— Arith! Zachowuj się przyzwoicie. To jest pani Oklina! — wykrzyknął M’barak. Błękitny smok, chwiejąc nią lekko na boki, zbliżał pysk do Okliny, a oczy mu wirowały. Oklina przytuliła się do Alessana, nie wiedząc, jak ma reagować na takie smocze karesy.
Na reprymendę swojego jeźdźca. Arith wydał z siebie cichuteńki dźwięk, parsknął z rozczarowaniem i odwrócił głowę.
— Naprawdę nie mam pojęcia, co go naszło — tłumaczył się M’barak. — Arith zwykle jest taki grzeczny. Zrobiło się późno, jest zmęczony i lepiej będzie, jak już wrócimy do Weyru. — Ku zaskoczeniu M’baraka Arith prychnął donośnie.
Alessan podziękował M’barakowi i Arithowi za podwiezienie i odprowadził Oklinę na bok, a za nimi poszedł zamyślony Tuero.
— Błękitne smoki na ogół nie interesują się zbytnio płcią przeciwną — powiedział harfiarz do Alessana.
— Naprawdę? — odpowiedział roztargniony Alessan, rozmyślając nad procedurą przerabiania krwi biegusów na szczepionkę.
— Tak, a na terenie Wylęgarni Weyr Fortu znajduje się jajo królowej.
— I co z tego? — Alessana rozmyślała nad tym, że czeka go jeszcze bardzo wiele roboty, zanim będzie mógł zobaczyć, co Dag uratował ze stad Ruathy.
Tuero uśmiechnął się.
— O ile dobrze pamiętam, Ruatha ma niemało związków krwi z jeźdźcami smoków.
Alessan popatrzył najpierw w Oklinę, potem na smoka, który już wzbił się w powietrze, i przypomniał sobie co mówił K’lon tamtego dnia, kiedy przywiózł szczepionkę do Warowni Ruatha.
— To niemożliwe!
W tym momencie pojawił się Follen i Alessan zaczął z nim rozmawiać o szczepionkach.
Tuero przyprowadził klacz zarodową z pola; była tak spokojna, że dawała się prowadzić za grzywę. Follen, Oklina, Deefer i kilku zaufanych wychowanków zanieśli wyposażenie medyczne do stajni. Pracowali z entuzjazmem, aż wreszcie okazało się, że brak im pojemników szklanych na taką ilość krwi zwierzęcej. Wtedy Oklina przypomniała sobie, że Mistrz Clargesh podarował kiedyś Lordom Warowni ogromne, ozdobne butle szklane, pracowicie wykonane i zaprojektowane przez jego uczniów, a pani Oma gdzieś je schowała. Żeby wprawić takie wielkie butle w ruch obrotowy Alessan, Tuero i Deefer przymocowali do zapasowego koła od wozu kółka zębate i korbę i zrobili z tego dużą wirówkę.
Klacz stała spokojnie i obojętnie, pobieranie krwi wcale jej nie zaniepokoiło.
— Dziwne — powiedział Follen, kiedy ukończono wirowanie pierwszej partii i odciągnięto słomkową ciecz. — Ma ten sam kolor, co surowica ludzka.
— To tylko smoki mają zieloną krew.
— Wypróbujemy szczepionkę na tym kulawym biegusie — powiedział Alessan, zastanawiając się, który to błękitny jeździec zawrócił w głowie jego siostrze. Przez cały ten czas, kiedy koło wirowało, Alessan nie mógł usiedzieć spokojnie. Dotąd czekał cierpliwie, ponieważ nie miał innego wyjścia, ale teraz, kiedy mógł ruszyć na poszukiwanie Daga, z utęsknieniem wyglądał chwili odjazdu. — Jeżeli u tego stworzenia nie zaobserwujemy żadnej negatywnej reakcji, możemy założyć, że surowica działa, ponieważ szczepienie ludzi opiera się na tej samej zasadzie.
— I tak jest już dziś za późno, żeby coś więcej zrobić — powiedział Follen ziewając po wstrzyknięciu surowicy kulawemu biegusowi.
— O tej porze Siedziba Harfiarzy nie podziękuje nam za wiadomość — zgodził się Tuero, pocierając oczy.
— Przenocuję tu na wszelki wypadek, gdyby coś się z nim działo. — Alessan wskazał głową na kulawego biegusa.
— I wyruszysz z samego rana, prawda? — Oklina pochyliła się ku bratu i popatrzyła mu w oczy. To, co mówiła, przeznaczone było wyłącznie dla jego uszu. — Żeby znaleźć Daga i Kwiczka?
Skinął głową i czule ją uścisnął i kazał iść za uzdrowicielem i harfiarzem. Spoglądał w ślad za nimi, dopóki niesione przez nich trzy koszyczki z żarami nie zniknęły mu z oczu w jakimś zagłębieniu na drodze. Potem wymościł słomą przegrodę obok zaszczepionego biegusa. Chociaż postanowił, że będzie czuwał i zwracał uwagę na to, co się z nim dzieje, zasnął i spał głęboko do pierwszego brzasku. Zaszczepiony biegus wyglądał zdrowo i zjadł sporą porcję czystej podściółki.
Podniesiony na duchu Alessan osiodłał biegusa, którego Tuero przezwał Chudzielcem — nie bardzo nadawał się on do jazdy wierzchem, ale w tej chwili w Ruacie nie było z czego wybierać. Starannie zapakował surowicę, igły i szklaną strzykawkę Follena do juków, okładając je czystą słomą, a potem dosiadł Chudzielca i ruszył w drogę.
Poprzedniego wieczoru, kiedy czekali na surowicę, opadły go wątpliwości: stawiał pod znakiem zapytania wiele spraw, kwestionował nawet nieoczekiwaną reakcję Morety na jego bliskość. Pomyślał o pocałunku, którym sam obdarzył swoją siostrę. Może Moreta chciała tylko okazać mu życzliwość? Jednakże dzisiaj, kiedy wstawał jasny, świeży, wiosenny poranek wiedział już, że Moreta darzyła go innym uczuciem. Przez tę krótką chwilę myśleli i czuli to samo. A smocza królowa śpiewała im na znak przyzwolenia.
Chudzielec przestraszył się czegoś w krzakach zieleniejących przy trakcie i uskoczył w bok. Alessan zachwiał się w siodle i powstrzymał biegusa. Upewnił się, czy juki są w porządku. Lubił szybką jazdę, ale nie mógł narażać cennej szczepionki na ryzyko.
Musi się skupić na jeździe, a nie na nierealnych marzeniach. Moreta jest Władczynią Weyr Fortu. Chociaż potajemny związek z nim mógłby jej odpowiadać, a może nawet zdecydowałaby się mieć z nim dziecko… Nagle Alessan zapragnął mieć dziecko, co nigdy dotąd mu się nie zdarzało, nawet wówczas gdy był z Surianą… Przede wszystkim jest Lordem rodu, który poniósł bardzo ciężkie straty. Musi mieć żonę i inne kobiety, które będą rodziły jego dzieci, tyle, ile tylko zdoła ich spłodzić.
„Stary Runel nie żyje”, pomyślał z przebłyskiem żalu. Stary Runel umarł, a razem z nim umarły jego rodowody rasowych biegusów, ruathańskich i innych, sięgające aż do Przeprawy. Nigdy nie przypuszczał, że będzie żałować Runela.
Chudzielec szedł zgrabnym truchtem. Szkoda, że został wykastrowany. Jednakże kiedyś w Ruacie do rozmnażania wykorzystywano dużo lepsze okazy. Alessan pomyślał o nadziei, jaką budził w nim cel tej wyprawy, i głęboko wciągnął powietrze w płuca. Usiłował nie zastanawiać się nad tym, które zwierzęta zabrał ze sobą Dag. Gdyby wśród nich była choć jedna para zarodowa ciężkich biegusów pociągowych Lorda Leefa… Lista utraconych zwierząt, którą zaczął prowadzić Norman, zaginęła podczas likwidacji tymczasowego szpitalika na terenach wyścigów. Alessana ogarnął próżny żal, że tamtego obłędnego ranka, kiedy powaliła go choroba, nie zdążył zaglądnąć do stajni.
Dojechał do rozstaju. Na pola dla źrebaków prowadziły stąd dwie drogi. Dag pewnie wybrał tę trudniejszą. Alessan zatrzymał się jednak, żeby sprawdzić, czy na rozstaju nie pozostawiono jakiejś wiadomości. Nie znalazł ani szmatki, ani kości, ani poukładanych kamyków. Minęło dziewięć dni od czasu, kiedy Dag odjechał z Fergalem. Jak dotąd, Alessanowi udawało się spychać lęk w najgłębsze zakamarki mózgu, ale teraz zaczynał bać się na nowo.
Wbił pięty w boki Chudzielca, a zwierzę natychmiast pognało pod górę, ledwie muskając drogę w pędzie i oddychając tak szybko, jak gdyby i jemu udzieliło się podniecenie jeźdźca. Powszechnie uważano, że biegusy są głupie, że można się z nimi porozumieć tylko w bardzo ograniczonym zakresie, ale czasem potrafiły one odgadnąć, co czują siedzący na nich ludzie. Alessan położył uspokajająco rękę na wygiętym karku Chudzielca i nakłonił go do bardziej statecznego kroku.