— Oczywiście muszę wrócić na koniec Opadu — odparła Moreta, która teraz na przekór wszystkiemu postawiła polecieć do Ruathy. — Jednak od czasu, gdy wybuchła zaraza, skrzydła ponoszą mniej obrażeń. Niewykluczone, że starają się jak najlepiej wypaść wobec innych Weyrów.
— Naprawdę? To bardzo ciekawe — stwierdził zaskoczony Capiam.
M’barak uprzejmym gestem zaprosił Moretę, żeby pierwsza dosiadła Aritha. Moreta usadowiła się z tyłu i pomogła Desdrze. Chociaż Desdra nic nie mówiła i zachowywała się ze stoickim spokojem, widać było, że niezbyt często korzystała z takiego środka transportu.
Capiam, wyraźnie zachwycony, odwrócił się do tyłu, żeby przesłać uśmiech Morecie siedzącej za Desdrą, a potem dyskretnie upewnił się, czy uzdrowicielce jest wygodnie.
— Czy Arithowi nie będzie za ciężko z czterema jeźdźcami, M’baraku? — zapytał, kiedy błękitny jeździec zajął swoje miejsce z przodu.
— Na pewno nie — odparł chłopiec zdecydowanie.
Arith wystartował tak ochoczo, jak gdyby chciał im pokazać, do czego jest zdolny. Wszystkich szarpnęło do tyłu. Moreta instynktownie zacisnęła nogi na grzbiecie smoka i chwyciła za wyrostek grzebienia za sobą, żeby utrzymać Desdrę, którą pchnął do tyłu Capiam. Kiedy M’barak postukał Aritha po karku, smok szybko wyrównał lot. M’barak, pamiętając, że siedzi za nim Władczyni jego Weyru, pożegnał się z jeźdźcem na warcie, zachowując pełny ceremoniał. Zanim M’barak podał wytyczne Arithowi, obejrzał się i skinął Morecie głową, żeby ją uprzedzić.
— Czarne, czarniejsze, najczarniejsze…
Litania urwała się, kiedy wylecieli z „pomiędzy” nad Ruathą. Morecie aż dech zaparło i ścisnęło się serce na widok zdeptanego pola, zrytych terenów wyścigowych, ogromnych kręgów po ogniskach, wzbudzającego grozę kopca grzebalnego. Jej ręce mimo woli zacisnęły się na talii Desdry i poczuła, jak uzdrowicielka kładzie na nich łagodnie swoje ciepłe dłonie w pełnym zrozumienia współczuciu.
Pamiętała aż za dobrze, jak chwaliła radosną atmosferę, panującą na ruathańskim Zgromadzeniu. Gorzkie to było wspomnienie, kiedy przed oczami miała posępny epilog tego Zgromadzenia. Arith szybował nad terenami wyścigów, lecąc prosto na Warownię. Moreta widziała tyczki startowe, leżące samotnie w tym samym miejscu, gdzie odbywał się ten spektakularny, zakończony remisem bieg. Zmusiła się, żeby spojrzeć na nagą ziemię kopców grzebalnych i pogodzić się z myślą, że z tego beztroskiego, świątecznie wystrojonego tłumu umarło tak wielu. Trzeba było również pogodzić się z ogniskami, na których palono martwe zwierzęta, bez różnicy, czy wygrały, czy przegrały w czasie tych dziesięciu wyścigów, które przywabiły je do Ruathy na tak fatalnie zakończoną uroczystość. Przez chwilę miała Alessanowi za złe, że nie znalazł czasu na to, żeby z drogi i z pól pousuwać te pozostałości po wozach, skrzyniach i świątecznych kramach. Spojrzała na rżysko, poczerniałe teraz od obozowych ognisk. To stamtąd wraz z Lordem Warowni przyglądali się wyścigom. Górne okna Ruathy, z których przedtem powiewały kolorowe proporce, były teraz zasłonięte okiennicami, nikomu niepotrzebne. Przypominały o tym, że Ruatha opierała się większemu zagrożeniu, niż Opad Nici.
Serce jej się ściskało na widok tak zaniedbanej dumnej Warowni. Na polach dostrzegła pasące się tam biegusy — nie te duże, masywne zwierzęta, które kazał Alessanowi hodować Lord Leef, tylko żylaste, drobnokościste biegusy w rodzaju Kwiczka. Ta ironia losu pomogła jej odzyskać zimną krew. Łzami nie pocieszy Alessana.
Arith nie miał zamiaru lądować na frontowym dziedzińcu, za co Moreta była mu niezmiernie wdzięczna. Leciał wzdłuż drogi, prowadzącej do pomieszczeń dla zwierząt, gdzie najwyraźniej coś się działo. Od pługa wyprzęgano trzy biegusy, na ziemi leżały jakieś siodła, a z magazynku ktoś wyciągnął niewielki wózek. Ludzie pędzili drogą, ostrożnie niosąc jakieś koszyki. Wydawało się, że odrodziła się żywotność Ruathy.
— M’barak mówi, że widział Alessana przy stajniach — powiedziała Desdra do Morety, wyraźnie wymawiając słowa, żeby było ją słychać pomimo wiatru. Nic nie wskazywało na to, żeby pamiętała o pierwszej, pełnej bólu reakcji Morety na widok zniszczonej przez zarazę Warowni.
Ludzie przy stajni zorientowali się, że nadlatuje smok, i kiedy Arith zgrabnie wylądował po drugiej stronie drogi, z budynku wyszło dwóch mężczyzn. Obydwaj byli wysocy, i choć twarze mieli ukryte w cieniu, Moreta poznała, że ten po prawej to Alessan. On też ją poznał, aż drgnął zaskoczony i ruszył witać gości tak szybko, jak tylko pozwalała mu na to godność Lorda Warowni. Znowu poruszał się jak Lord Ruathy, pewnie i dumnie.
— Proszę wybaczyć, że przybywamy w nieodpowiednim momencie, Lordzie Alessanie — zawołał zsiadając Capiam.
— Zawsze jesteście tu mile widziani — odparł Alessan. Przez długą chwilę patrzył Morecie prosto w oczy, a potem pomógł zasiąść Capiamowi. — Wraz z Tuero — wskazał na wysokiego harfiarza, który podszedł w ślad za nim — układaliśmy właśnie wiadomość dla was. — Tu Alessan zapomniał o etykiecie i szeroko uśmiechnął się do Morety. — Dag uratował Kwiczka! Mamy też źrebaki! Trzy wspaniałe ogiery! — Ostatnie zdanie wykrzyczał, dając upust radości, której już nie mógł dłużej pohamować.
— To cudownie, Alessanie! — Moreta przerzuciła prawą nogę przez grzbiet Aritha i zsunęła się po jego boku. Arith okazał się nieco wyższy niż jej się zdawało, ale na szczęście Alessan złapał ją w pasie i łagodnie postawił na ziemi. Odwróciła się do niego. Jasnozielone oczy Alessana błyszczały z radości. Miała nadzieję, że to jej niespodziewana wizyta przyczyniła się do tego. — I pomyśleć tylko, że to właśnie rasa Kwiczka przeżyła! I źrebaki! Och, ależ się musiałeś cieszyć!
— Właśnie wracani z łąk dla źrebaków — powiedział, odchodząc z nią od Aritha. Nie puszczał jej ręki, szczęśliwy, że może nie tracić z nią kontaktu. — Zabrakło mi szczepionki. Nie spodziewałem się źrebaków. A Dag ma złamaną nogę, więc musimy wysłać po niego wózek. Za sześć dni będzie tutaj Opad! Dag uratował dla nas rasowe zwierzęta. Uratował ich wystarczająco dużo i uratował Ruathę!
Moreta przyłapała się na tym, że ciągle trzyma go za rękę i ściskają mocno. Czy ktoś nie zwróci na to uwagi? Przecież chyba wolno jej było publicznie pogratulować mu tego wspaniałego, nieprawdopodobnego sukcesu. Potem Capiam przyprowadził Desdrę, żeby ją przedstawić. Moreta zobaczyła, że Desdra przygląda się Alessanowi przenikliwie i bacznie, tak samo jak przedtem patrzyła na nią. Przelękła się, że uzdrowicielka odgadnie, jak bardzo on się jej podoba.
— Domyślam się, że wyprodukowałeś szczepionkę i użyłeś jej.
— Tak Capiamie, nie mogłem narażać na ryzyko rasowych zwierząt na tym zarażonym terenie. — Wiele mówiącym gestem Alessan wskazał Warownię i jej pola. — Czeladnik Follen sporządza następną partię szczepionki. Ponieśliśmy przez tę zarazę straszliwe straty zarówno w ludziach, jak i zwierzętach. — Gestem ręki zaprosił ich, żeby weszli razem z nim do stajni. — Jak tylko wróciłem wczoraj wieczorem, wzięliśmy się do przygotowania surowicy. Zastrzyk dałem temu zwierzęciu. — Alessan wskazał kulawego biegusa, który prawą nogę opierał na czubku kopyta. Nie wydaje się, żeby mu to zaszkodziło…
— I nie zaszkodzi, zapewniam cię — powiedział Capiam, odprowadzając ich na bok, gdzie nikogo nie było. — Ta teoria sprawdza się tak samo na zwierzętach, jak sprawdziła się na ludziach. A w tym stanie rzeczy — tutaj ściszył głos i spojrzał znacząco najpierw na Alessana, a potem na Tuero — szczepienia stały się absolutnie niezbędne. — Zerknął na Desdrę, czy zauważyła, że mimowolnie wykorzystał jedno z ukochanych sformułowań Tirone’a. Lekkie skrzywienie jej ust wskazywało na to, że zauważyła. Capiam wziął Alessana i Tuero pod ręce. Rozejrzał się, czy aby na pewno wszyscy inni są czymś zajęci. Follen razem ze swoją grupą krzątał się przy wirówce, a gospodarze stali przy zwierzętach, które miały dostać surowicę. — Lordzie Alessanie, ta zaraza może wybuchnąć ponownie.