— Najlepiej, żeby dotarła jednego dnia do wszystkich miejsc, skąd będzie rozdzielana dalej. — Capiam rozłożył kopię swego planu. Podając dokument, obserwował uważnie jej reakcję. Masowe szczepienia to jedyny sposób, żeby powstrzymać tę zarazę. Moje cechy zaczęły już zbierać ludzką szczepionkę. Mówiąc otwarcie, nie doceniliśmy podatności biegusów. To musi być choroba odzwierzęca. Z raportów Tirone’a i wyczerpujących badań Desdry wynika, że nie ma innego sposobu, żeby ta zaraza mogła rozprzestrzeniać się tak szybko i obejmować tak wielkie tereny. Nie da się inaczej zapobiec nawrotowi tej wirusowej influency. Trzeba powstrzymać ją w ciągu najbliższych kilku dni, albo przetrzymać drugą jej falę.
Moretę przeszedł dreszcz grozy. Zaczęła przeglądać jego plan.
— Oczywiście — dodał, odchylając skraj pergaminu — ten plan zależy, po pierwsze, od tego, czy da się otrzymać szczepionkę dla biegusów, a po drugie, czy Weyry zechcą współpracować przy jej rozprowadzaniu.
— Czy zwracałeś się już do innych Weyrów?
— Chciałem najpierw uzyskać wiążącą odpowiedź na temat szczepienia biegusów, a na tym terenie największym autorytetem jesteś ty.
— Przecież chyba Lord Tolocamp…
— Lordem Tolocampem zajmie się Mistrz Tirone — powiedział uzdrowiciel z gryzącą zjadliwością. — A ja chciałem, żeby odpowiedzią na moje pytanie zajął się ktoś rozsądny. Nie tylko mam odpowiedź, mam również i źródło.
— To jedynie przypuszczenie…
— Które sprawdzę, jak tylko mnie zapewnisz, że Weyry będą nam mogły pomóc w rozwożeniu szczepionek. Jeden z moich czeladników ma smykałkę do tego, co nazywa koordynacją czasoprzestrzenną. Jeżeli będziemy mogli liczyć na to, że co najmniej sześciu jeźdźców z każdego Weyru obleci zgodnie z wykazem warownie, cechy i Weyry, to ta sprawa zostanie załatwiona.
Moreta przeliczała w myśli dane Capiama.
— Jednakże tylko pod warunkiem, że jeźdźcy będą… — Ugryzła się w język. Capiam uśmiechał się coraz szerzej i Moreta nagle zrozumiała, o co mu chodzi.
— Ostatnio sporo czasu spędzałem w Archiwach, Moreto. — Capiam był zadowolony z siebie i wcale nie wyglądał na skruszonego, że tak ją zaszokował.
— A skąd ta informacja znalazła się w Archiwach Uzdrowicieli? — Moreta była tak wściekła, że Orlith rozbudziła się na dobre i opiekuńczym gestem objęła pazurami królewskie jajo.
— A cóż to dziwnego? — zapytał Capiam ze zwodniczą łagodnością. — W końcu to mój cech wszczepił tę cechę smokom. Czy one naprawdę potrafią przenosić się z jednego czasu do innego? — zapytał z nadzieją.
— Potrafią — odpowiedziała z całą surowością, na jaką było ją stać. — Jednak wcale ich do tego nie zachęcamy! — Pomyślała o K’lonie, wiedziała bardzo dobrze jak często ten błękitny jeździec bywał w Siedzibie Uzdrowicieli, i zaczęła podejrzliwie zastanawiać się, skąd akurat tam wzięła się taka przydatna kronika. Z drugiej jednak strony to właśnie cech Capiama mógł poszczycić się wieloma odkryciami, okrytymi teraz tajemnicą. Zganiła sama siebie za to, że mogła wątpić w prawość Mistrza Capiama, zwłaszcza w tej krytycznej godzinie, kiedy najważniejsze było przywrócenie równowagi na kontynencie. — Capiamie, podróże w czasie są źródłem paradoksów, które mogą być bardzo niebezpieczne.
— Właśnie dlatego proponuję, żeby dostawy były sukcesywne i nie nakładały się na siebie w czasie. — Rozbroił ją swoją gorliwością.
— Możemy mieć kłopoty z przekonaniem M’taniego z Telgaru.
— Tak, słyszałem, że ma wszystkim wszystko za złe. Wiem także, że F’gal z Isty jest chory na ciężkie przeziębienie nerek, a L’bol jest w depresji. Dlatego właśnie podałem najmniejszą liczbę jeźdźców, jakiego będzie wymagało to przedsięwzięcie. Nie mam pojęcia, jak ten kontynent zdołałby przetrwać bez pomocy.
— Czy wystarczy ci szczepionki dla ludzi?
— Wystarczy. Mistrz Tirone z właściwą sobie zręcznością porusza już ten temat w warowniach i cechach.
— To mądrze i przezornie z waszej strony.
Pierś Capiama uniosła się w ciężkim westchnieniu.
— No tak, teraz musimy się tylko upewnić, czy Lordowi Alessanowi uda się szczęśliwie wyprodukować tą zwierzęcą szczepionkę.
„Jedź z nimi do Ruathy — powiedziała Orlith. I po chwili dodała: — Holth się zgadza.”
Wbrew zdrowemu rozsądkowi Moreta poczuła, jak narasta w niej opór przeciwko tej eskapadzie, na którą zezwolenia udzieliła jej Orlith. Ale dlaczego? Przecież to całkiem normalne, że chce zobaczyć, jak udały się Alessanowi doświadczenia. Może tak bardzo jej się podobał, że podświadomie się przed tym broniła? Rzadko trapiła ją taka niezdolność do podjęcia jakiejś decyzji.
„Zawsze lubiłaś biegusy. Należy im się teraz twoja pomoc.” Ton głosu był w dwójnasób głęboki i Moreta poznała, że mówią to Holth i Orlith. „Przecież kiedyś musisz zobaczyć Ruathę.” Tym razem niewątpliwie odezwała się sama Orlith.
Moreta głęboko i smutno westchnęła. Orlith odkryła sedno rzeczy: Moreta nie chciała zobaczyć zdewastowanej Ruathy, takiej, jaką opisywał K’lon.
— Myślę, Capiamie — wzięła się w garść — że powinnam ci towarzyszyć.
„Arith zrobi to z ogromną ochotą. Podoba mu się ta dziewczyna” — powiedziała Orlith. Schowała szpony, którymi do tej chwili obejmowała królewskie jajo. Z Niecki doleciało potakujące trąbienie Aritha.
„Jaka dziewczyna?” — zapytała w myślach Moreta, zaskoczona tą uwagą.
Orlith zignorowała jej pytanie i zajęła się wygrzebywaniem dołka, do którego wturlała jajo. Tymczasem Moreta, nadrabiając miną, przygotowała swój ekwipunek do lotów.
— Arith mówi, że zabierze nas do Warowni Ruatha.
— Możesz ją zostawić? — Capiam popatrzył w stronę królowej.
— To był jej pomysł, żebym tam poleciała. Orlith ma pogodne usposobienie i nie musi, jak niektóre smoczyce, być stale doglądana przez swojego jeźdźca. Poza tym Leri i Holth będą w pobliżu. Moja nieobecność nie potrwa przecież długo.
Kiedy Moreta i Capiam doszli do Niecki, Jallora zajęta była rozmową z ciemnowłosą kobietą, która stała o kilka długości smoka od M’baraka i Aritha. Desdra była starsza, niż wynikało to z opowieści K’lona, starsza od Morety. A przecież Jallora mówiła, że Desdra pracuje nad uzyskaniem stopnia mistrza w Siedzibie Uzdrowicieli. Wyglądała na osobę powściągliwą, nie tyle wyniosłą, ile niekomunikatywną. Dwa skrzydła z Fortu miały wylecieć do Bitry i Lemosu. Sh’gall poleciał już do Bendenu, żeby zobaczyć się z K’drenem. Moreta marzyła o tym, żeby wreszcie Weyry mogły powrócić na własne terytoria.
— Desdro, Moreta poleci z nami do Ruathy — powiedział Capiam. — Wygląda na to, że Lord Alessan wcześniej od nas wpadł na pomysł, żeby szczepić biegusy.
Desdra skłoniła kurtuazyjnie głowę przed Władczynią Weyru, a potem podniosła swoje duże, szare oczy i spokojnie zmierzyła ją wzrokiem.
— Nie przejmuj się Desdrą, Moreto — powiedział Capiam. Ona niczego nie przyjmuje na wiarę; twierdzi, że uzdrowiciela musi cechować obiektywizm.
— Jallora opowiadała mi, jak wspaniale zrekonstruowałaś pobrużdżone przez Nici skrzydło smoka — odpowiedziała Desdra niskim głosem i rzuciła przelotne spojrzenie na dłonie Morety, kiedy wkładała ona rękawice.
— Gdy będziemy miały trochę czasu, przyleć do nas i zbadaj Dilentha. Tej techniki nauczył mnie Ind, Uzdrowiciel z Istańskiego Weyru. Miałam wiele okazji, żeby doprowadzić ją do perfekcji.
— Zapomniałem, że dzisiaj jest Opad, Moreto — powiedział niepewnie Capiam, kiedy rozejrzał się dookoła i zobaczył niepozostawiające żadnych wątpliwości przygotowania.