza fala wirusowej influency. Ta „grypa” — tak ją przezwali Starożytni — może mieć nawroty. Martwię się przeokropnie następną jej falą.
— Następną? — Tirone wpatrywał się tępo w harfiarza, jak gdyby w nadziei, że się przesłyszał.
Capiam westchnął. Wcale nie był zadowolony z tej rozmowy. Miał nadzieję, że uda mu się ją odłożyć do czasu, aż będzie miał gotowy jakiś plan. Ludzie mniej byli skłonni do popadania w panikę, jeżeli przedstawiło im się plan działania. Niemalże zakończył już obliczenia, ile muszą mieć szczepionki, ilu potrzeba jeźdźców, żeby tę szczepionkę rozwieźć (a musiał przyjąć, że będą chcieli uniknąć powtórnego wybuchu zarazy tak samo jak on), ile jest warowni i cechów, gdzie należy ją podać. Tę rozmowę z Tironem poprzedziły plotki uczniów i spekulacje, z jakiego to właściwie powodu uzdrowiciele proszą, żeby znowu oddawać krew na surowicę, skoro jest coraz mniej doniesień o przypadkach tej „grypy”, i dlaczego nie zlikwidowano obozu dla internowanych.
— Następną? — W głosie Tirone’a dało się wyczuć niedowierzanie.
— Niestety, tak — odparł Mistrz Fortine ze swojego kąta, uważając że jego kolega potrzebuje wsparcia. — Jak dotąd znaleźliśmy cztery wyraźne wzmianki na temat wirusowej influency tego typu. Wygląda na to, że ten wirus podlega mutacji. Surowica, która działa na jedną jego odmianę, nie zawsze ma wpływ na drugą.
— Obawiam się, że szczegóły mogą znudzić Mistrza Tirone’a — powiedział Capiam. Nie należy wszczynać paniki. Capiam uczepił się tej jednej jedynej nadziei, że jeżeli zaszczepią wszystkich ludzi na Północnym Kontynencie i wyłowią przy tym wszystkich nosicieli tej odmiany wirusa, to zmniejszy się ryzyko następnych wybuchów grypy, a jej objawy rozpoznają z łatwością i szybko sobie z nimi poradzą.
— Szczegóły interesują mnie bardziej, niż ci się zdaje — powiedział Tirone. Wielkimi krokami podszedł do biurka Capiama i usadowił się na krześle, krzyżując na piersiach ręce. — Zapoznaj mnie z nimi.
Capiam podrapał się po karku. Weszło mu to ostatnio w nawyk i sam nad tym ubolewał.
— Wiesz, że przeglądaliśmy stare kroniki, żeby znaleźć wzmianki o tej wirusowej influency…
— Wiem. Co to za głupia nazwa.
— Znaleźliśmy cztery oddzielne wzmianki dotyczące „grypy”, plagi, która okresowo trapiła ludzi przed Przeprawą. Nawet przed Pierwszą Przeprawą.
— Nie wdawajmy się w politykę.
Capiam otwarł szeroko oczy i popatrzył na harfiarza z łagodnym wyrzutem.
— Nie wdaję się. Jednak zawsze uważałem, że należysz do dwuprzeprawowej szkoły myślenia. Wystarczy powiedzieć — dodała pospiesznie, kiedy brwi Tirone’a zaczęły drgać nerwowo — że nasi przodkowie również byli nosicielami rozmaitych bakterii i wirusów, niemożliwych do wytępienia.
— Nie ma co do tego wątpliwości, ale są one konieczne, żeby we właściwy sposób funkcjonowały zarówno nasze ciała, jaki organizmy zwierząt, sprowadzonych w czasie obydwu Przepraw — powiedział Mistrz Fortine, z przejęciem popierając swojego kolegę.
— Jak mówi Fortine, niektórych infekcji nie uda nam się uniknąć. Musimy jednak zapobiec drugiej infekcji wirusowej. Ta choroba może mieć nawroty. Takie nawroty muszą też niewątpliwie zdarzać się okresowo na Południowym Kontynencie. Na własnej skórze przekonaliśmy się, że wystarczy jeden nosiciel. Nie możemy pozwolić, żeby to się powtórzyło, Tirone. Nie mamy ani lekarstw, ani personelu, żeby poradzić sobie z drugą epidemią.
— Wiem o tym równie dobrze, jak ty — powiedział Tirone głosem ochrypłym ze zdenerwowania. — Czy te twoje drogocenne kroniki mówią, jak sobie radzili z tym Starożytni? — Z pogardą wskazał na grube kroniki na biurku Capiama.
— Masowe szczepienia!
Dopiero o dłuższej chwili Tirone zorientował się, że Capiam odpowiedział na jego pytanie.
— Masowe szczepienia? Całego kontynentu? Ale ja zostałem już zaszczepiony.
— Taka surowica, jaką jesteśmy w stanie wyprodukować, daje odporność zaledwie na jakieś czternaście dni. Tak więc sam widzisz, że mamy bardzo mało czasu… a w Igenie i Keroonie to może już ostatnia chwila, chyba że zdążymy zaszczepić absolutnie wszystkich. To jest to ambitne zadanie. Moja Siedziba dostarczy surowicy i personelu do szczepień; twoja zapobiegnie panice w cechach, warowniach i Weyrach!
— Panika? Tutaj muszę się z tobą zgodzić! — Tirone ostrym gestem wskazał na Warownię Fort, gdzie Lord Tolocamp wciąż jeszcze odmawiał opuszczenia swojego apartamentu. — Paniki powinieneś się bardziej bać niż zarazy.
— Wiem. — Capiam wszystko zawarł w tym jednym słowie. Desdra przysunęła się do niego. Nie był pewien, czy miała zamiar popierać go czy chronić, ale bardzo sobie cenił jej bliskość. Musimy działać szybko i przyłożyć się do pracy. Jeżeli w Igenie, Keroonie czy Ruacie zostanie choć jeden nosiciel…
Gniewne spojrzenie Tirone’a przypominało mu jego własną reakcję, kiedy musiał przyznać, że z czterech wzmianek, które z ociąganiem pokazali mu Fortine, a potem Desdra, nieuchronnie wypływają takie, a nie inne wnioski.
— Żeby zapobiec drugiej epidemii, musimy przeprowadzić szczepienia teraz, w przeciągu najbliższych kilku dni. — Capiam zwrócił się energicznie w stronę map, nad którymi wcześniej pracował. — Niektóre części Lemosu, Bitry, Cromu, Nabolu i górnego Telgaru, Dalekich Rubieży i Tilleku nie miały kontaktu z nikim, odkąd rozpoczęła się zimna pora. Ich możemy zaszczepić później, kiedy stopnieją śniegi, ale zanim zaczną się wiosenne deszcze, bo wtedy ludzie zaczną się bardziej swobodnie poruszać. Musimy więc zatroszczyć się o tę część kontynentu. — Capiam przesunął ręką po południowej połowie mapy. — Struktura społeczna Pernu, zwłaszcza w okresie Przejścia, pozwala prześledzić, gdzie kto jest. Wiemy również w przybliżeniu, ilu ludzi przeżyło pierwszą falę grypy i kto został zaszczepiony. Wszystko więc sprowadza się do przeprowadzenia szczepień w wyznaczony dzień. Ponieważ jeźdźcy smoków są podatni na tę chorobę, mam wrażenie, że możemy liczyć na ich współpracę przy dostarczaniu szczepionki do punktów rozdziału, które zaznaczyłem na całym kontynencie.
Tirone parsknął gniewnie.
— Nie licz na żadną współpracę M’taniego z Telgaru. L’bol z Igenu też nie przyda się do niczego. Weyrem kieruje Wimmia i mamy szczęście, że do Opadu wylatują połączone Weyry. Może nam pomóc F’gal…
Zniecierpliwiony Capiam potrząsnął głową.
— Całą potrzebną mi pomoc mogę otrzymać od Morety, S’ligara i K’drena. Musimy to jednak zrobić teraz, żeby pohamować rozprzestrzenianie się grypy. Można ją zatrzymać, unicestwić, jeżeli nie będzie nowych ofiar, dzięki którym mogłaby się szerzyć.
— Jak Nici?
— Jest tu pewna analogia — przyznał ze znużeniem Capiam. Ostatnio tak wiele czasu spędzał na przekonywaniu Fortine’a, Desdry, innych Mistrzów, a nawet siebie samego. Im częściej o tym mówił, tym wyraźniej czuł że działać trzeba bezzwłocznie. Wystarczy jedna Nić, żeby zdewastować pole czy kontynent. Wystarczy jeden nosiciel, żeby zaraza się rozniosła.
— Albo jeden mistrz marynarski, który będzie usiłował zabezpieczyć swoje przedwczesne roszczenia do ziemi na Południowym Kontynencie…
— Co takiego?
Tirone wyjął spod tuniki poplamiony wodą plik pergaminów.
— Właśnie się do ciebie w tej sprawie wybierałem, Mistrzu Capiamie. Mistrz Burdion, uzdrowiciel w Morskiej Warowni Igenu, powierzył te papiery mojemu czeladnikowi. Potrzebne mi były do sporządzenia dokładnego sprawozdania z tego okresu.