Выбрать главу

B’lerion uparł się, żeby Okliną usiadła przed nim, gdzie mógł ją przypiąć pasami bojowymi. Moreta umieściła się za nim, żeby pomóc w kierowaniu Nabethem. Dalej siedzieli Desdra, a na końcu Capiam, jako najbardziej z nich doświadczony.

„Orlith, nie zajmie mi to wiele czasu, ale muszę jechać” — powiedziała w myślach Moreta.

„Słyszałem to już od Nabetha” — odparła beztrosko Orlith.

— Moreto! — zawołał B’lerion i łokciem dał jej sójkę w bok. Mam już wizualizację księżyców i Czerwonej Gwiazdy. Popatrz na północny zachód. Czerwona Gwiazda jest na horyzoncie, Belior jest w pierwszej kwadrze, a rogalik Timora w połowie wysokości nieba. Bądź uprzejma skupić się na tym, jak wygląda Ista z kwitnącymi drzewami ging. Myśl o tym, że kwitną teraz, w Iście, pomyśl o jesiennym upale, o zapachu wilgotnych lasów tropikalnych.

Nabeth, choć bardzo podniecony, wystartował precyzyjnie i gładko, jak na doświadczonego smoka przystało, tak że pasażerowie nawet się nie zachwiali.

Moreta wyobraziła sobie urwiste skały Isty w całej ich jesiennej krasie, Czerwoną Gwiazdę żarzącą się złowieszczo na zachodzie nad morzem, Beliora w pierwszej kwadrze i unoszący się skromnie nad nim rogalik mniejszego Timora. Kiedy poczuła, że Nabeth kieruje się „pomiędzy”, skupiła wszystkie myśli na tej wizji. Chciała zacząć swoją litanię, ale do uspokojenia wystarczyły jej kwiatowe oczy drzew ging i niebiescy przewodnicy. A potem, kiedy lęk zaczął dławić jej piersi, niespodzianie wynurzyli się z „pomiędzy” wysoko nad skalistym brzegiem Isty. Było ciepło, a śmietankowe oczy kwiatów ging odwracały się ku pierwszym promieniom wschodzącego słońca. B’lerion wydał okrzyk radości, a Okliną cichutko pisnęła.

Nabeth natychmiast zauważył półkę skalną, na której Moreta często lądowała z Orlith, żeby zbierać iglaste ciernie. Położona była wysoko nad falami, walącymi o urwisko. Nabeth wylądował równie sprawnie, jak wystartował, uderzeniem skrzydeł rozpłaszczając zarośla.

— Iglaste ciernie są trochę niżej, na tym stoku — zawołała Moreta, kiedy przygotowywali się do zsiadania.

B’lerion tak się popisywał przy zsiadaniu z Nabetha, że aż jego smok obejrzał się zdziwiony.

— Mogłeś sobie złamać drugą rękę, B’lerionie — powiedziała Moreta. Wytłumaczyła Oklinie, jak należy bezpiecznie zsiadać z wysokiego smoka, a Nabeth posłusznie uniósł przednią łapę.

— Czy naprawdę jesteśmy w przyszłości? — zapytał Capiam, kiedy Alessan rozdawał siatki. Rozejrzał się dookoła z wyrazem nabożnej czci na twarzy.

— Lepiej, żebyśmy byli — powiedział B’lerion, spoglądając na Moretę z udawaną srogością, a potem bacznie przyglądając się trzem jaśniejącym na niebie przewodnikom.

— Jesteśmy — powiedziała z całym spokojem, na jaki ją było stać. Coraz silniej uświadamiała sobie, że jest w jakiś osobliwy sposób zdezorientowana, że ogarnia ją poczucie nieważkości i narasta w niej euforia. Nigdy dotąd nie przeżyła czegoś takiego. Jak się weźmie do pracy, to przestaną nią targać takie sprzeczne uczucia. Wskazała pobliskie zbocze. — Pójdziemy tedy i już wkrótce przekonamy się, czy są tu iglaste ciernie. W zeszłym roku sama je w tym miejscu zbierałam za pozwoleniem Isty. Oni ograniczają się do bardziej dostępnych stoków.

Wąwóz ciągnął się na dziesięć czy więcej smoczych długości od skraju urwiska i Moretę nagle ogarnął niepokój. Zeszłej jesieni nie ogołociła doszczętnie krzaków z kolców, ale wtedy układ księżyców na niebie był inny, a Czerwona Gwiazda znajdowała się wyżej na zachodzie. Nikt więc nie poczuł większej ulgi niż ona, kiedy stanąwszy na krawędzi wąwozu zobaczyli, że krzaki oblepione są brązowymi kolcami. Nad nimi dżungla zasłaniała niebo. Wąwóz wił się z północy na południe, utworzyło go jakieś pradawne trzęsienie ziemi. Cienka warstwa gleby na litej skale nie dawała oparcia bujnej roślinności lasu tropikalnego, która trzymała się w bezpiecznej odległości od krzaków iglastych cierni. Zaciekawiło to Alessana.

— Te krzaki są wszystkożerne — powiedziała Moreta. — Na wiosnę i w lecie mają trujące kolce. Wysysają sok ze wszystkiego, co się do nich zbliży, aż do jesieni, kiedy łodyga rośliny zgromadzi już wystarczająco dużo wilgoci i pożywienia, roślinnego czy zwierzęcego. Podobno ma smaczny miąższ.

Oklinę przeszedł dreszcz, ale Desdra przyklękła obok krzaka, któremu się przypatrywali.

— Wiosną i latem krzew ten wydziela zapach zwabiający węże i owady. Puste w środku kolce wysysają soki żywotne ze stworzeń, które się na nie nabiją, wchłaniając wodę deszczową. Popatrzcie, czubek tej rośliny jest uszkodzony. Jakieś zwierzę musiało obłamać kolce. Będzie łatwiej zbierać.

— Powiedziałaś, że kolce są jadowite. — B’lerion nie palił się do tej roboty.

— Na wiosnę i w lecie, ale teraz trucizna już wyschła. Popatrzcie, pojawiają się pączki nowych kolców. Stare kolce muszą odpaść. Wystarczy więc… — Przesunęła dłonią po gałęzi i zerwała całą masę igieł. — To bardzo proste, ale najpierw oczyszczajcie tylko teren wokół siebie, żeby można się było poruszać. Uważajcie, żeby nie uszkodzić czubków igieł i unikajcie dotykania delikatnych włosków na gałązkach. Mają drażniące działanie i mogą wywołać zapalenie skóry.

— Nie możemy przewozić ich w taki sposób — powiedział Capiam, patrząc na igły zebrane przez Moretę.

— Musimy owinąć je w liście palmy ging. Jeśli natniemy skraj liścia, sok będzie działał jak klej. Liście są grube i mięsiste, zamortyzują wstrząsy i ochronią igły. Może podzielimy się teraz na pary: jedno będzie zbierać igły, a drugie pakować.

— Ja będę pakował dla ciebie, Moreto — zaproponował Alessan. Wyjął nóż z pochwy u pasa i ruszył po najbliższy liść palmowy.

— Wspaniały pomysł — powiedział B’lerion z wesołymi ognikami w oczach. Położył władczo rękę na ramieniu Okliny. Zgodzisz się pracować z takim inwalidą?

— Moja droga czeladniczko, wolisz pakować czy zbierać? — zapytał z humorem Capiam i ukłonił się Desdrze. — Możemy się zamienić po pewnym czasie.

— Ośmielę się powiedzieć, że częściej zbierałam te kolce niż ty, mój zacny Mistrzu. — Ze śmiechem poprowadziła Capiama w dół wąwozu. — Najlepiej przypatrz się najpierw, jak to się robi.

— Wybieraj mniej dojrzałe liście, Alessanie — uprzedziła Moreta. — Są bardziej soczyste i giętkie.

Zanim Moreta pokazała Alessanowi, jak szybkim szarpnięciem w dół odrywać liście od drzewa, zdążył już kilka z nich uciąć, mrucząc przy tym coś na temat wykonywania pracy drwala za pomocą zwykłego noża. Każdy liść miał przy ogonku zagłębienie. Moreta wsypała tam ciernie, zręcznie obcięła nadmiar liścia i zrobiła z niego malutką kopertę, sklejając krawędzie sokiem.

— Miałaś rację, że w tym tropikalnym lesie znajdziemy wszystko, czego nam trzeba. To nic trudnego, jeżeli się tylko wie, gdzie szukać.

— Teraz już i ty wiesz. — Uśmiechnęła się do niego. — Ta paczuszka zawiera około dwustu igieł. Próbowałam je kiedyś liczyć, ale natychmiast się pogubiłam. Przypuszczam, że ma to jakiś związek ze zmianą czasu. Na większych krzakach może być i po tysiąc kolców, a każdy z nich jest tak duży, że wystarczy nawet dla największego biegusa.

Kiedy Alessan chwycił ją za rękę, umilkła, nagle czując jakieś ośmielenie. Byli sami, chociaż słyszeli, jak Desdra droczy się z Capiamem, wytykając mu niezręczność, a B’lerion wesoło dodaje Oklinie odwagi.