Dojechali do ułożonej z kolczastych krzaków i kamieni przegrody, za którą zaczynało się pastwisko. W pierwszej chwili Alessan nie dostrzegł żadnego człowieka ani zwierzęcia. Mało mu serce nie pękło. Jednakże tę barierę musiał postawić jakiś człowiek! Uniósł się w strzemionach przerażony, że Dag przyniósł zarazę ze sobą i umarł razem ze wszystkimi zwierzętami. A potem ujrzał cienką smużkę dymu po prawej stronie i zobaczył, jak na gałęzi powiewa susząca się koszula. Usłyszał przeszywający gwizd.
W odpowiedzi na to wezwanie ze zbocza opadającego w kierunku strumienia gromadą posłusznie ruszyły biegusy. Alessan poczuł, że pieką go oczy od łez. Zawrócił zręcznie Chudzielca na drogę i wbił pięty w jego kościste żebra. Biegus przeleciał nad barierą wspaniałym susem i aż kłapnął pyskiem ze zdumienia, kiedy wylądowali po drugiej stronie. Alessan ściągnął wodze, przypomniawszy sobie, po co tu przyjechał. I dopiero wtedy zobaczył, jak w górę zbocza wśród innych zwierząt biegną na chwiejnych nóżkach niezgrabne źrebaczki i rozkołysanym krokiem posuwają się ciężarne klacze. Alessan wydał triumfalny okrzyk radości, który echem odbił się od pagórków. Czyżby Dag zabrał wszystkie ciężarne klacze? Do tej chwili Alessan sądził, że widocznie wszystkie źrebaki padły na zarazę albo zostały poronione, ponieważ na polach pod Warownią nie znalazł żadnych zwierząt poza wałachami i jałowymi klaczami.
W odpowiedzi na swój okrzyk usłyszał wołanie z niewielkiego, prymitywnego szałasu na zboczu góry. Mała, stojąca u wejścia postać zaczęła wymachiwać obiema rękami. Jedna malutka postać! Alessan mimo woli przyhamował Chudzielca, a potem pognał go do przodu. Jedna czarnowłosa, niewielka postać w obszarpanych spodniach, która teraz stała podparta pod boki. Fergal!
— Ależ to ci dużo czasu zabrało, Lordzie Alessanie! — powiedział chłopiec głosem pełnym urazy.
— Co z Dagiem? — Głos Alessana załamał się z niepokoju. Nie mógł ruszyć się w siodle. Aż do tej chwili nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo cieszył się na spotkanie ze starym trenerem i jak bardzo potrzebował mądrych porad Daga, jeżeli ruathańskie biegusy mają kiedyś odzyskać swoją dawną renomę.
Fergal wzruszył ramionami, a potem spojrzał na Alessana spod oka.
— Już myślałem, że o nas zapomniałeś! — Wskazał ręką na szałas. — On złamał sobie nogę. To ja troszczyłem się o wszystkie biegusy, nawet te, które się źrebiły. Odwaliłem kawał dobrej roboty, nie?
Alessan chętnie przetrzepałby mu skórę za taką zuchwałość, ale Fergal, złośliwie szczerząc zęby, wymknął się zwinnie pod ochronę swoich podopiecznych.
— Alessan? — z głębi szałasu dobiegł głos Daga. Zapomniawszy o tym, że powinien przywołać do porządku Fergala, Alessan popędził do swojego starego druha. — Ocaliłem dla ciebie wszystko, co mogłem, Alessanie. Ocaliłem wszystko, co mogłem. — Ocaliłeś także Ruathę!
— Wybacz mi, że niepokoję cię w Wylęgarni, Moreto — powiedział Capiam, zaglądając ostrożnie przez drzwi.
— Wejdź, wejdź! — zawołała Moreta, zapraszając go do swojej tymczasowej kwatery na pierwszym podeście.
Capiam zerknął przez ramię, a potem wszedł, niespokojnie popatrując na siedzącą wśród jaj Orlith.
— Wydaje się taka radosna, prawda?
— Tak, bardzo się cieszy!
— M’barak, który przywiózł tutaj Desdrę i mnie, powiedział, że Orlith pozwala nawet niekiedy oglądać to wspaniałe królewskie jajo, które złożyła.
— Desdra jest tutaj? Wiele o niej słyszałam od M’baraka i K’lona.
— Plotkuje z Jallorą, żebym mógł z tobą zamienić kilka słów na osobności. — Capiam odchrząknął nerwowo, co było u niego rzeczą całkiem niezwykłą.
Moreta pomyślała, że może to z powodu Orlith jest taki podenerwowany i wyciągnęła do niego ręce. Chyba musi pogodzić się ze zmianami, jakie w ludziach wywołała ta zaraza. Capiam schudł, ale oczy mu nadal błyszczały, a jego twarz o wyrazistych rysach robiła się z wiekiem coraz bardziej atrakcyjna. Czarne włosy przerzedziły mu się nieco na skroniach i było w nich coraz więcej siwizny, ale nie utracił siły ducha, ani siły fizycznej, co stwierdziła, kiedy chwycił ją za ręce.
— Czemu zawdzięczam tę niespodziewaną wizytę? — zapytała. W oczach Capiama pojawiła się figlarna iskierka.
— Niespodziewane… ambitne zadanie, jak powiedziałem to Mistrzowi Tirone’owi.
Moreta, zaniepokojona jego słowami, spojrzała mu badawczo w oczy.
— Co to za zadanie?
— Jeśli pozwolisz, przejdę do tego za chwilkę. Najpierw chciałbym się dowiedzieć, czy biegusom również może pomóc szczepionka surowicza.
Moreta wytrzeszczyła na niego oczy, zdumiona, że w tak krótkim odstępie czasu dwa razy zadano jej to samo pytanie. Znów poczuła gniew na to, że nikt nic nie zrobił, żeby uchronić biegusy, tak cenne dla Północnego Kontynentu. Tłumaczyła sobie, że w pierwszym rzędzie trzeba było ratować życie ludzi, ale mimo wszystko w którymś z hodowlanych gospodarstw powinno było komuś przyjść do głowy, żeby zastosować tę metodę do zwierząt. Kiedy wczoraj wieczorem Alessan zwrócił się do niej z prośbą o radę, poczuła się mile połechtana. Teraz jednak czuła się rozdrażniona i rozbawiona, że takim pytaniem zwraca się do niej, do Władczyni Weyru, sam Mistrz Uzdrowiciel.
— Wczoraj wieczorem odpowiedziałam na to samo pytanie Alessanowi.
— Tak? — Capiam z zaskoczeniem zamrugał oczami. — A jakiej odpowiedzi udzieliłaś Lordowi Alessanowi?
— Pozytywnej.
— Czy skontaktował się z Mistrzem Balforem?
— Było już za późno, żeby bębnami przekazywać wiadomości do Keroonu. Czy Balfor jest nowym Mistrzem Hodowcą?
— Pełniącym obowiązki. Ktoś musi to czynić.
— Alessan powinien był zawiadomić ciebie, albo przynajmniej Siedzibę Harfiarzy… — Moreta zmarszczyła brwi. Jeżeli Alessan był za bardzo zajęty, mógł to uczynić Tuero. Może Alessanowi nie starczyło czasu na zrobienie surowicy? Miała wrażenie, że zabierze się do tego natychmiast.
— Nie ma jeszcze południa — powiedział taktownie Capiam, skłonny interpretować każdą wątpliwość na korzyść Alessana. Zgodnie z teorią szczepionka surowicza powinna uodparniać biegusy. Alessanowi przydałby się hit szczęścia, jak również nasza pomoc.
Moreta przytaknęła ruchem głowy.
— Dlaczego jednak Siedziba Uzdrowicieli zaczęła nagle zajmować się szczepionkami dla zwierząt?
— Ponieważ mamy powody, żeby sądzić, że jest to zaraza przekazywana człowiekowi przez zwierzęta i może wybuchnąć ponownie — odzwierzęca i nawracająca, takich terminów używali Starożytni na określenie tych cech.
— A więc to znaczy, że może wybuchnąć następna epidemia? Na Skorupy! Capiamie, ten kontynent nie zdoła przetrwać następnej epidemii! — Z rozpaczy uniosła ręce. — Weyry mają już trudności ze skompletowaniem skrzydeł przy każdym kolejnym Opadzie, przecież wielu jeźdźców dopiero dochodzi do siebie po wtórnych infekcjach i świeżo odniesionych obrażeniach. Jeżeli ogarnie nas znowu zaraza, nie skompletujemy nawet jednego skrzydła! — Zaczęła wzburzona chodzić tam i z powrotem, a potem zatrzymała się i przyjrzała się badawczo Capiamowi. — Jeżeli zadziała szczepionka dla zwierząt, to będziesz mógł powstrzymać tę chorobę odzwierzęcą? Zaszczepisz przeciw niej zarówno ludzi, jak i zwierzęta? A tego ambitnego zadania — aż się uśmiechnęła, ponieważ tak zręcznie podsunął jej to określenie — mają się podjąć smoczy jeźdźcy, pomagając w rozwożeniu szczepionki.