— B’lerion jest zawsze taki — powiedziała. — Czarujący, zabawny. Jednak to Sh’gall jest dobrym przywódcą i ma niesamowite wyczucie jeśli chodzi o Opady, tak przynajmniej uważał jego poprzednik, L’mal.
— No, no, B’lerionie. Tej opowieści nigdy jeszcze nie słyszałem. — Capiam zaśmiał się wstając. — Przypuszczam, że harfiarzy obowiązuje jednak pewna dyskrecja. — Czy pamiętasz może, gdzie widziałaś te rośliny o ściągających własnościach, Desdro? Wiem, że przybyliśmy tu po igły cierniowe, ale Siedziba odczuwa takie braki wszystkiego…
— Poszukamy tych roślin, mój drogi Mistrzu Capiamie, ale ty również musisz odpocząć. — Nie oglądając się za siebie, poszli w górę wąwozu i zniknęli za zakrętem.
— Chodź, Oklino — powiedział B’lerion — na naszym pólku iglastych cierni jest mnóstwo cienia i wieje tam rześki wiaterek. Wykorzystajmy czas jak się należy.
B’lerion z uśmiechem podał Oklinie pomocne ramię i zniknęli z pola widzenia. Gęste listowie zamarło w bezruchu w upale południa.
Alessan przyciągnął Moretę do siebie, zaczął ją całować i pieścić, budząc w niej namiętność.
— Chodźmy, Moreto. Nie mam zamiaru narażać się na następny atak tych iglastych cierni. — Wyprowadził ją z wąwozu w kierunku urwiska. — Chciałbym tylko zrozumieć, czemu ten błękitny smok M’baraka ciągle węszy koło Okliny. Rozumiem, że robi to Nabeth, skoro wpadła w oko B’lerionowi, ale Arith… Czy może to mieć jakiś związek z leżącym w Wylęgarni królewskim jajem, jak to sugerował Tuero?
— Niewykluczone, ale poddając Oklinę Poszukiwaniu, Alessanie, odebralibyśmy ci członka twojego rodu. Tego Weyr Fort nie zrobi.
— Tu będzie nam nieźle. Rzućmy tylko na ziemię trochę tych liści palmowych — powiedział Alessan. — Nie chcę, żeby porobiły ci się siniaki. Byłoby to równie trudno wytłumaczyć, jako parzenia czy udar słoneczny. — Moreta pomogła mu wymościć posłanie, wszystkie jej zmysły nagle zagrały, żałowała tylko, że to Nabeth, a nie Orlith, siedzi na istańskiej półce skalnej. — Wracając do Okliny, z wiarygodnych źródeł dowiedziałem się — Alessan uśmiechnął się, a w oczach żywo zapłonęły mu wesołe iskierki, że w jej żyłach płynie już krew smoczych jeźdźców… Gdyby można było zawrzeć taką umowę, że jej dzieci wrócą do Ruathy, a Oklina miałaby szansę Naznaczyć smoka, nie sprzeciwiałbym się. — Zdecydowanym ruchem cisnął ostanią garść liści na ziemię i wziął Moretę w objęcia. — Widzisz, jestem inny niż mój ojciec.
— Gdyby to był twój ojciec, nie poszłabym do tego tropikalnego lasu.
— A czemu nie? To był zmysłowy człowiek. A ja mam zamiar dowieść, że godzien jestem jego reputacji!
Moreta śmiała się, kiedy kładł ją na nakrapianym słońcem posłaniu z liści. Okazał się tak namiętnym i czułym kochankiem, jakiego kobieta tylko może sobie wymarzyć. Przez jedną wspaniałą chwilę Moreta zapomniała o wszystkim.
Zmorzeni upałem zdrzemnęli się w swoich objęciach. Spali krótko, bo jakieś drobniutkie owady zaczęły szukać na ich ciałach wilgoci i tak im dokuczały, że się obudzili.
— Żywcem mnie pożerają! — zawołał Alessan.
— Zerwij kawałek tego pnącza — powiedziała Moreta i przyłóż jego liście. Nie będzie cię swędziało.
— Skąd tyle wiesz?
— Przecież Naznaczyłam w Iście. Znam tutejsze zagrożenia. Nawzajem opatrywali sobie miejsca po ukąszeniach owadów i trwało to znacznie dłużej, niż wymagała tego sytuacja. Alessan usiłował pocałować Moretę, ale skleił sobie wargi świeżym sokiem pnącza. Pokładając się ze śmiechu wrócili do wąwozu, gdzie zrobiło się już nieco chłodniej, bo zachodzące słońce schowało się za zboczem.
Kiedy tropikalny zmierzch uniemożliwił im pracę, zebrali się wszyscy na półce, gdzie leżał senny Nabeth. Zaczęli składać na stos pełne siatki.
— Nabeth mówi — B’lerion klepnął czule spiżowego smoka że poza polującymi jaszczurkami ognistymi nie widział żywego ducha! Mam nadzieje, że wystarczy ci tego, co zebraliśmy, Mistrzu Capiamie, bo muszę powiedzieć, że ta moja jedyna ręka — pokazał podrapaną cierniami dłoń — wystarczająco się napracowała, jak na jeden dzień!
Capiam i Desdra spojrzeli na siatki, a potem na siebie.
— Czy ktoś z was pamiętał, żeby je policzyć? — zapytał Capiam.
— Nie, i nie mam zamiaru teraz tego czynić — odezwał się stanowczo B’lerion.
— Nawet przez myśl by mi nie przeszło, żeby ci to proponować!
— Jednak chętnie tu wrócę i narwę tyle, ile będziecie potrzebowali.
Moreta dotknęła jego ramienia.
— Nie, B’lerionie. Jeżeli przypadkiem nazbieraliśmy za mało, poleć do Neratu. Nie wracaj tutaj.
— No tak. To zapobiegnie paradoksom czasowym. A w Neracie księżyce będą w tym samym położeniu względem siebie.
— A teraz powinniśmy już wracać — powiedział ze znużeniem Capiam.
— Wręcz przeciwnie, mój drogi Mistrzu Capiamie, to by dopiero dało pole do spekulacji, czym się dziś zajmowaliśmy zauważył B’lerion. — Wylatujemy z Ruathy pełni energii i w świetnym humorze, a w godzinę później wracamy wyczerpani, zarumienieni od słońca i głodni. Oklino, w której siatce mamy obiad? A, tutaj. Rozsiądźcie się wygodnie. Oprzyjcie się o Nabetha. Wystarczy tego dla wszystkich.
Oklina podała mu siatkę z powiązanych ze sobą pnączy. B’lerion podniósł ją do góry, żeby wszyscy zobaczyli spieczone bryłki gliny.
— Złowiłem kilka ryb, kiedy odpoczywaliśmy — powiedział B’lerion — a Oklina znalazła bulwy. Więc upiekliśmy je razem. Na skałach w wąwozie było tak gorąco, że, za przeproszeniem, Moreto, można by tam usmażyć smocze jajo. Alessanie, czy moglibyście z Moretą poszukać jeszcze paru takich dojrzałych melonów, zanim się ściemni? Mielibyśmy ucztę godną… Wyklucia! B’lerion ugryzł się w język i tylko Moreta zorientowała się, że zastąpił jedną uroczystą okazję inną.
Chcąc odwrócić uwagę Alessana, pociągnęła go za sobą i poszli po te melony. Wiedzieli dokładnie, gdzie można je znaleźć, ponieważ po południu wyprawiali się na to poletko kilka razy, żeby zaspokoić pragnienie.
Po części przyczyną ich zmęczenia był głód. Moreta podziękowała Oklinie, że pomyślała o przygotowaniu jedzenia.
— To był pomysł B’leriona — powiedziała Oklina. — Łapał ryby ręką.
— Czy i ciebie nauczył tego? — zapytał Alessan.
— Nie — odpowiedziała Oklina. — Mnie uczył tego Dag. Tę samą metodę można również stosować w naszych rzekach.
Kiedy Alessan usiadł obok Morety, zaśmiała się na widok jego miny.
— Po głębszym namyśle dochodzę do wniosku, że ona naprawdę zasługuje na to, żeby być w Weyrze — powiedział Alessan półgłosem. Potem uświadomił sobie, że opiera się o spiżowego smoka i gwałtownym ruchem pochylił się w przód.
— Nabeth nie weźmie ci tego za złe. Jest również moim starym przyjacielem.
Alessan mruknął coś i rozłupał jedną z bryłek gliny. Ukazała się długa, smukła bulwa. Potem Moreta z innej bryłki wydłubała rybę. Podzielili się tym zgodnie.
— Bardzo z ciebie sprytny człowiek — powiedział Capiam z pełnymi ustami. Oboje z Desdrą usadowili się w łuku Nabethowego ogona. Desdrą przytaknęła głową, ale zbyt była zajęta oblizywaniem palców, żeby się odezwać.
— Znalazłoby się parę rzeczy, które potrafię dobrze robić powiedział B’lerion z przesadną skromnością, z którą bardzo mu było do twarzy. — Wad mam niewiele, ale jedną z nich jest łakomstwo. Owoce mogę jeść w południe, kiedy jest upał, ale przed snem lubię napełnić żołądek czymś konkretnym…