— Tak, tak, zadręczałeś mnie tym w czasie choroby. — Capiam chciał wziąć księgę od Tirone’a, ale on zgromił go spojrzeniem.
— Nie istniało żadne pływające po morzu zwierzę i wcale nie trafili na nie przypadkiem, Capiamie. Oni wylądowali na Południowym Kontynencie. Burdion, jak wiesz, dosyć ciężko przechodził tę grypę i w czasie rekonwalescencji, z braku innej lektury, przeczytał dziennik pokładowy starego „Szkwała”. Przebywał już wystarczająco długo w nadmorskiej warowni, żeby rozeznać się w adnotacjach marynarzy. Mówił, że Mistrz Varney był uczciwym człowiekiem. Zapisał w dzienniku pokładowym zgodnie z prawdą, że dopadł ich huragan i zboczyli z kursu. Jednakże nie powinni byli lądować. Nie należało podejmować badań Południowego Kontynentu przed zakończeniem tego Przejścia. Miał to być połączony wysiłek Siedzib, Warowni i Weyrów. Stali tam na kotwicy przez trzy dni! — Tirone podkreślał swoje słowa waląc ręką w dziennik i Capiam w żaden sposób nie mógł nic odczytać. Kiedy Tirone puścił dziennik, Capiam natychmiast go chwycił. Desdra przysunęła się bokiem, żeby też rzucić nań okiem.
— Ojej, jakże Mistrz Varney mógł sobie pozwolić na coś takiego — powiedział Mistrz Fortine. — Wynika z tego, Capiamie, że nie jest to choroba przenoszona ze zwierząt na ludzi, tylko bezpośrednie zarażenie.
— Tylko wtedy, gdyby na Południowym Kontynencie byli jacyś ludzie — powiedział z nadzieją Capiam.
— Sądząc po wpisach w dzienniku, nie wygląda mi na to? — utrącił tę możliwość Tirone.
— Kroniki dotyczące Drugiego Przejścia nie pozostawiają żadnych wątpliwości.
— Czy mamy pewność — zapytała Desdra — że oni faktycznie znaleźli się na południowych wodach?
— O tak — powiedział Tirone. — Czeladnik harfiarz, który dzieciństwo spędził na morzu, potwierdził, że zapisy położenia odpowiadają Południowemu Kontynentowi. Powiedział, że poza kontynentem nie ma tam takiej płycizny, gdzie można by zarzucić kotwicę. Oni tam byli przez trzy dni!
— Według zapisu w dzienniku musieli jakoś naprawić szalupę, uszkodzoną przez burzę.
— Niewątpliwie dokonywali jakichś napraw, ale mam tu notatkę Burdiona. — Tirone teatralnym gestem wyciągnął jakiś pergamin i przeczytał: — „W nieopróżnionym wiadrze kuchennym znalazłem niezwykłych rozmiarów pestki i zgniłe łupiny, zupełnie mi nieznane, chociaż jestem w tej Warowni już od wielu Obrotów.” — Tirone pochylił w stronę Capiama, oczy mu lśniły. A więc, moi przyjaciele, „Szkwał” dokonał przedwczesnego lądowania. I popatrzcie tylko, gdzie my przez to wylądowaliśmy! Tirone rozłożył ręce jednym ze swoich imponujących gestów.
Capiam opadł ze znużeniem na oparcie krzesła, wbił oczy w mapy i postukiwał palcami po swoich starannie wykonanych Ustach.
— Dziennik może naświetlić pewne aspekty tej sprawy, mój zacny przyjacielu, ale stanowi również ostrzeżenie przed projektowanym powrotem na Południowy Kontynent.
— Zgadzam się z całego serca!
— Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że szczepienia są konieczne, jeżeli mamy zapobiec rozprzestrzenianiu się zarazy. Trzeba również zaszczepić biegusy. Naprawdę nie liczyłem się z tą komplikacją.
— Potraktuj ją może jak ambitne zadanie? — powiedziała sucho Desdra, która masowała napięte mięśnie na barkach Capiama.
— Obawiam się, że nasz nieoficjalny Mistrz Hodowca nie poradzi sobie z tego rodzaju ambitnym zadaniem — rzekł Capiam.
— Czy przyda nam się tu Moreta? Wychowała się w warowni, gdzie hodowano biegusy, jej rodzina miała wspaniałe stajnie rozpłodowe w Keroonie… — Tutaj nawet bezwzględny zwykle Mistrz Harfiarz zająknął się, bo wiedział o tragedii, jaka spotkała tę warownię. — To ona zajęła się tym średniodystansowym biegusem na Zgromadzeniu w Ruacie. Pamiętasz, to był pierwszy przypadek tu, na zachodzie.
— Nie, Tirone, nie pamiętam — powiedział z rozdrażnieniem Capiam. Czyż należało do niego również leczenie chorych zwierząt? — To ty jesteś pamięcią naszych czasów.
— Przecież jeżeli umiemy robić ludzką szczepionkę, możemy tą samą metodą wyprodukować szczepionkę zwierzęcą — powiedziała pojednawczo Desdra. — A u Lorda Alessana z pewnością znajdzie się wystarczająco dużo dawców. Słyszałam, że niektóre z jego biegusów przeżyły tę zarazę.
— Tak, tak, przeżyły — powiedział Tirone, zerkając na przygnębionego Mistrza Uzdrowiciela i niespokojnie marszcząc brwi. No, przyjacielu, rozwiązałeś tak wiele z naszych problemów. Nie wolno ci teraz tracić ducha. — Bas Tirone’a przepojony był błaganiem i perswazją.
— Nie, nie, mój drogi Capiamie, nie możemy się teraz załamywać — dodał Mistrz Fortine ze swojego kąta.
Tirone podniósł się tryskając energią.
— Słuchaj, Capiamie, poproszę o transport dla ciebie. Możesz polecieć do Weyr Fortu, zobaczysz, co ci powie Moreta. A potem poleć do tego nowego… jak mu tam, Bessela… do warowni Mistrza Zwierząt. Ponieważ ten twój program szczepień jest jeszcze bardziej pilny, od razu przystąpię do uspokajania cechów i warowni. Zacznę od Tolocampa — Tirone machnął ręką w kierunku Warowni Fort. — Jeżeli on się zgodzi, inni Lordowie Warowni nie przysporzą mi kłopotów, nawet ten wąż szczelinowy, Ratoshigan.
— Biorąc pod uwagę stan umysłu Tolocampa, jakim cudem chcesz go pozyskać dla naszych planów? — zapytał Capiam, pobudzony do działania pewnością Tirone’a.
— Może przypominasz sobie, mój kolego Mistrzu, że przez ostatnich kilka dni Lord Tolocamp pozbawiony był naszych usług. Ponieważ nigdy nie zachęcał ani swoich dzieci, ani żadnego z gospodarzy do myślenia, potrzebne mu będą nasze pomysły. Miał wystarczająco dużo czasu, żeby zastanowić się nad tym — odparł Tirone ze zwodniczo dobrotliwym uśmiechem. Ty zajmij się tą szczepionką, a ja zorganizuję resztę.
Mistrz Harfiarz nie zapomniawszy odebrać od Capiama dziennika pokładowego „Szkwała”, wyszedł z pokoju energicznym krokiem i głośno zatrzasnął za sobą drzwi.
Po spotkaniu w Weyr Forcie Alessan aż kipiał z radości. Nie spodziewał się, że ze strony Morety spotka go tyle sympatii i zrozumienia. Do tego obudziła się w nim znowu nadzieja. Byłby chętnie dłużej wspominał te chwile, ale sprawy osobiste musiały ustąpić przed najbardziej pilnym zadaniem, którym było otrzymanie nadającej się do użytku szczepionki dla biegusów, zwłaszcza dla tych, które uratował Dag.
M’barak przewiózł Alessana i Tuero z powrotem do Warowni Ruatha i wylądował z nimi na frontowym dziedzińcu. Natychmiast pojawiła się tam Oklina, co świadczyło o tym, z jakim niepokojem wyczekiwała na powrót swojego brata. Przystanęła na stopniach i podniosła głowę, żeby na niego popatrzeć. Zsiadający z błękitnego smoka Alessan wydał okrzyk radości. Na twarzy Okliny pojawił się wyraz ulgi i dziewczyna rzuciła mu się na spotkanie. Alessan pochwycił ją w ramiona, dopiero teraz widząc, jak szczuplutka była w porównaniu z Moretą. Delikatnie pocałował Oklinę w policzek. Niewiele mieli ostatnio czasu na okazywanie uczuć, ale podczas choroby Okliny Alessan uświadomił sobie, jak bardzo jest mu ona droga. A sam się niedawno przekonał, ile życzliwości można przekazać jednym pocałunkiem.
— Moretą orzekła, że ten pomysł z surowicą jest całkiem sensowny. Wypróbujemy go! — powiedział Alessan. — Jeżeli szczepionka zadziała, to Ruatha znowu stanie się miastem otwartym, a moi gospodarze nie będą mogli uchylać się od pracy. Jeżeli nie zadziała, nic się nie zmieni w naszej sytuacji.
— Musi się udać! — zawołała Oklina żarliwie.
— Będzie nam potrzebna pomoc Follena, jego przyrządy i ta stara, rasowa klacz. Wiem, że przeżyła zarazę, a nie mogę narażać zwierząt, których używamy do prac polowych.